Gerhard Driedger

 

Kiedy myśli pan o swoim dzieciństwie czy przypomina sobie jakieś wydarzenie, które szczególnie mocno utkwiło w pana pamięci?

Mój ojciec nie należał do partii socjalistycznej. Był to rok 1933. Był w partii demokratycznej. I kiedyś właśnie powrócił z zebrania partii demokratycznej kompletnie pobity! został napadnięty przez nazistów 

czy S.A...To zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Dlaczego on? Przecież mój ojciec był też Niemcem. Dlaczego miałby być zdrajcą ojczyzny? No...my młodzi byliśmy pełni wątpliwości. Dlaczego był on inny? To Było niełatwe dla nas.

Musieliście się jakoś w tej sytuacji odnaleźć. Jak się pan jako dziecko z tym uporał?

Z jednej strony był trochę mój ojciec być może staroświecki...No ale to by mój ojciec oczywiście. Byłem

z niego dumny. Był na I Wojnie Swiatowej. Byliśmy przekonani, że on ma rację. W tamtych czasach podziały biegły poprzez rodziny. 

Pewnego razu pojechaliśmy do Malborka, który nie należał do Wolnego Miasta. Tam mieszkał brat mojej mamy. Był żołnierzem - to rok 1938... czas kryzysu w Sudetach - Byliśmy zaproszeni i w pewnym momencie rozmowa zeszła na politykę. Mój ojciec wystrzegał się tego zawsze ale czasami to tak po prostu wychodzi...i mój ojciec powiedział wujowi, że Hitler dąży do wojny. Tamten się strasznie poirytował; 

chciał natychmiast ojca aresztować - byliśmy w Niemczech - moja matka płakała, ciotka płakała...

Ja stałem tam , dziecko, niezdolny wyrozumieć coś z tego...Mój ojciec, moja matka chcieli natychmiast do domu wracać. Bez kolacji chociaż droga trwała półtorej godziny. No, uspokoili się jakoś, żadnych następstw nie było.

A trzecie wydarzenie, to kiedy wybuchła już wojna. My młodzi byliśmy, rzecz jasna strasznie podekscytowani. Przygotowania do wojny były widoczne; to było widać, że wojna będzie. Kiedy wybuchł kryzys sudecki mój ojciec nic nie powiedział. Ale potem nastąpiło zajęcie Czechosłowacji no i hece przeciwko Polsce. Prasa polska odpowiedziała w podobnym stylu... A więc wojna była nieunikniona. 

Po tym jak został podpisany pakt z Rosją...

Wieczorem, dzień wcześniej, moi rodzice byli u znajomych, którzy mieli podobne poglądy. A wracając wieczorem do domu trzeba było przejechać przez Tiegenhof. Samochody stały w pogotowiu. Tam było widać, że coś się stanie.. W domu włączyliśmy radio i wszystko było jasne...Teraz jest mi trochę trudno o tym mówić, jak bardzo wzburzony był mój ojciec. Teraz, a było nas w domu trójka chłopaków, musicie na wojnę! I tak było! Mój starszy brat został ranny w Rosji i jest pochowany w Krakowie. Ja byłem też żołnierzem. Miałem dobrze. Byłem w sanitariuszach. Studiowałem medycynę w ramach służby w Wermachcie. W Rosji nie byłem, byłem w Afryce...Mój najmłodszy brat nie był w wojsku. No ale w międzyczasie wojna się zakończyła.

Jak dalece była polityka obecna życiu codziennym ? Przy pamięta pan jakieś masówki, zebrania partyjne....historie związane z polityką?

My młodzi organizowaliśmy imprezy sportowe. Ja byłem dobry w sporcie. Robiliśmy obozy namiotowe w Stutthofie...Tam dokładnie gdzie później był obóz koncentracyjny. To było nasze pole namiotowe. Myśmy nic nie widzieli, przypuszczaliśmy, że to tam było...No więc byliśmy aktywni; uprawialiśmy biegówki.. Kiedy człowiek jest młody to inne rzeczy spycha na bok.

Pamiętam, kiedy wojna się rozpoczęła, jak to było na gospodarstwie mojego wujka: myśmy zawsze mieli dużo robotników sezonowych. Przyjeżdżali z kaszub, albo, jak my to nazywaliśmy - z Polski Kongresowej. Przyjeżdżali do nas poprzez pośredników. Mieszkali u nas, jedli potem wracali do Polski ( niektórzy się żenili) Ale w 1939 roku już ich nie było! Prawie wszyscy wrócili do swoich domów. To zrozumiałe.

Każdy chce do swojej rodziny. Kiedy wojna z Polska się zakończyła, no to znowuż potrzebowaliśmy robotników. I przywożono ich ale to byli już robotnicy przymusowi....Przyjeżdżały panny, które, co było widać, pochodziły z miasta, fryzjerki i ....No tym było ciężko.

Czy mógłby nam pan opowiedzieć o sytuacjach, w których dochodziło do zapoznania się z tymi robotnikami przymusowymi przed wojną, czy w czasie wojny?

U nas, my mieliśmy ok.12 robotników, no może trochę więcej, którzy organizowani byli przez tego pośrednika. On werbował ich w Polsce, nie pamiętam, ale on chyba przyjeżdżał ze swoją żoną, która dla nich gotowała. Otrzymywali produkty żywnościowe z gospodarstwa ... Ale przed wojną nie było żadnych robotników przymusowych. Oni przyjeżdżali z własnej woli. Wielu z nich znaliśmy, oni wracali do nas od lat, to byli "nasi" robotnicy a my byliśmy "ich" gospodarzami. I stosunki były jak najbardziej osobiste.

Proszę podać jakiś przykład.

No więc, kiedy żniwa się zaczynały a robota była jeszcze wtedy najczęściej ręczna, maszyn nie było.

Snopki wiązano ręcznie i kiedy robotnicy wracali z pola, mojemu ojcu ofiarowano taki wianuszek (tu na klapę marynarki) z kłosów związanych kokardą; przypinała go najładniejsza z panien i otrzymywała suty napiwek. Te wianuszki wisiały nad biurkiem mojego ojca, za każdy rok z napisem, a mój ojciec miał na imię Walter, a więc W.D. 1938,39...itd. A kiedy żniwa były na ukończeniu przywozili koronę żniwna! 

Byli wtedy zapraszani....Chociaż, to musze jeszcze powiedzieć... Niemieccy robotnicy mieszkali w naszym domu. Otrzymywali lepsze jedzenie. Tamci przebywali w innym domu, mieli swoje jedzenie.

To trzeba powiedzieć: z Polakami nie siadało się do jednego stołu. Dopiero jak byłem w Kanadzie musiałem się tego nauczyć.

Jeśli dobrze zrozumiałem to ten wieniec był wręczany pana ojcu od Polaków. A co mógłby pan powiedzieć o robotnikach przymusowych.

U nas nie mieliśmy żadnych robotników przymusowych. Mieliśmy więźniów wojennych. Anglików, Francuzów. Polaków, jak sobie przypominam, raczej nie mieliśmy. Pośrednik - ten był tak pół volksdeutsch - ale on werbował jeszcze ludzi, którzy przyjeżdżali dobrowolnie. Ci co u n as byli tak czy owak byli zadowoleni...Jedzenie było lepsze, mogli się swobodnie poruszać, mogli iść do kościoła, kościół katolicki był w pobliżu. Tego wszystkiego nie mieliby gdyby znaleźli się w Rzeszy, gdyby pracowali w fabryce. To byli oczywiście robotnicy przymusowi ale było im lepiej niż tym innym.

 

A ci polityczni więźniowie?

Pracowali w mleczarni; ci byli całkiem zintegrowani. Z nimi próbowaliśmy nasz szkolny angielski... Z tymi byliśmy w porządku...W 1942 byłem już żołnierzem.... później mieli dużo swobody, nie było żadnych straży. Ale zanim byłem żołnierzem w 1940,1941 to mieliśmy dziewczęta z Ukrainy, tam z Rosji. Później mieliśmy więźniów rosyjskich. No ci byli wygłodzeni. Gotowaliśmy dla nich w takim ogromnym kotle - pośrednika już wówczas nie było; co się z nim stało nie wiem - tak więc gotowaliśmy 

dla nich fasolę i tym podobne. Byli wygłodzeni...Oni przychodzili zawsze do mojej matki i całowali ją w rękę. Tak było... No trzeba było trochę uważać. Mój ojciec zwłaszcza, bo on nie miał najlepszej opinii w partii; ja jako oficer miałem napisane w papierach, że mój ojciec nie jest członkiem partii i politycznie niepewny.

Czy ma pan jakieś wspomnienia z zebrań politycznych, masówek, w których brała udział cała wieś?

O tak! Dni Wspólnoty Wiejskiej. Braliśmy w tym udział. Organizowaliśmy przedstawienia teatralne...to i tamto...No, ale to było coś nowego. Społeczność wówczas była jednak podzielona klasowo; były różnice między jednymi a drugimi, posiadaczami i innymi...Za narodowego-socjalizmu to było jakby wyrównane, wymieszane...Wszyscy byli wtedy równi, nie...Przypominam sobie na początku wojny przysłali nam takiego agitatora z Rzeszy, niejakiego Rednera. I on miał nam pokazać co to znaczy praca - on był z Kolonii - no i on nam ze Wschodu miał pokazać co to znaczy praca.( śmiech) Gospodarze , a było im wszystko jedno czy to partia czy nie partia, powiedzieli: no przyjedź na zbiory buraka to zobaczymy jak to z tą praca. I upili go tak kompletnie, że leżał pod stołem...Do picia wschodniego nie był przyzwyczajony.

Tak to było.

Potem zostałem żołnierzem. Byłem młody i chciałem; chciałem do oddziałów sanitarnych. Mój ojciec musiał podpisać zgodę, bo ja byłem za młody. I po kilku miesiącach mogłem już zapisać się na uniwersytet. Ja byłem na uniwersytecie...Nie byłem w Rosji w ogóle; byłem w Afryce. I mówię kiedyś do mojego ojca, że miałem szczęście, że mogłem być oficerem sanitarnym, że mogłem...

" To nie tylko szczęście, ja wiedziałem co ja podpisuję..." Każdy próbował ratować swoich chłopaków.

Powróćmy jeszcze do czasów sprzed wojny. Jak wyglądały pana wyjazdy za granicę?

Nasza waluta była słaba. Rzesza Niemiecka utrzymywała sztuczny kurs. To tak jak i z polskim złotym. Ten tez był słaby, 50 fenigów wartości.. Mój ojciec raz jedyny w życiu wybrał się w podróż. Rodzice wyjechali a my zostaliśmy pod opieką dziadków. Popłynęli najpierw statkiem do Swinoujścia, a potem do Frankfurtu nad Menem. Tam miała miejsce wystawa rolnicza. Płynęli potem w dół Renu...Tak to było...Jedyny raz w życiu. Zyjąc na roli nie ma się urlopu nigdy albo jest się ciągle na urlopie, jeśli ktoś 

chce rzecz tak widzieć.

No my chłopaki jeździliśmy na rowerach do Prus Wschodnich; na Mazury, na Sammland Küste ( dzisiaj u Rosjan), statkiem na północ tam od Tiegenhof...tam gdzie stały statki i potem poprzez Zalew do Pilawy. I tak przez Sammland, Frauenburg, Königsberg i dalej przez granicę...Można było wymienić pewną sumę pieniędzy, po pewnym kursie...Rodzice nas oczywiście przestrzegali, abyśmy nie wydawali wszystkich pieniędzy, to będzie można jechać do Niemiec na zakupy.

Czy istniało coś takiego jak szmugiel? 

Szmugiel? O tak! Szmugiel był zawsze. Niektóre rzeczy były lepsze w Niemczech, np. rowery. Te były szmuglowane. Szmugiel to było coś takiego, czego nawet Kościół Katolicki nie uznawał za grzech.

To była normalność.

A czy pan też kupował cos tam po drugiej stronie i następnie w tajemnicy przewoził przez granicę?

Tak, tak, przez Malbork, Elbląg...

Np. co?

Buty! Buty były lepsze niż u nas i tańsze. Rowery. I co tam jeszcze...Noże widelce...takie rzeczy były tam lepsze. Ale np. w Polsce była lepsza wełna. Wyroby wełniane z Bilitz ale barwniki nie były zbyt dobre. Niemieckie były lepsze. Pamiętam, że to szmuglowaliśmy. To było normalne. A w latach 1937,38 masło było u nas tańsze. I wtedy szmuglowaliśmy masło d Niemiec.

Jaka z waszych zabaw dziecięcych była najbardziej typowa ?

W szkole podstawowej do 4 klasy bawiliśmy się często w grupie. Moja żona, która była nauczycielką w Lipnie miała też pod u siebie dzieci polskie, te podczas wojny nie uczęszczały w ogóle na lekcje...i te dzieci znały dokładnie takie same zabawy jak my. Spiewały oczywiście po polsku...Aha, tu przypominam sobie - te polskie dziewczyny co u nas pracowały one Spiewały często przy pracy; takie melancholijne pieśni...I tak kopały buraki.

No a te gry, to my dzieci bawiliśmy się w grupie. Albo piłka ...w czasie wojny to była już piłka nożna.

Czy mieliście boisko do piłki nożnej? Jak były robione bramki?

W Tiegenhof były bramki. U nas na wsi to ubrania były słupkami...Ale mieliśmy piłkę do nogi. To nie było takie oczywiste ale my mieliśmy piłke.

Jakie jedzenie było typowe na Zuławach?

Jedzenie...kwaśne kluski albo kluski Królewieckie...To było typowe. Kluski z jabłkami gotowane i posypywane cukrem i cynamonem. Nasze jedzenie było generalnie rzecz biorąc bardzo proste. Pyzy ze śliwkami, kluchy z maki i wody...nic nadzwyczajnego; rodzaj pasty kartoflanej, gotowane prawie zawsze jako eintopf. Lub Schmandschincke ( schmand to śmietana) i wędzona szynka ze śmietana. To było

dobre i typowe.

Mieszkał pan na Zuławach. Jaką rolę odegrała w waszym życiu woda?

Oh, ciągle byliśmy nad woda. Mieszkaliśmy w Marynowych. Tam płynęła Swenta ( jak tam ona się dzisiaj nazywa?)....aha, Swięta...Tam kąpaliśmy się, tam uczyliśmy się pływać. Pływaliśmy też w Wiśle ale w tajemnicy przed rodzicami. Ja przepłynąłem Wisłę ale nigdy się z tym nie przyznałem przed rodzicami. To było niebezpieczne. Ona jest mocna...No ale każdy chłopak musi spróbować, nie?

W Wiśle Elbląskiej, tam gdzie ona zakręca, w Szkarpawie....tam tez się kąpaliśmy bardzo często. Byłem tam ostatnio i czułem się jak u siebie.

 

Co robiliście jeszcze takiego, czego wam rodzice zabraniali?

Co tam było...No, np. w stodole wdrapywaliśmy na belki stropowe. Tam bawiliśmy się a to było niebezpieczne bo na dole stały maszyny rozmaite.

Czy pamięta pan swój pierwszy bal, swoją pierwszą zabawę?

Mieliśmy szkołę tańca. Kiedy ja tam byłem po raz pierwszy? To chyba musiał być rok 1940...Tam była taka pani Kolleck. W tym były głównie dzieci gospodarskie, może czasem i z miasta, ale głównie gospodarskie. Tutaj właśnie spotkałem jedną z nich. Tam mieliśmy prawdziwe kursu tańca.: walc, polka, kadryle francuskie, tango...Ale nie jazz! No hard rock... Były bale połówkowe, jakby w połowie roku. Zamawiano wtedy pewne panie, czasami było się z nią przez cały czas, niekiedy była inna...na bal adwentowy i bal zakończeniowy, nie...No trzeba było poznać różne, nie...

Dlaczego nie tańczono jazzu?

To była muzyka murzyńska....Polityka! Po prostu polityka. Aha... mieliśmy jeszcze w domu tzw. kółko. Spotykaliśmy się w 5,6 par, piło się szklaneczkę wina, ale wina malinowego, a więc nic niebezpiecznego

i bawiliśmy się wspaniale.

To było kółko taneczne, muzyczne...

Nie, nie, to było kółko...my często tańczyliśmy. Ktoś ze wsi był zapraszany aby grać na harmonii - to taki jeden ci grywał w kapeli na zabawach wiejskich; dostawał coś tam od rodziców nie wiem ile; oni to załatwiali sami. To było wspaniałe.

Jak wkraczała do wsi technika? Np.: czy ktoś kupował sobie adapter, radio...albo maszyny rolnicze, samochód. Kiedy jechał pan po raz pierwszy samochodem?

Ah, auto! Pierwszy raz ? Mój wujek był handlarzem. Handlował zbożem. On miał auto. Był w tej samej partii co mój ojciec, to był dobry przyjaciel. W 1938 kupił sobie auto. Nie niemieckie. To był Chevrolet. Ogromne auto. Podziwialiśmy. Inny wujek też miał jakieś stare auto. Ale tak to mało kto miał. Niektórzy mieli...Właściciel naszego gospodarstwa Epp po I wojnie, po inflacji kiedy można było brać kredyty, 

wtedy on kupił sobie auto. Inaczej nie było to możliwe, nie można było sobie na cos takiego pozwolić. A potem i tak musiał je sprzedać. U nas w magazynie miał garaż, dlatego to wiem. Tam miał tez warsztat...My jeździliśmy zawsze zaprzęgiem. Moi rodzice może tam kiedyś jechali taksówką.

Kiedy pan jechał po raz pierwszy samochodem?

Ah to musiało być z moim wujkiem Maxem. Kiedyś zabrał mnie na przejażdżkę. Pamiętam też, ale to już we wojnę, moi rodzice wzięli taksówkę. My nie mieliśmy auta.

Wujek Max to ten od Chevroleta?

Nie, ten miał , oh ja nie wiem już teraz co to było, taki dwuosobowy, co to z tyłu po otwarciu mogły sie jeszcze dosiąść dwie osoby...staromodny.

Czy istniała tożsamość żuławska?

Tak. My byliśmy mennonitami i my mieliśmy naszą własną tożsamość. My byliśmy mennonitami...Byli ewangelicy, katolicy, no większość ewangelików, ale nasza tożsamość wiązała się z mennonitami.

Jak wspomina rolę kościoła w pana rodzinie?

Mój ojciec, mój dziadek....ale mennonici mieli świeckich duchownych. Nie było księży czy pastorów. Kościół był ważniejszy ze strony matki, ze strony ojca ...no tak, on chodził do kościoła ale nie miało to

tak dużego znaczenia. Mieszkaliśmy dosyć daleko od kościoła, a więc nie chodziło sie regularnie. Potem wmieszało się w to Hitlerjugend i partia. Oni bojkotowali kościół.

Jak?

No tak, ze organizowali swoje zebrania w niedziele przed południem, aby nas powstrzymać od kościoła.

Proszę wyjaśnić: mówił pan, że gospodarstwo było pana ojca ale ze właścicielem był p. Epp.

Gospodarstwo zostało sprzedane rodzeństwu Tisse. Jeden z nich mieszkał niedaleko, w Brunau a drugi był kupcem w Berlinie. Mój ojciec najpierw dzierżawił od swojego teścia w Dworkowie i następnie, kiedy gospodarstwo zostało przejęte przez najmłodszego syna to mój ojciec był administratorem. ( menagerem) 

ale miał prawa własności, chyba 10%.

Kiedy pan pił machandel po raz pierwszy?

Muszę powiedzieć, miałem wtedy może 14, 15 lat. Pamiętam, ze nam młodzieży proponowano piwo słodowe . Mówiono, że prawdziwe piwo i tak by nam nie smakowało. Ale to piwo mi nie smakowało, to prawdziwe było dużo lepsze. Do dzisiaj nie lupie piwa słodowego.

Dlaczego słodowe piwo?

Zawierało mało alkoholu. Radzono je tez kobietom ciężarnym i karmiącym...

Czy istniały jakieś pieśni, które śpiewało się wówczas?

No...Nie pamiętam. Specjalne śpiewy dotarły do nas poprzez propagandę; przed wojną. Napisałem w mojej książce...to było jak w Ameryce przebudzenie religijne. Później była taka pieśń "An der Weichsel gegen Osten" ale to była stara pieśń i niezbyt ładna. Inne specjalnie układano, takie o charakterze wojennym, dla propagandy. Goebbels nie był głupi, on wiedział jak rozpalić ludzi.

Czy ma pan jakieś wspomnienia z powodzi?

Tak, w 1929 Wisła była zablokowana lodem. Lodołamacze nie dawały już rady. I woda sięgała wysoko, my mieszkaliśmy wtedy jeszcze w Dworkowie, tam na Wiśle była przeprawa promowa do Kiezmarku, i ojciec zabrał nas ze sobą, a więc woda sięgała już od wału do wału na wysokość 2,3 metry od korony wału! To zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Taka rzeka może mieć moc. Te moc można była 

rzeczywiście widzieć.

Jak pan może pamiętać? Miał pan wtedy 4 lata?

Tak, tak...pamiętam.

Czy dokuczaliście nauczycielom w szkole? Jak to było?

W I czy II klasie jeszcze nie ale później pojawiły się kłopoty. Tam była pewna nauczycielka, to był rok 1933, która brała udział w zlocie Partyjnym w Berlinie. No i było mi trochę trudno... bo mój ojciec ... ona mnie traktowała trochę... on mnie trzymał od tego z daleka. A potem mieliśmy innego nauczyciela tez brał udział w zlotach partyjnych...zginął chyba na wojnie. Ale ta nauczycielka, ona była w sposób 

widoczny polityczna...no dla mnie ta polityczność nie miała znaczenia, musiałem ja po prostu cierpieć. Byłem z moja żona w jednej klasie, ona to wszystko zna...to musiało być z podtekstem politycznym...Nie wiem.

Dokuczać nauczycielom, no tak...to tez. Pamiętam raz takie zdarzenie z brummtopf( burczybas), to pochodziło z Kaszub chyba, taka beczka obciągnięta skórą i z ogonem z końskiego włosia; widziałem to w muzeum w Oliwie czy Gdańsku....A kiedyś zasadziliśmy się na nauczyciela. On nas widział ale nie rozpoznał i obrzuciliśmy go śnieżkami...

A co z tym burczybasem?

Aha, to taka beczka ten ogon koński się moczyło i wtedy pociągając dawało taki niski dźwięk - brum, brummm...Z tym śpiewaliśmy piosenki; Na Nowy Rok życzyło się złotego konia i takie tam... pannom narzeczonego itd. Pieklismy też takie małe ciastka drożdżowe na oleju...Na Nowy Rok...A jeszcze do specjalności kulinarnych: katarzynki toruńskie! Moja ma przyjaciółkę w Kanadzie, która pochodzi z Torunia. Jak ona mówi: katrinsien...czy cos takiego to żona moja wie od razu o czym mowa.

To zakonnice w Toruniu je piekły. 

Dzisiaj widzę, że wiele pochodziło z j. polskiego. też w Plattdeutsch. Np. koza...- Ziege, Mucha - Fliege...

 

Historia I

Mieliśmy pole makowe blisko domu. Kiedy mak był wysoki musieliśmy gonić gęsi z pola bo one wyjadały mak i były po nim pijane. A kiedy następnego dnia matka kazała je wygonić z obejścia, to one szły wprost na to pole makowe. One były już uzależnione!! No więc mój ojciec postawił płot. 

Kiedy mak był duży to nam go kradziono. I potem ta kobieta, ona też nazrywała sobie makówki, przypuszczam, że najadła się ich za dużo, i nie wróciła do domu. Nikt nie wiedział gdzie ona jest. Nastała noc, a jej nie było. Szukano wszędzie, w rowach... Nie znaleziono. Następnego ranka dopiero znaleziono ja w polu. Spała na polu z workiem w połowie wypełnionym makówkami... To była kompletna kompromitacja dla niej. Tak było z makiem. Dlatego mówiono, o uzależnieniu makowym. O kradzieży. Jak to się po polski mówi: capcarap?

Historia II

Była pewna kobieta.... Było dwóch braci. I ta żona młodszego umarła nagle. Nie wiem z jakiej przyczyny. To było w środku lata, było bardzo gorąco, nagle umarła. A ponieważ było gorąco, trzeba było szybko chować. 2,3 dni. Uderzającym było, że jej pozostała różowa a nie blada. Na wsi to było już wydarzenie...

My dzieciaki siedzieliśmy na płocie cmentarnym. Pogrzeb idzie. Po pogrzebie mężczyźni poszli do knajpy i wypili trochę za dużo. A wtedy moja matka z sąsiadką wpadają tam za nimi i krzyczą: - "Ej, wy tu siedzicie i pijecie a cała wieś na cmentarzu. Kobieta nie umarła. Ona pukała..."

No, ja siedziałem też na płocie. A więc mężczyźni przychodzą. Zadzwoniono po lekarz urzędowego. Wydobyto trumnę i gotowią się do jej otwarcia, żeby wpuścić trochę powietrza do środka. Ale czekają na lekarza.. Ten przyjechał dosyć szybko, postawił samochód na światłach żeby wszystko oświetlić i kazał otwierać. No i jak ci to wieko otworzyli, tak my wszyscy rymsnęliśmy ze strachu z tego płotu na ziemię...

Po chwili wracamy...Ale ciało leżało jak było i jasnym było, że kobieta jednak umarła. Wdrapaliśmy się z powrotem na płot. Trumnę zamknięto ale mój ojciec zauważył, że dwie śruby były już złamane. Trzymała się tylko na dwóch. Bardzo ostrożnie trumnę spuszczono, itd. I wtedy - gdy wszystko już było prawie zakończone i lekarz kazał sypać ziemię - rozległ się straszny huk! My spadliśmy z płotu ponownie.! Jak się okazało, to chodak drewniany kowala spadł wprost na trumnę. Ten zaklął okropnie. Wlazł do dołu i wydobył ten but. Bał się by nie złamać kolejnej śruby. Ale nic więcej się nie wydarzyło. Wyszedł ze swoim butem. Grób zasypano. Cała wieś miała temat do rozmów przez przynajmniej dwa tygodnie.

A moja żona, która nic z tego nie widziała była zazdrosna. Nikt jej nie powiedział o tym co się zdarzyło.

Nie potrzebowaliśmy telewizji. Mieliśmy własne atrakcje.