Julius Hinz

 

Może to nie jest zbyt mądre pytanie ale proszę powiedzieć, jakie wspomnienie z lat dzieciństwa utkwiło Panu w pamięci najbardziej. Jakie wspomnienie jest dla pana szczególnym?

Kiedy po raz drugi miałem sposobność przyjazdu do Tigenhof, dzisiejszego Nowego Dworu, miałem okazje poznać księdza Gawlika. Był on pastorem w Tiegenhof w tym czasie. Już za czasów polskich oczywiście. Zwróciłem się do niego z prośbą dosyć szczególną. Opowiedziałem mu, że gdy wojna zbliżała się do końca, kiedy jako 11 letni chłopiec musiałem uciekać z Tiegenhof, ukryłem na wieży kościoła mój kołnierz ministrancki. Sądziłem, że skoro Rosjan już w mieście nie ma, że pozwoli mi on wejść na wieżę o odszukać mój kołnierz. Wiedziałem, że rozpoznam ten kołnierz ponieważ miał on zielony guzik, który sam do niego przyszyłem. Złościłem sie bowiem zawsze na moich kolegów gdy przychodziłem do zakrystii a wszystkie kołnierzyki były już przebrane i mojego kołnierzyka też już nie było. Sam więc przyszyłem do niego ten zielony guzik. Chciałem kołnierz ponownie odzyskać. Ksiądz Gawlik pozwolił mi wejść na wieżę - to był rok 1968,69,70 - te lata. Odnalazłem mój kołnierz. Był zawinięty ciągle w gazetę "Tiegenhofer Nachrichten" ...Pokazałem go księdzu Gawlikowi. Był porażony i podekscytowany. Ksiądz podarował mi ten kołnierz. Mam go do dzisiaj. Postanowiłem, ze jeżeli jeszcze raz pojadę do Tiegenhof do zawiozę kołnierz do miasta, z którego pochodzi. I przekażę go do muzeum tamtejszego. Umieszczę go w szklanej szkatule i dam napis, ze należał on do ministranta który miał szczególne przeżycia. Bo to taka szczególna historia 11-letniego chłopaka, że go tam na wieży znalazł...

Co szczególnego przeżył pan jako ministrant; jak wyglądało typowe święto kościelne. Czy pomięta pan jakieś wydarzenie z życia kościoła?

Tak, oczywiście. Wiadomo, że my, chłopcy, w wieku 10 lat musieliśmy należeć do HJ (Hitlerjugend). A więc byłem w tym czasie nie tylko ministrantem ale również członkiem HJ! I właśnie kiedy nadszedł moment, że powienienem zapisać się do HJ, mój ojciec powiedział - "Nie zapisuj się do Marine-HJ....; idź do sekcji fanfar. Przynajmniej nauczysz się grać na instrumencie. I teraz chciałbym panu opowiedzieć pewne zdarzenie. Otóż wtedy było źle widzianym, kiedy para narzeczonych brała ślub kościelny. To nie było wprost zabronione ale źle widziane...Odnośnie zaś członków partii czy SA. było nie dozwolone. I tu historia.

Była 6 rano. Poszedłem z księdzem Knitterem . który wówczas był tu proboszczem i moim kolegą Peitschem, którego chciałbym tutaj też wspomnieć. Uczestniczyliśmy w ceremonii ślubu kościelnego z całym ceremoniałem z tym się wiążącym, a wiec Komunia św. Na takie okazje przychodziło wtedy bardzo mało ludzi. Najczęściej przychodzili tylko rodzice. I teraz ciekawostka. Popołudniu tego samego dnia miał miejsce oficjalny narodowo-socjalistyczny ceremoniał ślubu. W obecnym Domu Kultury w Tiegenhof. I ja stałem na balkonie jako HJ, z fanfarą i witałem parę narzeczonych w rytmie marsza. A więc rano wierny chrześcijanin, a popołudniu narodowy socjalista. Czy to nie wyjątkowy czas? Moi znajomi z lat 30,31 przypominają sobie doskonale te sprawy z miasta Tiegenhof. Ale kiedy dzisiaj o tym rozmyślam, jaką władzę mieli nad nami naziści...

Ale są z pewnością i takie wydarzenia, które wspomina pan chętnie i które wywołują na pana ustach uśmiech? Jaką rolę odegrała w pana życiu kolejka wąskotorowa.?

Ogromną. Ogromna rolę... Proszę sobie wyobrazić, że my jeździliśmy tą kolejką nad morze do Stegny. Jechała powoli, to była dla nas wielka frajda. W niedzielę do Stegny... Czy tez w tygodniu przy pięknej pogodzie a latem była zawsze wspaniała pogoda. Wiążą się z tym niezliczone wydarzenia. Np. kolejka stawała w przypadkowym miejscy, gdzie nie było stacji. Stali po prostu ludzie którzy chcieli jechać do Stegny. Albo coś zupełnie niezwykłego: istniała stacja o nazwie "Na żądanie-nadleśnictwo". Czyli jeśli ktoś tam stał, to pociąg zatrzymywał się a jeśli nie to nie stawał. Albo kiedy jako chłopaki wymyślaliśmy coś tam, aby pociąg zatrzymać, to maszynista stawał, wychodził sprawdzał czy coś się nie stało i pociąg ruszał dale. To było wspaniałe!!!

Kolejką dojeżdżało dużo dzieci do szkół. Kiedy z powodu śniegu pociąg nie mógł jechać dzieci zostawały u nas, nocowały u nas, w tej czy tamtej rodzinie. Ich rodzice wiedzieli, że zostały w tej czy innej rodzinie...Nasza kolejka była czymś szczególnym. No cóż, żałujemy, ze nie jeździ już. Cieszymy się, że przed paru laty było nam dane przejechać się jeszcze tą kolejką. Poczęstowano nas piwem i kiełbaskami. To była pożegnalna podróż...Na to. że jej nie ma patrzę z pokorą. Ale to nie tylko w Waszym kraju tak się dzieje. Tak jest wszędzie jeśli nie spełniają warunków ekonomicznych. Ale dla nas mała kolejka była czymś specjalnym. I można było do Stegny jechać naprawdę za małe pieniądze.

Czy pamięta pan jakieś wydarzenie, które zdarzyło się w czasie jazdy do Krynicy Morskiej. Do kąpieliska?

Kahlberg ( Krynica Morska) ...trzeba powiedzieć była kąpieliskiem w pewnym stopniu luksusowym. Tam podróżowało się nie tak masowo jak do Stegny. Stegna była kąpieliskiem powszednim, tam jechało się każdego dnia. Do Kahlberg jechało się przy specjalnych okazjach. Zresztą Kahlberg był bardziej odległy niż Stegna. Już łatwiej była pojechać tam z Elbląga statkiem poprzez Zalew. Stegna ze swoim zameczkiem leśnym, z drewnianym dachem z kory była dla nas, dzieci biegających po lesie, punktem docelowym. Zbieraliśmy po drodze jagody, jagód było mnóstwo. Nasze wiaderka nigdy nie były pełne bo wyjadaliśmy je zanim dotarliśmy do zamku. A tam cieszyliśmy się na naszą kawę. Mój przyjaciel Gerhard Peitsch przeprowadził się ze Stegny do Tiegenhof w 1936. Stąd powstało szczególne powiązanie ze Stegną. Ale my znaliśmy również inne wspaniałe miejsca, w których można było się kapać. Np. Linawa. Dla 10 letniego chłopaka było niemal obowiązkiem umieć pływać. Trzeba było przepłynąć Linawe tam i z powrotem aby być uznanym za chłopca...

Jest wiele historii związanych z naszymi Zuławami...Ale proszę nie zapominać, że musiałem opuścić Tiegenhof w wieku 12 lat. I moje najmocniejsze wspomnienie związane jest z moim kościołem tam, w Tiegenhof. Kościół ten tam w Tiegenhof jest punktem centralnym mojego życia. I takim pozostanie.

Pan służył jako ministrant do Mszy. Czy było wielu katolików wówczas w Tiegenhof? Czy miały miejsca jakieś spotkania ? Czy organizowaliście coś razem?

My żyliśmy właściwie w ukryciu. Trzeba było ukrywać to, że się jest katolikiem czy ministrantem. Kiedy miał miejsce pogrzeb to krzyż trzeba było nieść w torbie i dopiero na cmentarzu można było krzyż wyjąć i odprawić nabożeństwo pogrzebowe naszym księdzem. W drodze powrotnej też trzeba było przemykać możliwie najkrótszą drogą, koło wieży ciśnień, z powrotem do kościoła, aby być widzianym przez możliwie jak najmniejsza liczbą ludzi. To wszystko nie było łatwe ale jakoś udawało się nam wychodzić na swoje. 

Trzeba jeszcze dodać do mojego pierwszego przykładu o ślubach, co może napawać smutkiem, że jako katolicy musieliśmy jednak trochę uważać. Członek naszej Rady Parafialnej Pan Manser , był właścicielem fabryki sera, której zdjęcie jest umieszczone w albumie Marka Opitza... Ta rodzina Manser , która była zaprzyjaźniona z moją rodziną, wyjechała w 1942 roku z Tiegenhof do Szwajcarii. Oni byli Szwajcarami i udało im się jeszcze w tym czasie wyjechać do Szwajcarii. uczynili to podstępem. Manserowie posiadali cyrkowy wagon kolejowy. W nocy udało im się załadować cały dobytek na ten wagon i przez Simonsdorf (Szymankowo) dotrzeć do Szwajcarii. W roku 1942! udało im się to.

Pia Manser, moja szkolna koleżanka, do dzisiaj żyje w Szwajcarii, mam z nią dobry kontakt i obecnie, i z którą o tej ucieczce rozmawiałem mogłaby oczywiście wszystko dokładnie opowiedzieć. Jest część historii miasta Tiegenhof. Jest to bardzo interesujące. Na tym przykładzie mógłby pan widzieć, jak ludzie którzy mieli takie możliwości opuszczenia Niemiec, jeszcze w roku 1942, emigrowali po prostu. Pan Manser , który był dobrym przyjacielem naszej rodziny i był członkiem rady parafialnej przy kościele w Tiegenhof, dał rade jeszcze w 1942 roku wyjechać do Szwajcarii.

Jak wyglądała pana pierwsza podróż do Gdańska? 

Moi rodzice pojechali do Gdanska już bardzo wcześnie bo w latach 60-tych. Ja w 1966...

Miałem na myśli pana pierwszą podróż do Gdanska jako dziecko. To musiało być przezycie dla chłopca.

Wyjazdy do Gdanska były dla mnie czymś powszednim. Byłem w Gdansku bardzo często. a/ mieliśmy filie w Gdansku, b/ - miałem wujka w Gdansku. Omnibusem "Zink & Co.", tak się to nazywało, mogliśmy, jak to sobie doskonale przypominam, za 1 guldena , wtedy mieliśmy jeszcze guldeny, jechać tam i z powrotem. 1 gulden 10. Podróżowałem więc do Gdanska. Miasto to nie było dla mnie miastem szczególnych przeżyć , z powodu częstych tam wyjazdów. To co najciekawsze było dla nas w Gdańsku to te rzeczy, których nie było w Tiegenhof, jak np. tramwaj. To było naturalnie przeżycie przejechać się tramwajem... Albo szerokie ulice, wspaniałe kamienice, i kawiarnie oczywiście. Kawiarnie ulice.

Ale dużo bardziej interesującym było dla nas obywateli Wolnego Miasta Gdańska wyjeżdżać do Elbląga. Elbląg to była już Rzesza Niemiecka a my byliśmy obywatelami Wolnego Miasta. Urządzenia graniczne, a zwłaszcza posterunek celny , również zamieszczony w albumie Opitza ( piękny dokument), stały w Jazowie, nad Nogatem. Wyjazd do Elbląga był bardzo interesujący, gdyż tam można było taniej kupować te artykuły, które dla nas mieszkańców Tiegenhof były tam dużo tańsze. Jechaliśmy do Elbląga z naszymi guldenami i kupowaliśmy taniej. To był oczywiście szmugiel. I tu kolejna dykteryjka: mój przyjaciel Jörg Schlenger pojechał ze swoim ojcem motorem do Elbląga. W drodze powrotnej na posterunku celnym ojciec musiał wejść do budynku aby się wylegitymować a inny urzędnik podszedł do syna siedzącego na motorze i pyta się go, jak tam było w Elblagu , czy coś kupił. Młody Schlenger odpowiada, że w Elblagu było bardzo przyjemnie, i że ojciec kupił mu lokomotywę ale że on powinien ją dostać dopiero na Gwiazdkę, a ojciec myśli, że on nic o tym nie wie. A ja wiem, ze ona jest ukryta w przyczepie motoru...(śmiech)

Tak to wyglądało w ustach dziecka...Ale chcę powiedzieć, że jeździliśmy do Elbląga głównie żeby kupować. Jechaliśmy przez granicę w starych ubraniach, zostawialiśmy je w przebieralniach i zakładaliśmy nowy garnitur czy buty i w ten sposób szmuglowaliśmy te rzeczy w granice Wolnego Miasta. Podobnie z bananami. W Elblągu banany były zawsze. W Wolnym Mieście z bananami były problemy. Owszem bywały ale w Elblągu były zawsze. Ja nie potrafię tego dzisiaj wytłumaczyć . Dzieciaki zawsze chciały tego czego nie było na miejscu i tak było właśnie z bananami.

Czy marzył pan o czymś co chciałby pan mieć za wszelka cenę?

Wie pan, jako dzieci byliśmy bardzo skromni. Marzeniem największym było oczywiście mię duży rower. To marzenie zrealizował mój dziadek, chociaż dostać rower w czasie wojny nie było łatwo. Na moje 10 urodziny otrzymałem od dziadka rower i jeszcze scyzoryk do tego ku zgorszeniu mojej babki, która uważała że 10-letni chłopak nie potrzebuje jeszcze scyzoryka. 

Mój dziadek był dobrym człowiekiem nie tylko dlatego, ze mi podarował rower ale przede wszystkim, że nauczył mnie na Nogacie żeglowania. Dziadek miał tam kawałek gruntu i ubojnię. Mam do dzisiaj dobre kontakty z tym miejscem, zwłaszcza z panem Janem. Jest on tutaj moim gościem. Wraz z żoną. Wystąpili z piosenkami... Znam tam rodziną Osowskich, mieszkają na działce należącej niegdyś do dziadka . Odwiedzam ich zawsze kiedy tam jadę. Pan Damazy niestety zmarł już. Idę zawsze na jego grób; doznałem od niego wiele dobrego. Moje korzenie są również i tam bardzo głęboko. Również pośród tych ludzi, którzy tam dzisiaj mieszkają.

Jak to było z tym, żeglowaniem? Miał pan przecież tylko 10 lat.?

Mój dziadek dał zbudować łódź. Nie można było po prostu kupić łodzi. Szkutnik odwiedzał mojego dziadka na gospodarstwie, zabrał drewno kupione przez dziadka i wszystko inne konieczne do budowy. Następnie łódź była budowana na terenie tym należącym do dziadka. Ochrzczono jej imieniem Peter. Była to łódź żaglowo-motorowa. Na tej łodzi na Nogacie nauczyłem się sztuki żeglowania. W zeszłym roku z moim wnukiem Benjaminem odbyliśmy podróż do Wolfsdorf, tak się to kiedyś nazywało; mój przyjaciel Jan umożliwił nam wypożyczenie łodzi i zeszłego roku popływaliśmy po Nogacie. Nie żeglując ale wiosłując.!

Co się stało z Peterem?

Peter został zarekwirowany przez Rosjan. Ale odnalazłem łódź w Elblągu. Przed kapitulacją znalazłem się pomiędzy Rosjanami. Zuławy były zalane. Ja wiedziałem jak się po tej wodzie poruszać. Z Rosjanami wspólnie łowiliśmy ryby. W Kazimierzowie (Ellerwald 3.Trift) i Adamowie (Elewald 2.Trift), razem z Rosjanami po drugiej stronie Nogatu tzn. nie po stronie dawnej Rzeszy. Tam toczyły się bardzo ciężkie walki. Od strony Tiegenhof stały wojska niemieckie a od drugiej strony, od strony Elbląga Armia Rosyjska. Kiedy trafialiśmy do gospodarstw leżących zazwyczaj nieco wyżej tam znajdowaliśmy ciała żołnierzy niemieckich i rosyjskich; jeszcze nie pochowane. To było na krótko przed kapitulacja. 

Tam łowiliśmy ryby. Mielismy szczupaka, płotkę, oraz, czego dzisiejsi wędkarze niezbyt doceniają, algi! Rosjanie zabierali ryby a nam zostawiali algi. To był dobry interes. Dla mnie jako dziecka był to czas niezwykle bogaty w przeżycia. Spotkania z żołnierzami rosyjskimi pierwszej linii były złe , wszyscy przeżyliśmy straszne rzeczy....Zostawmy te sprawy. To trzeba zapomnieć, cierpieli przecież też i Rosjanie. Ale poznałem też dobrych żołnierzy rosyjskich, którzy traktowali mnie dobrze. Inaczej prawdopodobnie był nie przeżył. Przecież myśmy wszyscy głodowali. To był więc ciężki czas.

Opowiadał mi pan już o swoich planach na przyszłość dotyczących współpracy pomiędzy dzisiejszymi i dawnymi mieszkańcami Tiegenhof. Na czym miałaby ona polegać?

Bardzo ostrożnie wybadałem możliwości współpracy Nowym Dworem i naszym Tiegenhofverein. W rozmowach prowadzonych tutaj i w porozumieniu z moim zarządem doprowadziliśmy do wizyty młodych ludzi, uczniów stąd podczas naszego zjazdu stowarzyszeniowego. Okazało się, że młodzież, uczniowie a także nauczyciele z wielkim zaangażowaniem nadali naszemu spotkaniu szczególny wymiar poprzez naukę naszych pieśni niemieckich. I to sprawiło, że przyszło mi do głowy, aby tę pracę kontynuować. Tańczyć podczas oficjalnych spotkań to bardzo jest ładnie ale to nie przynosi niczego, co by nas mogło satysfakcjonować w dłuższej perspektywie. I tu, rozmyślając nad tymi sprawami doszedłem do wniosku, że trzeba znaleźć rozwiązania idące w kierunku praktycznych działań dla współpracy na rzecz edukacji pomiędzy moją ojczyzną i mieszkańcami Tiegenhof, w którą zostaną włączeni ludzie młodzi. 

Wyglądało to będzie tak, że praktykanci z tutejszych szkół, którzy rozpoczął i już naukę jakiegoś zawodu będą mogli odbyć praktyki u nas, uzyskać wgląd w naszą technologie. Np. zorganizowaliśmy stanowisko praktykanckie w hotelu średniej wielkości dla ucznia ze szkoły gastronomicznej z Tiegenhof. Winien on na jesieni przyjechać do nas i odbyć ok. 3-tygodniowy staż. To można rozbudować, np. młody człowiek który odbył praktykę w Deimler-Benz, w przemyśle elektronicznym, w EDV lub ktoś, kto przejdzie przeszkolenie handlowe u nas, na Zachodzie w zakresie logistyki lub organizacji turystyki, w przedsiębiorstwie transportowym itp. Prowadziłem rozmowy z rozmaitymi firmami, które są gotowe do podjęcia takich działań...Ale tu pojawia się problem - może za Pana pomocą da się go rozwiązać - bo rozbudowa tych planów jest możliwa tylko przy współudziale strony polskiej i to udziale finansowym. Wszystko to bowiem oznacza istotne koszty dla przedsiębiorców, którzy te działania chcą wspierać, aby ci młodzi ludzie mogli przyjechać i odbyć te 3 tygodnie stażu. Trzeba urządzić to stanowisko pracy, dać osobę prowadzącą... A więc to są koszty. Istnieją też i inne koszty: np. podróż. Taka praktyka winna też zakończyć się jakimś świadectwem, które i tutaj, w Polsce będzie miało wartość. To jest niezwykle ważne, aby ten młody człowiek u potencjalnego pracodawcy mógł poświadczyć, że był na praktyce w firmie o takiej a takiej wielkości...

To da się rozwiązać jeżeli rozwiniemy współpracę z polskimi gremiami. Tego naturalnie ja sam nie dokonam. Potrzebuję waszej pomocy. Może dałoby się to ugruntować do czerwca czy lipca, jak przyjadę tu ponownie. Takich spraw nie wolno przewlekać. Kiedy ja w Deimler-Benz mówię, że chciałbym przysłać praktykanta z Polski i Deimler-Benz zgadza się na taki pomysł, to żelazo trzeba kuć póki gorące. Bo jak ostygnie ten pierwszy zapał to jest niezwykle trudno rzecz ciągnąć od nowa. Ponieważ mam już kontakty musimy zrobić coś co nas zaprowadzi o krok dalej. Aby został postawiony fundament ze strony Polski. Aby umożliwić przyjęcie tych młodych ludzi. Z mojej strony prace przygotowawcze zostały wykonane. Mam listę firm chętnych do przyjęcia praktykantów. Teraz trzeba szukać dróg, aby nadać sprawie dalszy bieg. Mogę sobie wyobrazić, że zyskiem dodatkowym z tego przedsięwzięcia może być i to, ze ten młody człowiek z Nowego Dworu, który odbył praktykę w Deimler-Benz w Hamburgu, po powrocie do Polski będzie miał lepsze szanse na uzyskanie pracy w przedstawicielstwie Deimler-Benz w Polsce. W Nowym Dworze przecież i tak nie ma żadnych pracy. Słyszałem ze jest filia w Gdańsku. Lub jeżeli praktykował w japońskiej firmie która istnieje też tutaj...

To jest mój pomysł. Zyczę sobie i innym, aby nam się to udało.