Herman Spode

 

Gdy myśli Pan o swoim dzieciństwie, jakie wydarzenie było dla Pana najważniejsze?

Najważniejsze dla mnie było nasze życie rodzinne. Mój ojciec był nauczycielem w Tiegenhof / Nowym Dworze Gdańskim. Najpierw w Szkole Żeńskiej, prawdopodobnie niewiele Panu o tym wiadomo, ale była tam wtedy Wyższa Szkoła Żeńska, która o ile pamiętam, po trzech czterech latach, została przekształcona w Gimnazjum. Mój ojciec był przede wszystkim nauczycielem muzyki w Gimnazjum. Wychowałem się więc w rodzinie, w której się dużo muzykowało, dużo muzyki słuchało, w której dużo się nauczyłem od mojego ojca. 

W międzyczasie sam zostałem nauczycielem, później rektorem. 

W domu bardzo dużo muzykowaliśmy. Graliśmy w kwartecie i sprawiało nam to ogromną radość. 

Właśnie to wspominam najsilniej z mojego dzieciństwa. Jeśli to chciał Pan wiedzieć.

Czy mógłby Pan opowiedzieć o sytuacji, w której zbierała się cała rodzina i wspólnie grała? Z jakiej okazji? I na jakim instrumencie Pan grał?

Uczyłem się grać na skrzypcach. 

Jednak chciałbym Panu opowiedzieć jak trudno było w ogóle mojemu ojcu dawać lekcje muzyki. A było to tak... Mój ojciec miał bardzo dobrą orkiestrę szkolną, która co roku dawała koncerty. Kiedy dzieci szły do szkoły, próbował znaleźć wśród nich te najbardziej uzdolnione muzycznie. Wtedy od razu też wyznaczał: "ty mógłbyś uczyć się grać na skrzypcach, ty na wiolonczeli, a ty na fortepianie. Potrzebuję jeszcze altówki w mojej orkiestrze? A ty z tyłu, ty mógłbyś grać na kontrabasie." Tak właśnie ich wybierał. Dzieci te musiały najpierw dwa lata uczyć się gry na instrumencie w szkole, następnie wstępowały do orkiestry. A to była piękna sprawa. Spotykaliśmy się w każde poniedziałkowe popołudnie na próbach i właściwie przygotowywaliśmy się przez cały rok do jednego koncertu. W pierwszej części [koncertu] graliśmy uwertury albo jakieś klasyczne utwory, w drugiej występowaliśmy według listy. Pamiętam, że kiedyś na początku zagrałem na skrzypcach Pizzicato Polka. I byłem strasznie dumny, że potrafiłem to zagrać. Ponieważ mój ojciec sam udzielał lekcji gry na instrumentach, miał też dzieci, uczniów, w wyższych klasach, które były już małymi artystami. Kto umiał zagrać Romans F-dur Beethovena, a tak też się zdarzało, ten już coś potrafił.

Tak to właśnie było, jeśli o to Pan pytał, nie jestem jednak pewien, czy to miał Pan na myśli.

(...) Jak wyglądało życie w zamożnej rodzinie?

Nie wiem, czy byliśmy zamożni. Nie byliśmy też biedni, jako że mój ojciec miał zawód, zarabiał pieniądze i dobrze żywił swoją rodzinę. Mój ojciec był jednak bardzo oszczędnym człowiekiem i uważał za istotne, żeby dzieci miały jakieś pieniądze na swoim koncie na wypadek, gdyby chciały studiować, czy coś w tym stylu. Dlatego też zawsze odkładał sporo pieniędzy i w związku z tym żyliśmy bardzo skromnie. Gdy sobie pomyślę, jak dziś dzieci żyją, jakie mają zabawki itp... Mój ojciec często dawał darmowe lekcje. Rodzice [tych dzieci] chcieli się też w jakiś sposób odwdzięczyć, a byli to najczęściej pomocnicy chłopscy [albo chłopi] z Żuław. Przychodzili najczęściej w urodziny mego ojca albo w Święta Bożego Narodzenia z wielkimi koszami wypełnionymi szynką, kiełbasami, serami, a czasem też znalazła się tam butelka wina. Ponieważ mój ojciec w ogóle nie pijał alkoholu, wstawiał te butelki z winem albo innymi trunkami, również Machandel, do szafki. Miały tam "czekać" do srebrnego wesela rodziców. Srebrne wesele było w 1941 r. w tym czasie ojciec był na wojnie. W międzyczasie kilka razy się dobrałem do butelek i trochę z tej szafki popróbowałem. I cieszę się że to zrobiłem, ponieważ ta szafka pełna wspaniałości wpadła później w ręce Rosjan. Prawdopodobnie oni ją opróżnili. Srebrne wesele nie mogło być zatem świętowane. Później również ja zostałem powołany. 

Jeśli więc chciałby Pan dowiedzieć się, jak wyglądało u nas życie zamożnej rodziny, musi zapytać się Pan kogoś innego. My żyliśmy bardzo skromnie. Czasami dostawaliśmy (miałem jeszcze dwie siostry) od dzieci, które otrzymywały lekcje za darmo, używane zabawki, których tamte już nie potrzebowały. Ja dostałem kiedyś teatrzyk kukiełkowy, albo mieliśmy aparat do wyświetlania, nie wiem jak to się kiedyś nazywało, przez który przeciągało się takie obrazki i przy tym pięknie opowiadało. Albo drewniane klocki, tego pewnie Pan nie wie, z których można złożyć najróżniejsze rzeczy. Takie rzeczy dziedziczyliśmy po uczniach naszego ojca.

Powiedział Pan, że tą szafkę z alkoholem zabrali Rosjanie ... Jak Pan się o tym dowiedział?

Moja mama została jeszcze do ostatniej chwili w Tiegenhof / Nowym Dworze i na krótko przed Rosjanami wyjechała zostawiając pełną szafkę. A więc mogli ją tylko Rosjanie opróżnić [wypić].Dół naszego domu został rozbudowany. W piwnicy trzymano broń maszynową i inną przeciwko Rosjanom. A ponieważ Rosjanie nadciągnęli stosunkowo szybko, zdobyli Nowy Dwór i wtedy też dostali nasz dom. Nasz dom został później niestety spalony. Kiedyś rozmawiałem z kimś, kto mi opowiedział, że jeszcze w 1945 zbierał owoce w naszym sadzie. Dom jeszcze wtedy stał; ale czy został podpalony, czy też był to nieszczęśliwy zbieg okoliczności, nie potrafił powiedzieć. Wcześniej mieszkaliśmy jeszcze w domu, który stoi do dziś i obok którego zawsze chętnie przechodzę. Naprzeciwko sali gimnastycznej. Tam są teraz te dwie szkoły: gimnazjum i szkoła powszechna. Zaraz przy... tam gdzie się kończy podwórko szkolne szkoły powszechnej, stoi mały domek, dziś trochę podupadły. To był kiedyś dom kantora. Ponieważ mój ojciec był jednocześnie organistą w kościele ewangelickim, a organiści dostawali mieszkanie służbowe, mieszkałem tam. I tam jako dziecko siadywałem i obserwowałem przejeżdżające pary nowożeńców. Nadjeżdżały w pięknych powozach, a konie były przywiązywane do takiej żerdzi... Mogłem sobie wtedy oglądać piękne pary, albo dzieci niesione do chrztu, ale również pogrzeby. Kiedyś nie mieliśmy domu pogrzebowego i zmarli byli przechowywani w domach i bezpośrednio stamtąd byli przewożeni na cmentarze. Mieszkaliśmy więc zaraz przy cmentarzu ewangelickim, tam gdzie dziś stoi ten mały pomnik.

Tam właśnie mieszkaliśmy, a później ok. 1930 r. Mój ojciec przeprowadził się z domu organisty na ulicę Kirchstrasse [Kościelna], za cmentarzem. Tam mieszkaliśmy później i tam właśnie była szafka z tymi trunkami.

Dlaczego te "święta" (śluby, chrzciny, pogrzeby) były dla Pana jako dziecko takie ważne?

Oni wszyscy przejeżdżali koło nas, a obok naszego domu stały powozy i były uwiązane konie. Poza tym nieraz wdawało się z tymi ludźmi w rozmowę. I to było dla nas dzieci po prostu interesujące. Ale jeśli pyta Pan, co było dla nas dzieci szczególnie interesujące, to moi dziadkowie, którzy nie mieszkali w Nowym Dworze, ale również na Żuławach (nie wiem jak to się dziś po polsku nazywa), w Neumunsterberg / Nowa Kościelnica. Z Nowego Dworu, jeśli jechało się wzdłuż kanału przez Ladekopp / Lubieszewo albo Orłowo, Schonberg / Ostaszewo, dojeżdżało się do Neumunsterberg. Tam stoją jeszcze dziś dwa Vorlaubenhauser [może chodzi o domy podcieniowe] i tam mieszkał mój dziadek. Mój dziadek był kapitanem na małym parowcu, który pływał z Schoneberg do Gdańska. Jesienią nasi chłopi ładowali na parowiec swoje owoce i warzywa i płynęli z tym do Gdańska, gdzie sprzedawano towar. Od czasu do czasu mogłem stanąć za sterem i kierować statkiem. Pewnego razu kiedy Dziadek gdzieś poszedł, miałem wrażenie, że mamy za silny prąd czy coś w tym rodzaju. W każdym razie nie mogłem utrzymał statku. A dziadek zawsze mi powtarzał: Musisz zawsze na to uważać. Tam daleko przed nami jest wieża i musisz się zawsze na nią kierować. Byłem wówczas jeszcze dzieckiem, a ponieważ czułem, że coś nie gra, zacząłem krzyczeć. Wtedy przyszedł mój dziadek, który właśnie pił sobie kawę na dole, nie zwymyślał mnie, za co byłem mu bardzo wdzięczny, tylko ustawił kurs i powiedział: Jedź dalej.

Mimo to upoważnił jednego z majtków (było ich dwóch na statku), żeby na mnie uważał, co też robił. Byli ponoć za to przyzwoicie wynagradzani.

Nad Wisłą w Kiezmarku po drugiej stronie było Michałowo / Rothebude mieszkała moja babcia. Nie było tam mostu tylko prom parowy. Wszyscy, samochodem czy piechotą, którzy chcieli się przedostać na drugą stronę Wisły do Kiezmarku, przepływali promem. Jeden z moich wujków był kapitanem na tym promie. Kiedy jechaliśmy do Babci do Kiezmarku, płynąłem często tam i z powrotem za darmo. Mogłem też często stać na górze przy kapitanie i obserwować stamtąd, co się dzieje. 

Do Kiezmarku jeździliśmy z ojcem raz w miesiącu. Kiezmark nie leży już na Żuławach. Co mi szczególnie utkwiło w pamięci to to, że mój ojciec miał coś wspólnego z organami w Kiezmarku. Mój ojciec miał wtedy klucze do kościoła i do organ. Kiedy tam przyjeżdżaliśmy, najpierw szliśmy właśnie do kościoła. Wtedy nie było jeszcze elektrycznych organ i powietrze wpuszczane było przez miechy. Musiałem wtedy kalikować [pompować powietrze do miechów, podczas gry na organach]. Ojciec grał wtedy Preludium Bacha albo jakiś chorał. I dopiero po tym szliśmy na cmentarz, do naszego grobu rodzinnego, a później do babci. Te odwiedziny w Kiezmarku były dla mnie zawsze czymś wyjątkowym, zwłaszcza w kościele.

Jaką rolę pełniła Wisła w Pana życiu?

Wychowywaliśmy się w Nowym Dworze, a nad Wisłą bywałem, kiedy byłem w Nowej Kościelnicy u dziadków, kiedy płynąłem statkiem parowym z Ostaszewa do Gdańska, ale to zdarzało się rzadko. Moja babcia miała duży ogród i też pływała z nami do Gdańska na rynek, gdzie sprzedawała swoje owoce, a ja jej czasami w tym pomagałem albo ganiałem w tym czasie po rynku. 

Wisła sama w sobie nie była dla mnie czymś ważnym, chociaż pamiętam, jak przedwiośniem wylewała. Nad Wisłą był spory kawałek ziemi, który nazywaliśmy "za wałem", ponieważ wał znajdował się daleko z tyłu. Wypasało się tam latem krowy, a zimą kiedy wylewała, cały ten obszar był pod wodą. Przypomniałem sobie jeszcze, że kiedy Wisła wylewała, żaden prom nie mógł dotrzeć do wału, budowano wtedy kładkę. I pamiętam, że jako dziecko, bałem się iść po tej kładce, ponieważ była tak strasznie długa.

Tak w ogóle to Wisła kojarzy mi się z pływaniem z dziadkiem, z podróżami do Kiezmarku, kiedy przeprawialiśmy się promem na drugą stronę i z wujkiem, który był kapitanem na tym promie i że dobrze się wtedy bawiłem.

Jak przyjął Pan wybuch wojny?

Byłem wtedy maturzystą, a więc przed maturą. Panował wtedy ogólny polityczny niepokój. W międzyczasie naziści przejęli władzę i zdarzały się przykre sytuacje. Ale muszę też szczerze powiedzieć, że były też tego dobre strony. Nasza młodzież przyjmowana była do organizacji młodzieżowych III Rzeszy. Potrafili nam organizować popołudnia i wieczory, kiedy się spotykaliśmy. Najfajniej było, kiedy jeździliśmy latem do Stegny albo do Sztutowa pod namioty, gdzie później znajdował się obóz koncentracyjny. Zawsze, kiedy jadę do Sztutowa , odwiedzam były obóz i przechodząc obok pomnika myślę o tym, że kiedyś w tym miejscu stał namiot, kiedy jako młody chłopak spędzałem tu czas. To były te dobre strony dla nas dzieci.

Były też te złe. Jedną z sytuacji chciałbym opowiedzieć. Mój ojciec był organistą. Wszyscy nauczyciele musieli zapisywać się do partii, również mój ojciec. Był jednak jeden, czy dwóch, którzy tego nie zrobili, i mój ojciec. Pewnego dnia usłyszał: jesteśmy przeciwko kościołowi i dlatego musi pan zrezygnować z funkcji organisty. Ojciec powiedział im, że nie może z tego zrezygnować, ponieważ jest nauczycielem muzyki, a organy są królową instrumentów. Poza tym kształci ludzi i nie może tego zrobić. Na co naziści odpowiedzieli mu, że budują wielki dom, dom wspólnoty ludowej. U was w Nowym Dworze jest to dziś Dom Kultury. Pamiętam bardzo dokładnie, jak go budowano. W domu tym wbudowano olbrzymie organy, najnowocześniejsze, jakie wtedy istniały. Kiedy już po wojnie tam zaszedłem, i opowiedziałem komuś o tych organach, zapytał się, gdzie one są, gdzie klawiatura, gdzie piszczałki. Na suficie w tej dużej sali znajdują się otwory rezonansowe, piszczałki były na dachu, a dźwięk przechodził z góry na dół. A ojciec siedział przy stoliku z klawiaturą, która była połączona z piszczałkami, którą tak na marginesie można było przesuwać po sali. Tak to siedział przy tych organach i musiał grać. Wtedy naziści znowu przyszli i powiedzieli: przyszedł już moment, kiedy powinien pan przestać grywać w kościele. Ojciec ponownie odmówił. Mimo to zobowiązał się grać dla nich w niedziele, z okazji jakichś uroczystości, w domu wspólnoty ludowej. Umówił się z nimi tak, że od 10-tej do 11-tej szedł do kościoła, a później był do ich dyspozycji i mógł im coś zagrać. Jednak do końca wojny pełnił funkcję organisty, na tyle na ile dostawał urlop z wojska, a był wtedy żołnierzem, i mógł zagrać na organach dla parafian.

Pytanie o obóz Sztutowie...

Muszę Panu powiedzieć, w co nikt mi nie wierzy, że o obozie koncentracyjnym w Sztutowie nic nie wiedziałem. Już na początku wojny wyjechałem z Nowego Dworu. Urlop miałem trzy razy, zwykle tylko po 14 dni. Miałem wtedy dziewczynę i zwykle mieliśmy sobie wiele innych rzeczy do opowiedzenia. Wtedy też nie wolno było o tym rozmawiać. Z tego co wiem, ci biedni ludzie byli w Nowym Dworze na dworcu "przeładowywani" do Sztutowa. To oczywiście Nowodworzanie widzieli. A dowiedziałem się o tym od jednego mężczyzny, który pracował na dworcu, i który czasem podrzucał tym ludziom wodę albo coś do jedzenia, kiedy tylko nie był obserwowany. A było to surowo zabronione. 

O obozie w Sztutowie dowiedziałem się w radzieckiej niewoli. Zostałem zabrany na przesłuchanie, na którym to właśnie jednym z zarzutów był obóz koncentracyjny w Sztutowie. Wtedy głupio zresztą odpowiedziałem, że to jakaś radziecka propaganda. że to nie możliwe, żeby w Sztutowie był obóz. Później w niewoli drogo za to stwierdzenie zapłaciłem. Kiedy wróciłem z przesłuchania do obozu, byłem bardzo przygnębiony. Jeden z kolegów zapytał, co mi jest i jak ja w ogóle wyglądam. Opowiedziałem mu, że zarzucono mi straszne kłamstwo, że w Sztutowie jest obóz koncentracyjny. Na co mi odpowiedział: wiesz, powiem ci prawdę, byłem tam kiedyś, musiałem tam coś zawieźć. Naprawdę tam jest i widziałem tych biednych ludzi. W taki właśnie sposób dowiedziałem się o obozie w Sztutowie To był pierwszy raz, kiedy się o nim dowiedziałem. Kiedyś raz słyszałem, że znajduje się tam obóz pracy, no tak ale... Pierwszy raz o obozie koncentracyjnym w Sztutowie dowiedziałem się dopiero w radzieckiej niewoli.

Jak wyglądało Pana pożegnanie...?

Ostatni raz byłem na urlopie w domu w 1944 roku. Wówczas nie liczyliśmy się jeszcze z tym, że nadejdzie ostateczne pożegnanie. Mimo, że front coraz bardziej się cofał. To oczywiście zauważono. Pożegnałem się wtedy normalnie, mając cichą nadzieję na powrót. Nie było przecież żadnych zniszczeń, w naszym domu również. Uwagę podczas tej strasznej wojny zaczęli zwracać jedynie przetaczający się nad zatoką uchodźcy. Szli przez Krynicę Morską, Sztutowo, Stegnę, wzdłuż Mierzei. Przez to i nasi ludzie bardziej zwracali uwagę na to, co się działo. W 44-tym jednak o tym jeszcze nie myślałem. 

W 1945 trafiłem do radzieckiej niewoli. Spędziłem tam 5 lat, wykonując tam najcięższą pracę, ścinanie drzew, a przez rok pomagałem [nie jestem pewna, co powiedział] odbudowywać Staliningrad. 

W 1949 roku przyjechałem do zachodnich Niemiec i tam odnalazłem moją mamę i moje dwie siostry. Mój ojciec był jeszcze (też) w radzieckiej niewoli. Wrócił dopiero w 1953 roku, już jako wrak człowieka. Żył jeszcze rok. I właściwie wrócił tylko po to, żeby nas jeszcze zobaczyć i zostać pochowanym. Miał za sobą ciężki czas.

Wspominał Pan wcześniej, że cała rodzina muzykowała...

Mój ojciec był nauczycielem muzyki, oprócz niego ja grywałem. Moje obydwie siostry, próbowały grać na fortepianie, ale ojciec w pewnym momencie się poddał, ponieważ nie były zbyt muzykalne.

Czy grało się lub śpiewało coś typowego dla Żuław?

Zwyczajne niemieckie pieśni ludowe. Nie wiem, czy mieliśmy coś charakterystycznego dla nas. śpiewaliśmy wszystkie niemieckie pieśni ludowe, które się śpiewało wszędzie. Ale nie potrafił sobie przypomnieć, czy istniały jakieś nasze Żuławskie pieśni ludowe, czy też Żuławska muzyka ludowa.

Nie wiem.

Z czego zdawał Pan maturę?

Musiałem zdawać egzamin ustny, a z muzyki, ponieważ był to mój przedmiot wiodący, musiałem coś zagrać. Ale szczegółowo nie pamiętam, z czego zdawałem. W pewnym sensie miałem pecha albo szczęście, zależy jak Pan to zrozumie, bo mój egzamin był stosunkowo łatwy, ponieważ zdawałem maturę wojenną. Pobierano wówczas młodych ludzi do Wehrmachtu, i dlatego w 1939 roku zdawaliśmy łatwiejszą maturę, według wymogów wojennych.

Jaką rolę pełniła według Pana kolejka wąskotorowa?

Kolejka była dla nas Nowodworzan pojazdem, z którego zawsze korzystaliśmy. Jeździła do Stegny. Często też po szkole jeździliśmy nią do Stegny albo do Sztutowa, żeby się wykąpać i wieczorem wracaliśmy z powrotem. Istnieje dużo sympatycznych historii z nią związanych.

Dużo uczniów jeździło kolejką do szkoły. Z przodu kolejka miała, nie wiem, czy Pan o tym wie, taką platformę, na której był hamulec. Przód kolejki był odkryty. Dzieci, które jeździły ze Stegny albo Sztutowa, często odrabiały lekcje w kolejce. A kiedy na przykład któreś z nich nie zdążyło, przekręcali hamulec i pociąg stawał. A zwykle robili to przy Tiegenhagen / Cyganek, gdzie droga jest trochę pod górkę. Pociąg musiał się wtedy cofać, żeby nabrać rozpędu. Zatrzymywali pociąg tak często, czasem dwa, trzy razy, aż przychodził maszynista i mówił: Przestańcie już! Muszę być punktualnie, a i tak już jestem spóźniony.

Czy Lud Żuławski posiadał swoją odrębną tożsamość, która ściśle związana była z tą ziemią? Na czym to polegało?

Żuławiacy żyli i mieszkali przede wszystkim na wsi. Chłopi byli w większości menonitami i to oni kształtowali życie na Żuławach. Przeważały u nas duże gospodarstwa, częściowo nawet bardzo duże. Nasza ziemia była niesamowicie płodna, ale wymagało to ciężkiej pracy. A to kształtuje ludzi. Żuławianie byli w jakimś sensie ociężali, nie tacy jak mieszkańcy Nadrenii, którzy wręcz wydychają radość, tylko stosunkowo spokojni i powolni, ale sumienni i skrupulatni. Te cechy widziałbym jako charakterystyczne dla mieszkańców Żuław. Byli oni również bardzo przywiązani do swojej ziemi, kochali ją i cieszyli się nią, to muszę przyznać. 

Widzi Pan, właściwie prawie w ogóle nie wyjeżdżaliśmy z Żuław. Były już samochody, ale mało kto je posiadał. Autobusy jeździły z Nowego Dworu do Gdańska, Elbląga i Malborka.

Mój ojciec nigdy nie posiadał samochodu. W samym Nowym Dworze były może 3 czy 4 auta. I tak też prawie w ogóle nie wyjeżdżaliśmy z Żuław. Byliśmy tam u siebie w domu. 

Istotnym pięknem na Żuławach, które również ukształtowało nasze dzieciństwo, była woda. Tuga, i mnóstwo drobnych kanałów. Wczoraj podczas wykładu opowiadałem o naszym dzieciństwie. Niektórzy z nas pływali łódką do szkoły, przyjeżdżali konno (dwóch z Petershagen / Żelichowa, których znam do dziś, jeden z nich jeszcze żyje). Inni wozem albo saniami. To było nasze dzieciństwo, wypełnione również przyjemnościami. 

Z tego co wiem, nasi rolnicy musieli transportować mleko do mleczarni. Niektórzy przewozili je wozem albo motorówkami. Ostatnio ktoś właśnie mi opowiadał, że rozmawiał z jednym z przewoźników łodzi motorowej, który gdy przywoził mleko do mleczarni, uskarżano się tam, że zawartość tłuszczu w tym mleku jest niższa niż mleka z innych gospodarstw. Do momentu kiedy nie doszli do tego, że kierowca tej łodzi, zanim dostarczył kany z mlekiem, zbierał z wierzchu śmietankę dla siebie. Dlatego też zawartość tłuszczu w tym mleku była niższa. Musiał oczywiście zaprzestać tej procedury... 

Ale to są właśnie historie, które się u nas opowiada.