Hans Müller

 

Jakie problemy miało dziecko... ?

Zawsze się mu w jakiś sposób dokuczało. To znaczy nie zawsze brało się go poważnie. I trzeba było trochę za tymi innymi biegać. Inni byli lepsi w sporcie; szybciej biegali, lepiej skakali. Tego ja nie potrafiłem, ponieważ byłem za mały. Musiałem im w innym sposób dorównywać. Musiałem się określić, a robiłem to częściowo poprzez szkolną wiedzę.

Trudno było zdobyć respekt wśród uczniów czy kolegów. Mówili oni zawsze: "Ach ten mały...". Trzeba było to inaczej wyrównać, chociażby przez szkolną wiedzę albo trzeba było po prostu być mądrzejszym niż wielu innych.

Jakie wspomnienia zachował Pan w związku ze swoim wzrostem?

Właściwie żadnych szczególnych. Tylko... W szkole podstawowej byłem tylko trzy lata i zawsze byłem tym najmłodszym w klasie. I później dopiero było mi trudniej, ponieważ duchowo (psychicznie) byłem trochę w tyle za innymi, którzy byli ode mnie o rok starsi. A to w szkole stanowiło już jakąś różnicę. Ale to czy byłem wysoki, czy niski nie było czymś poruszającym.

Mój ojciec był nauczycielem w Gimnazjum. A przez dziesięć ostatnich lat był dyrektorem komisarycznym Gimnazjum i wykonywał i układał plany lekcji. Wiedział też, jak duże były poszczególne sale, które przyporządkowywał różnym klasom. A ponieważ, jak już wspominałem, byłem zawsze trochę mniejszy, niż inni, troszczył się zawsze o to, aby w klasie, której miałem lekcje, była trochę niższa ławka. Albo pytał się mnie: "Gdzie chcesz siedzieć? Tu czy tam?". Wówczas znalazła się we wskazanym miejscu trochę niższa ławka, tak żebym siedząc mógł dotykać stopami podłogi. Ale takie sytuacje miały miejsce dopiero w maturalnej klasie.

Jeśli chodzi o mnie, zdawałem normalną maturę z egzaminem pisemnym i ustnym. Gdzie w niektórych przypadkach była przyznawana matura w trybie przyspieszonym, ponieważ niektórzy uczniowie byli powoływani do wojska.

Miałem egzamin z biologii i... nie mogę sobie przypomnieć, z czego jeszcze. Moim przedmiotem fakultatywnym był język angielski. Mój ojciec był nauczycielem języków obcych: francuskiego, angielskiego i łaciny. I jeśli chodzi o języki, to przychodziły mi łatwo. Wprawdzie jak szybko się ich uczyłem, tak też szybko znowu zapominałem, ponieważ byłem zbyt leniwy, żeby je na tyle wkuwać, żeby pozostały w głowie. Tak w ogóle to nie miałem żadnych problemów w szkole. Bardzo dobrze mówiłem po angielsku. Francuskiego uczyłem się 5 lat i szło mi całkiem dobrze, tylko z łaciną gorzej. To nie był mój konik.

Czy miał Pan możliwości wykorzystania swoich językowych umiejętności na Żuławach?

Nie. W tamtych czasach trudno było się wybrać poza miasto. To była już wyprawa. Aby wybrać się do Gdańska, np. autobusem z Tiegenhof / Nowego Dworu Gd., a były to wówczas stare, klekoczące autobusy napędzane śmierdzącym Dieslem, od którego ciągle robiło mi się niedobrze... Dlatego rzadko jeździłem do Gdańska. A podróż kolejką wąskotorową do Gdańska zajmowała 5 godzin; a koleją przez Siemonsdorf była zbyt uciążliwa z tymi wielokrotnymi przesiadkami, dlatego rzadko jeździliśmy do Gdańska. Dzisiaj znam Gdańsk lepiej niż wtedy. 

Często jeździliśmy natomiast autobusem pocztowym po jakieś zakupy (czego nie mogliśmy dostać w Gdańsku) do Elbląga, czy Malborka. To było tylko 20 km. Poza tym Malbork i Elbląg należały do Rzeszy Niemieckiej.

Jakie wrażenie robiły wówczas Żuławy ......?

Bardzo dobre wrażenie. Całe Żuławy, moja najbliższa Mała Ojczyzna, były cudowną krainą. Gdy się patrzyło w dal, wzrok się o nic nie potykał. Gdy jest Pan w górach, widzi Pan z jednej strony tylko kawałek dalej, z drugiej strony jakieś drzewa, lasy albo górę przed sobą. Na Żuławach wzrok sięgał bardzo daleko. Albo pola... Było przepięknie. Często dzięki moim szkolnym kolegom i przyjaciołom jeździłem w ferie do okolicznych wsi i pomagałem w polnych pracach. A zboże miało wtedy dwa metry wysokości, naprawdę tak było.

Gdańsk był dla nas, tak też się nazywał, Wolnym Miastem (państwem), krainą mlekiem i miodem płynącą.

Na czym opierała się taka opinia?

Tego nie wiem. Nie potrafię Panu powiedzieć nic o jakości ziemi. Musiała był jakaś przyczyna, dla której zboże tak pięknie rosło. O tym mogłaby Panu później Pani Klink dokładniej powiedzieć, ponieważ wychowała się u swoich rodziców na wsi. Wiem tylko, że żywności mieliśmy w nadmiarze.

W każdym razie Gdańsk, to małe "wolne państwo", był obszarem, na którym wytwarzało się dużo produktów żywnościowych. Nie mieliśmy przemysłu. Nie było u nas większych fabryk. Cukrownie - tak, w których przerabiano również produkty rolnicze. Ale przemysł..., fabryki, w których produkowano by samochody, o tym mi nie wiadomo. W Gdańsku... stocznia ?

Jak wyglądała podróż kolejką do Gdańska?

Właściwie była bardzo piękna. Co prawda trwała 5 godzin. I jak Pan wie, kolejka wąskotorowa dawniej, powiem to tak, wyglądała jak większe wydanie kolejki (zabawki) z Merklin. Osiągała maksymalną prędkość 15 km/h. Do Stegny / Stegen jechało się dobrą godzinę. W pociągu wisiały tabliczki z napisem: "Zrywanie kwiatów podczas jazdy zabronione". Kiedy nie chcieliśmy płacić za bilety, wsiadaliśmy do tyłu, gdy widzieliśmy jak konduktor wsiada z przodu i czekaliśmy aż dojdzie do naszego wagonu, wtedy wyskakiwaliśmy przez tylne drzwi, biegliśmy wzdłuż kolejki i z przodu wskakiwaliśmy z powrotem. To było wykonalne przy takich prędkościach. Albo kiedy [konduktor] przychodził od tyłu, wyskakiwaliśmy z przodu, czekaliśmy aż pociąg przejedzie i wskakiwaliśmy do tyłu. Kiedyś spałem nawet ukryty na siatce na bagaż, dodatkowo przykryty płaszczem. Wtedy też mnie nie znaleziono. Próbowaliśmy oczywiście oszczędzać, gdzie się tylko dało. Nawet w formie zabawy.

Do Gdańska jechało się wzdłuż wybrzeża aż do Mikoszewa / Nickelwalde, gdzie znajdował się prom kolejowy, o którym wielu z was prawdopodobnie nic nie wie. Tam lokomotywa z wagonem bagażowym, który był jednocześnie pocztowym, była odłączana i wjeżdżała na prom, a wszyscy podróżni przechodzili piechotą na prom. I tak byliśmy przewożeni na drugą stronę, po której czekała już taka sama ilość wagonów pasażerskich. Podróżni ponownie wsiadali do pociągu, lokomotywa z wagonem bagażowym podjeżdżała i pociąg ruszał dalej do Gdańska. 

Pięć godzin, ale uroczych.

Zakupy za granicą ?

Na przykład kiedy potrzebowaliśmy butów. W Elblągu i Malborku można było dostać lepsze niż w Gdańsku. Nie wiem, dlaczego. Czy były jakościowo lepsze, czy może tańsze, tego nie potrafię powiedzieć. W każdym razie nasi rodzice często jeździli z nami do Malborka albo Elbląga, gdy potrzebowaliśmy butów. W Tiegenhof / Nowym Dworze Gd. mieliśmy własne sklepy z obuwiem, ale główne zakupy robiono w Rzeszy. Wtedy trzeba było oczywiście, gdy przychodziło do płacenia cła... Na podróż zakładało się najstarsze i najbardziej zniszczone buty, jakie się miało, które później w sklepie lądowały w koszu. Wówczas sprzedawca albo sprzedawczyni przecierała podeszwy [nowych butów] papierem piaskowym [ściernym]. Mieli oni zawsze w sklepie pudełko z ziemią i kurzem, w które wsadzano buta po przetarciu podeszwy i po delikatnym zwilżeniu buta. Wtedy wyglądały na używane i nie musiały był oclone. Ponieważ cło na granicy było stosunkowo wysokie. 

Trochę się też oczywiście szmuglowało, co bywało zabawne, ale mogło też drogo kosztować.

Co szmuglowano?

Przede wszystkim drobne rzeczy. Kiedy wybieraliśmy się do Rzeszy, mieliśmy możliwość wymiany tylko 10 RM [Reichsmark - Marka Rzeszy Niemieckiej] na osobę. Kto ukończył 10 lat, otrzymywał własny paszport i dlatego byliśmy również zabierani, ponieważ przysługiwało nam te 10 RM. Mój ojciec szedł wtedy do banku w Tiegenhof / Nowym Dworze Gd., wpłacał 12.50 guldenów, co było zapisywane w paszporcie. I z tym zapisem zgłaszaliśmy się w Elblągu albo Malborku w filii tego niemieckiego banku, u nas też mieliśmy bank niemiecki, gdzie otrzymywaliśmy po 10 RM na osobę. Z pewnością może Pan sobie wyobrazić ile można było kupić za maksymalnie 50 RM. Nikt jednak nie miał ochoty płacić cła za wszystko, zwłaszcza za drobiazgi. Zwykle każdy z podróżujących miał przy sobie duży parasol, naprawdę duży, który stawiano gdzieś w rogu i pakowano do niego te rzeczy, tzn. drobiazgi, które chciano przeszmuglował. Gdy przychodzili celnicy, musieliśmy wysiadać z autobusu. Gdy paszporty i papiery zostały sprawdzone, przechodziliśmy piechotą przez most w Malborku, w Elblągu granica była nad Nogatem, wtedy po Gdańskiej stronie nadchodzili gdańsko-polscy celnicy i ponownie wszystko kontrolowali. Gdy urzędnicy przechodzili przez autobus albo nie chcieli widzieć parasoli, albo ich rzeczywiście nie zauważali. Pecha miał ten, kto zapominał, że miał coś w parasolu. I gdy padał deszcz, chwytał za niego, otwierał, tym samym wysypując zawartość. To był już pech. 

Ale to takie drobne przeżycia, w małym ruchu granicznym. Dalej bywałem później już jako żołnierz.

Reforma pieniężna 1935. Jaki był stosunek Pańskich rodziców?

Robili szybko jakieś zakupy. Gdy na przykład dziś dowiedzą się, że cena benzyny wzrośnie o 10 Pf [fenigów], jadą wtedy szybko zatankować jeszcze po starej cenie. Tak też było wtedy. Z tych samych powodów próbowano wówczas kupować szybko towary jeszcze po korzystniejszych cenach, za które za tydzień płaciło się już więcej. I tak na przykład dostałem moje łóżko, z którego byłem strasznie dumny, bo dotychczas mieściłem się jeszcze w moim dziecięcym łóżku.

Lata 20-te, 30-te.

Pierwsze radio mieliśmy w 1930 roku. Mój ojciec poszedł wtedy do sklepu ze mną; już nie pamiętam, co to był za sklep; i kupił radio, radio przewodowe [Drahtfunk]. A "radio przewodowe", jak już sama nazwa wskazuje, było połączone z rozgłośnią kablem czy też przewodem. I mieliśmy wówczas tylko jeden program. 

Pamiętam, jak kiedyś, gdy oboje rodzice wyszli, a przyglądałem się wcześniej jak pokręcić gałką, żeby zadziałało, miałem chyba wtedy 6 lat, stanąłem za radiem i szukałem muzyków, którzy grali w radiu. Nie wiedziałem, gdzie są. Nie potrafiłem sobie wytłumaczyć, w jaki sposób wylatywała muzyka z tej skrzynki. A przecież była to taka mała skrzynka. No i skąd ta muzyka.

Kiedy indziej, około 1932 roku, wstałem w nocy, kiedy nadawano transmisję z walki Xxx [nazwisko boksera] o mistrzostwo świata, którą to po 30-tu sekundach przez nokaut przegrał. Wtedy to siedziałem na koszu na papiery, obok biurka ojca i razem kibicowałem. 

Ale jak to się działo, że radio grało...? To było coś nadzwyczajnego. 

Pierwszy samochód. Nigdy nie mieliśmy samochodu. Ale pamiętam, że koło 1939 roku produkowano w Rzeszy Volkswagena. Można było wpłacać zadatki, a za 999 RM można było kupić samochód, tzn. tego Volkswagena, Garbusa. Mój ojciec również oszczędzał na niego. I uzbierał odpowiednią sumę, ale nigdy nie dostąpiliśmy tego zaszczytu, ponieważ nadeszła wojna i wszystko szło dla Wehrmachtu na działania wojenne. Prywatni nabywcy nie mieli szans na kupno auta, chyba, że byli uprzywilejowani.

Co się jeszcze działo... W 1939 odbywała się ta reforma pieniężna, o którą już Pan pytał. Dokładnie 1. września 1939 pojawili się pierwsi niemieccy _o_nierze, przez tzw. Polski Korytarz, w Wolnym Mieście. I od 1. września 1939 roku od godz.6 rano przynależeliśmy do Rzeszy Niemieckiej. I automatycznie zaczęła obowiązywać u nas RM [Marka Niemieckiej Rzeszy, Reichsmark] jako oficjalny środek płatniczy. Odbywało się to podobnie, jak dziś z Euro. Dzisiaj może Pan wszędzie przeczytać ceny obowiązujące w DM i jednocześnie w Euro. Tak też było wówczas. Ceny w sklepach były podawane zarówno w Gdańskich Guldenach jak i w Markach [RM]. Ale to nie było takie proste. I wtedy nasz nauczyciel matematyki wpadł na bardzo dobry pomysł. W przeliczeniu za jednego Gdańskiego Guldena było 80 Reichspfenig. I wtedy nasz nauczyciel wziął termometr kąpielowy, na którym były dwie skale: Celsjusza i Réamura. 100şC to 80 Réamura, a to był dokładnie ten sam stosunek 100 do 80-ciu, jak w przypadku Gdańskich Guldenów i Reichspfenige. I kiedy teraz np. miał podaną cenę w RM, powiedzmy 50 RPf, patrzył na 50 na skali Réamura, a po drugiej stronie była liczba Celsjuszy. Oczywiście skala na termometrze sięgała tylko do ok. 50-ciu albo 60-ciu stopni, wtedy trzeba było dzielić. Tak czy owak termometr był bardzo przydatny. Bardzo podziwialiśmy naszego nauczyciela za ten pomysł.

To są właśnie takie drobne przeżycia, małe rzeczy, o których sobie człowiek przypomina. 

W dzieciństwie przerażały mnie, i prawdopodobnie nie byłem jedyny, burze. Bardzo często u nas grzmiało i zdarzały się dosyć ciężkie burze, w trakcie których nie było możliwości, żeby jakieś gospodarstwo się nie spaliło. Piorunochronów jako takich wtedy nie było. I gdy burza nadchodziła w nocy, my, dzieci, byliśmy wyciągani z łóżek. Musieliśmy się kompletnie ubrać i stanąć przy piecu kaflowym w pokoju dziecinnym, jak najdalej od elektrycznego światła, od lamp i tym podobnych. Piece kaflowe miały nas ponoć, hm nie mogę sobie przypomnieć nazwy, izolować. To był pomysł mojego ojca. Musieliśmy stać oparci plecami o piec i musieliśmy... być z dala od elektrycznego światła, broń Boże pod lampą, z dala od wodociągu. No i oczywiście kompletnie ubrani, co najmniej nam się podobało.

I zawsze się strasznie baliśmy ciężkich burzy, bo wtedy wszędzie dookoła się paliło. To tu, to tam jakaś chałupa. 

To były ciężkie chwile dla tych ludzi tam.

(...)Czy bał się Pan też wody?

Tak, ale może nie wody, ani też powodzi. Po prostu w tym czasie nie umiałem jeszcze pływa. Było to uwarunkowane moim niskim wzrostem. Moje płuca nie rozwijały się równomiernie ze wzrostem. To nastąpiło dopiero później. Do trzynastego roku życia nie wolno mi było "się zahartować". Rozumie Pan, o co chodzi? Nie wolno mi było wchodzić do zimnej wody i się do niej jak gdyby przyzwyczaić. Musiałem na przykład był ostrożniejszy przy zimnym wietrze. I dopiero mając 13 lat nauczyłem się pływać. Dlatego też gdy szliśmy na kąpielisko, bałem się trochę wody. Oczywiście do momentu, kiedy się nie nauczyłem pływać. 

Dlatego uważam, że dzieci powinno się uczyć pływać od kołyski.

Jak wyglądała kiedyś podróż statkiem?

Statkiem podróżowałem jedynie z Nowego Dworu do Krynicy Morskiej [Kahlberg] albo do Elbląga. I właściwie były to jedynie szkolne wycieczki z Gimnazjum. Raz w roku odbywała się też wycieczka parowcem. W Nowym Dworze mieliśmy, o tym wiedzą najlepiej Marek i Piotrek, którzy się tym zajmowali; dwa małe statki parowe: "Augusta" i "Brunhilde".

I takie to były moje podróże statkiem. Na Tudze jeszcze jakoś szło, ale gdy przepływało się odcinek Wisły Elbląskiej do Elbląga, albo fragment Zatoki do Krynicy Morskiej, wtedy robiło mi się nieprzyjemnie, ponieważ nie umiałem pływać. 

A większe podróże statkiem - nie miałem.

Jeśli chodzi w ogóle o podróże, wyjazdy z Nowego Dworu, to była raczej rzadkość. Rowerem do Stegny na plażę, owszem.

(...) Czy mógłby Pan opowiedzieć o czymś typowym dla Żuław, czego nie ma w innych regionach? Może jakieś potrawy?

Musiałbym się zastanowi_. Moja mama pochodziła z rodziny hotelarskiej. Do jej ojca należał Das Groâe Deutsche Haus, względnie wcześniej Hotel Deutscher Kaiser przy Rynku na Marktstraâe, w którym później mieściło się nasze starostwo. Moja mama była tam odpowiedzialna za kuchnię i pralnię. Uczyła się też gotowania i praktycznie potrafiła z niczego zrobić wyśmienite danie.

Zastanawiam się czy było jakieś specyficzne danie..., o tak: Kahlchen. Powinien Pan był słyszeć wczoraj na wykładzie Pana Spode: Blumenkahlchen, Pflaumenkahlchen, albo Eintopf. albo też smak, który do dziś pamiętam: Sauerklöpse. Ale to nie to samo, co Königsberger Klöpse. Są to gotowane mięsne klopsiki, ale to właściwie mogłaby Panu lepiej wyjaśnić gospodyni. Więc są to gotowane klopsiki, które pływały w dużej wazie zanurzone w mlecznej zupie, albo też w mlecznym sosie. Jadło się je z gotowanymi ziemniakami i na przykład z czerwonymi buraczkami. Sauerklöpse je się łyżką w głębokim talerzu, a Königsberger Klöpse , klopsiki mięsne w sosie kaparowym, podaje się też z gotowanymi ziemniakami, ale na płaskim talerzu. Sauerklöpse zdarza mi się jeść jeszcze dzisiaj, naprawdę są bardzo smaczne. 

Raz w tygodniu przychodziła do nas praczka. Pranie odbywało się w piwnicy, gdzie kobiety ciężko pracowały. Tymczasem już z samego rana wstawiano na piec wielki kocioł z ..., w którym się sobie gotowało, a po południu było gotowe...

Ale jeśli pyta się Pan o jakieś specjały...?

Czy mógłby Pan opisać Kahlchen?

Nigdy tego sam nie gotowałem, zawsze tylko jadłem. Jest to zupa, do której daje się zrobione z mąki płaskie wstążki, ale nie jest to makaron i owoce, jakie tylko można do tego wykorzystać. 

Albo Birnenbohnen und Speck [rodzaj tego Eintopf-u; fasolka szparagowa z gruszkami i słoniną]. Jest to fasolka szparagowa, która rośnie na krzaczkach, drobno pokrojona, a następnie zagotowana. Do niej dodawało się przyprawy, słoninę i jakiś konkretny gatunek gruszki. Te gruszki były strasznie twarde, ale nie wiem, jaki to był gatunek. Kiedy się ugotowały w tej zupie, były bardzo miękkie i jako owoce nadawały tej warzywnej zupie szczególnego posmaku. To się też często u nas robiło, ale żeby było czymś specjalnym, to nie.

Kiedy po raz pierwszy pił Pan Machandel?

Mój pierwszy Machandel piłem, o ile dobrze sobie przypominam, w 1940 roku, w klasie maturalnej. Nasi uczniowie z poza Nowego Dworu nie dojeżdżali już codziennie do domu, jak to wcześniej bywało, mieszkali przez okrągły rok na różnych pensjach albo stancjach. Wówczas istniało pojęcie "szkolnej mamy", kobiety, która przyjmowała do siebie ucznia na stancję, który zwykle mieszkał tam do matury. Potem na jego miejsce przychodził następny. Często przesiadywaliśmy u nich w pokojach. Tam po raz pierwszy odczuwało się brak nadzoru. Tam też paliło się swoje pierwsze papierosy i piło pierwszy Machandel.

W jakim wieku można było samemu kupić alkohol? Czy w wieku 18-tu lat?

Na pewno nie w lokalu. Chodziliśmy do sklepu kolonialnego i tam kupowaliśmy alkohol. A kiedy ktoś się nas o coś pytał, odpowiadaliśmy, że to dla taty. 

...Ale to nie prawda. Po raz pierwszy napiłem się Machandla dużo wcześniej. Mieliśmy wtedy po ok. 12 lat. I wtedy też po raz pierwszy próbowaliśmy palić papierosy, ponieważ ciągle nam mówiono: nie wolno ci palić, bo narobisz w spodnie, palenie jest niedobre. A my pewnego razu powiedzieliśmy sobie: a jednak spróbujemy. Kupiliśmy sobie wtedy trzy papierosy Russen za 10 Pf. 3 i1/3 Guldenpfenig za jednego papierosa. A były tak długie włącznie z "ustnikiem", że się je później tylko zduszało. A więc ściągnęliśmy spodnie i przeprawiliśmy się na kłodzie na drugą stronę Tugi. Zapaliliśmy papierosa i [obraz] nic, jeszcze raz i nic... No cóż rodzice nas okłamali, bo powiedzieli, że jak zapalę papierosa to narobię w spodnie. A tu nic się nie stało. Przy tej okazji próbowaliśmy też Machandel. Nie mam pojęcia jak dostał się w nasze ręce. Kiedy wróciliśmy do domu, nie dostało nam się za to. Rodzice chyba wiedzieli, że kiedyś każde dziecko tego spróbuje. 

No a później, już w maturalnej klasie. Wtedy mogliśmy już całkiem oficjalnie nawet palić papierosy. Machandel piło się też z okazji urodzin, nawet polany przez ojca. W wieku 16-tu lat wolno nam było. 

Później w "służbie pracy" (służba wojskowa) było już inaczej. Trzeba było przyzwyczaić się do piwa. Wódkę piło się rzadziej, ze względu na pieniądze. Za służbę otrzymywaliśmy żołd w wysokości 25Pf na dzień, a za to nie można było zbyt wiele kupić. Miałem kilku kolegów, którzy pracowali w Bierbrauerei Stobbe [Browarze Stobbe] w Nowym Dworze, nie Machandel-Stobbe , tylko zaraz obok; wydaje mi się, że pradziadkowie (obu Stobbe) byli braćmi. W Bierbrauerei Stobbe były różne rodzaje piwa: jasne, ciemne, słodowe [Malzbier], do wyboru do koloru. Również lemoniada, której jako dziecko nie mogłem pić, ze względu na kwas węglowy.

Czy mógłby Pan opisać smak tamtejszego piwa?

Jedyne piwo, które próbowałem i mi wtedy jako tako smakowało, to Malzbier, które było słodkawe. Często mówiło się u nas, że to piwo karmiących matek. Może dlatego, że nie zawierało kwasu węglowego i miało całkiem inny smak, było bardzo ciemne.

A inne piwo, jasne? Wydaje mi się, że dziś smakuje tak samo. To piwo, które teraz zawsze w Nowym Dworze i Sztutowie piję, EB albo Żywiec, smakuje tak samo. Nie myślę, że było inaczej niż tutaj, tylko Malzbier było szczególne. I lemoniada, która była w najróżniejszych kolorach: zielona, żółta, czerwona, i każdy kolor miał inny smak: truskawkowy, owoców leśnych. Której zresztą nie mogłem pić.

Pytanie...?

Zamiejscowi uczniowie czy studenci nie mieszkali u nas, tylko gdzieś na stancjach. Zwykle u samotnych pań, u wdów, które nie miały innego zarobku, a które miały wolny pokój i mogły go wynająć jakimś uczniom. Dzięki temu mogły sobie trochę dorobić.

Skąd pochodzili ci zamiejscowi uczniowie?

Pochodzili z okolicznych wsi, np. z Tiegenhagen / Cyganka, Tiegenort / Tujska, Fischerbabke / Rybiny, Stegen / Stegny, Stutthof / Sztutowa; właściwie pochodzili zewsząd. Z zachodu przyjeżdżali autobusem, chyba nawet liniowym, z Gdańska. Z Münsterberg przyjeżdżał Lyck [albo Lück] z bratem i siostrą autobusem. Pojedynczy przyjeżdżali też z Neuteich / Nowego Stawu. W Nowym stawie znajdowała się później szkoła dokształcająca, nie była jednak porównywalna z gimnazjum w Nowym Dworze, dlatego przyjeżdżali też stamtąd pojedynczy uczniowie do naszego gimnazjum. Ale też od strony Elbląga: z Fürstenau, Kripfelle, Jungfer / Marzęcino. Przyjeżdżali właściwie z całych Żuław; albo autobusem, albo kolejką; do naszego gimnazjum.

Zawsze mówimy, że za kadencji mojego ojca pół Żuław chodziło do gimnazjum. Zaczynał on 1910 roku i pracował do 1944, można by powiedzieć, że w ciągu tych 35-ciu lat wyszkolił pół Żuław. A ponieważ jestem do niego podobny, dziś wszyscy mnie rozpoznają i mówią: "A ty na pewno jesteś Hänchen Müller". Dlatego, że go znali. Wielu z tych ludzi jest mi obcych, ale tak jak powiedziałem wcześniej, wielu uczniów naszego gimnazjum pochodziło z różnych miejsc Żuław.

Często nie mieli łatwych dojazdów, czasem autobus utknął w śnieżnej zawiei; a mieliśmy dosyć ostre i długie śnieżne zimy; podobnie z kolejką. W takich sytuacjach, kiedy nie mogli dostać się po szkole do domu, nocowali gdzieś w Nowym Dworze. 

W gimnazjum uczyło się zawsze około 300 uczniów, chłopców i dziewcząt.

Jaki był Pana stosunek do obcokrajowców ...?

Co roku przyjeżdżało do nas na Żuławy wielu polskich robotników sezonowych. Do każdego rolnika przyjeżdżali latem na _niwa ci sami Polacy, po dożynkach wracali do siebie i za rok znowu przyjeżdżali.

Jeśli chodzi o obcokrajowców w ogóle... ? O Żydach w tym czasie w ogóle nie wiele wiedziałem. Dopiero pod koniec lat 30-tych, w III Rzeszy, przez Nazistów, kiedy w 1938 roku spłonęła synagoga w Nowym Dworze, która też została podpalona. Dziwiliśmy się też, kiedy nagle niektórzy uczniowie przestali pojawiał się w szkole. Po prostu zniknęli i nikt nie miał pojęcia, co się z nimi stało. I to było nasze pierwsze zetknięcie z problemem żydowskim. Ale tak naprawdę sami Żydzi (jako Żydzi) nie wiele nas interesowali. W każdym razie mnie osobiście nie, a mówimy w tym momencie o moim osobistym doświadczeniu. To byli tacy sami uczniowie, jak wielu innych.

A obcokrajowców, Polaków i Francuzów, poznaliśmy kiedyś w Sopocie w wakacje na plaży. W dzieciństwie, kiedy byliśmy już starsi, jeździliśmy z ojcem, który też miał sześć tygodni wakacji, na trzy tygodnie do Sopotu. I tam właśnie mieliśmy okazję poznawać obcokrajowców. Uczyliśmy się już języków obcych w szkole, więc co drugie słowo rozumieliśmy, mimo że szkolny angielski i szkolny francuski jednak inaczej brzmi niż to, czym mówią Anglicy i Francuzi. Ale nie mam jakichś związanych z tym szczególnych wspomnień.

Kiedyś, zdaje mi się, że to było w 1936 roku, gdy byliśmy w Sopocie, odbywały się tam międzynarodowe mistrzostwa w tenisie. Wtedy z moją małą siostrą zbieraliśmy autografy. Zawody odbywały się w Grandhotelu Byli tam Chińczycy, Rumuni, Węgrzy i inne narodowości. Wszyscy byli dla nas niemal egzotyczni. Chińczyk nazywał się Kuseki (?), Japończyk Ito (?), pisane z góry na dół, co było dla nas również nowością. 

Właściwie wtedy po raz pierwszy "zaznajomiłem się" z zagranicą. Według mnie ci ludzie różnili się od nas językami, poza tym byli tacy jak my.