Stefan Homan... 

  

Stefan Homan naczelnik Wydziału Melioracyjnego w Wojewódzkim Urzędzie Ziemskim w Gdańsku był świetnym, ale niepokornym fachowcem. Jeżeli miał zadanie, to dążył do jego realizacji. Tym razem wyznaczonym celem było odwodnienie Żuław i starał się to zrobić jak najlepiej, nie chciał pójść na kompromisy niezbędne w tamtych czasach. Zarzucano mu m.in., że niedostatecznie współpracował z Urzędem Bezpieczeństwa, nie pozwalał odciągać służb melioracyjnych od prac odwadniających do żniw. Nie chciał również zatrudniać kierowanych do niego osób: - Jak mam kogoś zatrudnić, kiedy on nie ma nic wspólnego z tym zawodem? - mówił Homan.  

Były też inne przykłady. W 1947 roku zimą pękł wał na Kanale Raduńskim. Wezwał wojewoda inż. Homana i kazał wyrwę natychmiast zasypać. Homan, jako fachowiec stwierdził, że nie można tego robić w ten sposób, bo co się zasypie, woda i tak zabierze. Nie? No to wobec tego panu pokażemy - powiedział wojewoda i nakazał wojsku zasypać dziurę w wale. Oczywiście nie dało się tego zrobić. Po raz drugi wezwali Homana i sam wojewoda go przepraszał. Homan powiedział wtedy pamiętne słowa: - Oni mi tego nie zapomną.  

Albo inna sprawa. Wyrwa 300 metrów na wschód od Panny, tam gdzie Niemcy przerwali wały Zalewu Wiślanego. Znowu przyszło polecenie, żeby jak najszybciej likwidować tą wyrwę. Homan mówi, że jedyna rzecz , którą może tam zrobić, to dwie ścianki szczelne. Wiadomo, że ze strony zalewu były dodatkowe trudności, woda chodzi raz w jedną, raz w drugą stronę. W gronie komisji wojewody, która przyjechała później sprawdzić, jak im się udało naprawić wyrwę, był prokurator... Takich różnych spraw było więcej, zaczęto bowiem zbierać na niego "haki". Nazbierało się, więc kiedy później padło pytanie kto zaprosił Mikołajczyka na otwarcie pompowni, kto zorganizował uroczystość z girlandami i kto wołał niech żyje Mikołajczyk, odpowiedź, że to Stefan Homan, była władzom na rękę. Jakby tego było mało, Homan służył w Armii Krajowej, był przedwojennym inżynierem i oficerem. Taki splot różnych okoliczności zadecydował, że ówczesne władze postanowiły "oczyścić" teren i wprowadzić zupełnie inną ekipę.  

W "Dzienniku Bałtyckim" z 6 lipca 1949 roku czytamy relację z procesu o nadużycia popełnione w związku z odwodnieniem Żuław, jaki toczył się przed Sądem Okręgowym w Gdańsku. Homanowi i jego ekipie zarzucono, że wykonując wielkie inwestycje na Żuławach, nadużyli zaufania państwa i społeczeństwa, biorąc łapówki, nieuczciwie wykonując zlecone im prace, przez co narazili skarb państwa na milionowe straty. Stefan Homan, jego zastępca Piotr Szmurło oraz inspektor wydziału Ludwik Grzywna dostali po 15 lat więzienia, pozostali zostali skazani na 12, 10, 8, 5 i 2 lata. 

- Podstawieni zostali świadkowie, nie było możliwości obrony, wszystkim technikom, którzy ich bronili, prokuratorzy postawili później zarzut, że są stronniczy. Kiedy w 1949 roku pękł jeszcze wał w Grochowie, również ich obciążono za to winą.  

  

• Jak by pan ocenił Homana jako człowieka i fachowca?  

To nadzwyczajna postać, dla powojennych Żuław najbardziej chyba zasłużona. Naprawdę złoty, nieoceniony człowiek. Jak go zresztą mogę ocenić? Moim logo nie jest pióro, moim logo jest łopata. Ja potrafię wodę prowadzić, z jednego miejsca do drugiego. Opowiadać czy pisać o kimś, to już co innego... 

  

Historię o Stefanie Homanie opowiedział Kazimierz Cebulak.