Teresa Siedliska 

• W jakich okolicznościach przybyła Pani na Żuławy? 

Może od tego zacznę, że nie z dobrej woli. Musieliśmy uciekać ze swojej ziemi Wołynia na zachód. Nie wiedzieliśmy dokładnie, gdzie ten zachód. Nie znaliśmy dobrze kraju, nie wiedzieliśmy czy nam będzie lepiej na Żuławach, czy w Szczecinie. Wybraliśmy Żuławy, bo tu był Malbork, a mnie od razu skojarzyło to się z Sienkiewiczem i jego "Krzyżakami". Zafascynowała mnie ta nazwa, będę w Malborku dotknę zamku, trawę, Danuśkę... I tak myśmy się tutaj znaleźli. Pojechaliśmy na Żuławy, bo sztumskie było już zajęte. Tutaj było niby gorzej, ale spokojniej. Tam bandy grasowały, zdarzały się zabójstwa. 

Kochaliśmy tą ziemię, ciężką i myśleliśmy, że to było najlepsze, co nas spotkało. Trzeba było wszystko osuszać, osty były takie wielkie, że trzeba było siekierą wyrąbywać. Komarów było mnóstwo (gryzły nas niemiłosiernie) i myszy (szkody robiły ogromne). Osiedliliśmy się w miejscowości Tudze. 

 

• Pani pierwsze wrażenia związane z Żuławami, obraz, a może jakiś dźwięk? Co Pani utkwiło w pamięci do dzisiaj? 

Smutek, wszystko takie zamglone, powojenne. Zapach był nieprzyjemny, padnięte, utopione zwierzęta, pies przy budzie, po którym została skórka i kości. Nie nastawiało nas to radośnie. No i zapach i pisk tych myszy. A te brzęczenie komarów! Do dzisiaj, gdy słyszę wieczorem komara, to muszę go zabić, bo inaczej nie zasnę. Byliśmy cali opuchnięci, tyfus jeszcze wtedy panował, Niemcy leżeli całymi rodzinami na podłodze. Ja w Malborku byłam jeszcze zaszczepiona. Było strasznie, ale była ta wiara, że będzie lepiej.

• Wiadomo, że po wojnie z bezpieczeństwem bywało z tym bardzo różnie... 

Nie było bezpiecznie. Nie chodziliśmy sobie swobodnie, bo strony były obce i szabrowników można było spotkać. Od pierwszego dnia spaliśmy we trzy rodziny. Nikt nie pchał się, żeby mieszkać samotnie. We trzy rodziny zajęliśmy dom na kolonii, ponieważ tam nie można było dojechać samochodem. Przestępca, czy jak go tam nazwać, miał czym jechać, najczęściej samochodem wojskowym. Nie tylko oni mogli nam grozić. Rosjanie jeszcze byli (wojska), a tu mieszkały młode kobiety i dlatego trzymaliśmy się od wsi troszkę dalej. Na wieczór kopało się taki rowek, żeby w razie czego samochód mógł tam wpaść. Nie spał jeden, a czasami nawet dwóch, żeby pilnować przed tymi bandami, które zabierały krowy albo konie. Broń mieliśmy, tylko nie pamiętam już skąd, takie stare obrzynki. Trzeba było pilnować, wieczorem patrzeć, czy ktoś obcy się nie kręci w pobliżu. Nam się jakoś udało, ale w Mirowie człowieka zabili, dwa konie zabrali. 

 

• Miała Pani grono przyjaciół z którymi robiła pani potańcówki? 

Tam gdzie trafiłam, nie miałam rówieśników. Nie było młodych, ani chłopców ani dziewcząt. Ale i władze sprzyjały temu, żeby się bawić. Pierwsze dożynki w 1946 roku zrobili właśnie w Tudze. Sam starosta przyjechał, urzędnicy z gminy. Pamiętam, że było bardzo dostojnie i ksiądz nawet wyszedł na scenę. Lubieszewo, wieś obok, zbuntowała się, że taką Tugę nawet starosta zaszczycił, a ich ominął. Wywiązała się taka bitwa, że nawet ksiądz swoim "Ojcze nasz" nie pomógł. Rozwalone wszystko było, po mszy w kościele z wieńcem dożynkowym. Nikt nie mógł tego opanować. Doszło prawie do masakry, tak się nienawidzili. Aż UB - owcy przyjechali, milicja z Nowego Dworu i Nowego Stawu! To tylko widziałam, jak Gaz (lub coś do niego podobne) zajeżdżał. Tak się na siebie rzucili, nawet jakieś narzędzia rolnicze mieli. Jeszcze w środę (a dożynki były w niedzielę), znaleźliśmy ubowca w konopiach, skaleczone miał pół głowy. Te pierwsze dożynki nie udały się, a że to za moją protekcją były zorganizowane, przez 5 lat nie można mi było zrobić żadnych większych zabaw.