Piotr Przedcieczyński 

- urodzony w 1924 r. w miejscowości Dziegciarka powiat Biała Podlaska zamieszkały w Groblicy gm. Ostaszewo.

 

• Kiedy, w jakich okolicznościach i skąd Pan przybył na Żuławy? 

Przybyłem z powiatu Bielsko podlaskiego z Dziegciarki. Najpierw przyjechał ojciec, bo miał takie zamiary, żeby objąć na Żuławach jakieś gospodarstwo. Dostał skierowanie z Urzędu Ziemskiego z Białej Podlaskiej do województwa gdańskiego, przyjechał do Gdańska, udał się do Urzędu Ziemskiego w Gdańsku, stamtąd dostał skierowanie do Państwowego Urzędu Repatriacyjnego w Sopocie, z Sopotu dali znów skierowanie do PUR-u w Nowym Stawie, a Nowy Staw skierował go do Gminy. Do Nowego Stawu, bo Gdańsk miał orientację, jakie gospodarstwa są wolne. To była pierwsza połowa czerwca 1945 roku. Po obraniu gospodarstwa wrócił z powrotem do miejsca zamieszkania, wziął mnie i młodszego o trzy lata brata. Przyjechaliśmy na to gospodarstwo, posadził nas, abyśmy o nie dbali i je pilnowali, a sam zaczął szybko zajmować szkołą.

 

• Pana tata... 

Był nauczycielem. W Ostaszewie były dwa budynki szkolne poniemieckie - jeden murowany, drugi drewniany. Myśmy tu 29 czerwca przyjechali. Podróż była taka - z Białej Podlaski przez Warszawę na Pragę, z Pragi do zachodniej Warszawy, z Warszawy trzeba było jechać, albo iść na pieszo lub powóz zapłacić do Łodzi, z Łodzi przez Bydgoszcz i do Tczewa. Nie było innej trasy jak przez Łódź, widocznie ta trasa była prostsza lub inne były nieczynne. A z Tczewa trzeba było przyjść na pieszo, to jest około 22-23 kilometrów. Innego wyjścia nie było. 

 

• Ile Pan miał wówczas lat? 

21 lat, a mój brat 18. Przez lato, jak przyjechaliśmy, ile można było ze sobą żywności zabrać, to wzięliśmy, ale i tak starczyło na krótko, bo nie mieliśmy czym przywieźć, a to jednak nie było lekkie i z Tczewa trzeba było przyjść tu na pieszo, to jest daleka odległość. Pobyłem na Żuławach chyba ze dwa tygodnie. Nie ma co jeść, nudy, Polaków prawie nie było, tylko jeszcze niemieckie rodziny, usiadłem znów do Tczewa na pociąg i z powrotem do miejsca zamieszkania. Trzeba było jakąś żywność skombinować, żeby tu przyjechać i w ogóle żyć. 

Przede wszystkim o tłuszcze chodziło. Ile mogłem, tyle wziąłem. Trzeba było się bać w drodze, bo dużo było handlarzy, którzy handlowali, kombinowali i milicja wyłapywała ich, ale jakoś mi się tak udawało. I w Warszawie się udało i w Łodzi, i w Bydgoszczy przesiadka była też do Tczewa. Tak się udawało, ale już trzecim razem jak pojechałem i wracałem z żywnością, to było pewnie sierpień, wrzesień, w Tczewie zahaczyła mnie milicja, że jestem handlarzem, bo miałem walizkę.

 

• Wspominał pan o przyjezdnych.. Jak wyglądały te pierwsze spotkania, Was osób przyjezdnych, z Niemcami, rdzennymi mieszkańcami? 

Niektórzy może... oni się nie wydawali, ale na pewno chętnie nas nie przyjmowali. Myśmy tu objęli gospodarstwo po niejakiej Hecht (?). Była paskudna, w ogóle przeciwna Polakom. Z nią mieliśmy problemy. Niemcom trzeba było dać jeść, bo nie mieli. Trzeba było żywić w jakiś sposób. 

Niektórzy, którzy tu przyjechali wcześniej mieli pieniądze, wykupywali od tych Niemców, co się dało - i porcelanę, kosztowności i wywozili stąd. A nawet byli tacy, którzy tu na miejscu osiedlili się i też mając pieniądze, to mogli to robić. My natomiast jakoś bez pieniędzy byliśmy i niczego nie kupowaliśmy, nie gromadziliśmy.

 

• Co dobrego, a co złego pozostawili tamci przedwojenni mieszkańcy? 

Tu wszystko było zadbane. Fakt, że może Niemcom lżej się żyło, bo mieli niewolników i tanich robotników. Pracowało wielu Polaków, którzy u Niemców zarabiali może nie za dużo, ale jakoś żyli. W Jezierniku był Zaborowski, który za Niemców tu był. On objął gospodarstwo, inwentarz żywy, zatrzymał krowy i konie. Niejaki Śmiechowski w Palczewie też objął gospodarstwo z końmi i krowami. A tak, to pustki były, może jeszcze gdzieś ktoś ziemniaki miał, ale dużo było zalanych terenów. Tu zaraz od Nowej Kościelnej po sam Nowy Dwór były tereny zalane. Tam, gdzie Stare Babki, wszystko było pod wodą. Miejscami woda była do dwóch metrów. Budynki stały przeważnie budowane na takich wzniesieniach. Przez okres letni, łodzią staraliśmy się płynąć na zalane tereny, zdobywać żywność i paszę dla bydła. Wysłodki i makuch (?) w tych budynkach można było nabrać i przywieść. Żeby w razie przyjazdu z inwentarzem, można było go wyżywić.

 

• Wspominał pan jak jeździł pan po żywność do swojej rodzinnej miejscowości. Jak wyglądały pierwsze próby zorganizowania tutaj handlu, innych dziedzin, takich jak oświata, kultura? Niech Pan opowie, jak to było? 

Pierwsze wyjazdy, kiedy jeździłem w swoje strony, nie można było tu dostać, kupić, a trzeba było tu żyć. Ja tu jeszcze miałem, Niemca i Niemkę. Niemca to jakoś dostałem. Oni gdzieś wracali, chyba do Niemiec, tutaj gdzieś milicja ich zahaczyła. No i ja dostałem tego Niemca do pomocy w gospodarstwie. Bardzo chętnie chciał tu przyjść, tylko poprosił, żeby jego narzeczoną jeszcze ściągnąć. Poszedłem na posterunek, dałem cały litr miodu i puścili również Niemkę.

 

• Jak długo ta para mieszkała u pana? 

Do wyjazdu do Niemiec. Jak wywozili ich do Niemiec, to oni przez ten czas mieszkali u mnie, nie pamiętam kiedy ich przesiedlali. To był chyba 46 -47 rok. Co tu jeszcze ciekawe. W okresie letnim po Niemcach zostały łany zasianej pszenicy. Ta pszenica była bardzo ładna. Ja nie widziałem takiej pszenicy, kłos w kłos równiutko, tak jak stół.. Pszenicę wspólnie kosiliśmy, na zasoby żywności, żeby było z czego wypiekać chleb, potem była składowana w gospodarstwach, w których otworzyliśmy magazyny zbożowe. Rzepak też był ładny, za Jeziernikiem rósł na polu, ładny rzepak był. Kto chciał, mógł po niego jechać - jakąś płachtę wziąć, namłócić, olej z tego robić. Tylko co, z tą pszenicą to również tak było, że tam gdzie była, to ci właściciele potrafili nią handlować i sprzedawać. Na lewo, jak to się mówi. Niby zamknięta była, ale dostawali i sprzedawali. No, ale chleb był. Mielona pszenica była u mnie w gospodarstwie. Został po Niemcach taki duży kamień do mielenia, gdzie można było mleć. A ten rolnik, miał jeszcze młyn, który został spalony przed wojną.

 

• Wspominał Pan o swoim tacie, który organizował pierwszą szkołę, może mógłby pan powiedzieć nieco więcej na ten temat? 

Jeżeli chodzi o ojca, to zajął się organizacją szkoły, którą uruchomił od 1 września lub 5 września. Jako pierwsi nauczyciele była Krystyna Grzywarz i Maria Baran. Krystyna Grzywacz nie miała przygotowania nauczycielskiego, natomiast Maria Baran była z zawodu nauczycielką. Nie wiem ile dzieci było, ale mam dokument tutaj nawet, że w 46 roku zakupiono 55 świadectw dla dzieci. Może tyle mogło nie być dzieci, ale świadectwa były, już ta szkoła istniała. Później w następnych latach, już 46 - 48 było dzieci, bo mam nawet dokumenty, że się je dokarmiało. Wtedy był naprawdę wielki głód. Paczki UNRRA, które były przywożone z Gdańska, dzielono między te dzieci. Nie to, że całe paczki, ale po konserwie, po tym, czy po tamtym, tutaj mam kilka takich pism, co dzieci otrzymywały. 

Co jeszcze pominąłem. Myśmy przywieźli we wrześniu 45 roku 16 uli pszczół ze swoich stron. Pociągiem się jechało koło dwóch tygodni, bo gdzieś na jakiejś stacji postawili transport z boku i można było 2-3 dni stać. Ale dojechaliśmy do Tczewa. W Tczewie na statek ładowaliśmy do Ostaszewa, a w Ostaszewie rozładunek, narobić się trochę trzeba było. Do główki statek podjeżdżał, dojazd do Wisły był brukowy. Z Białej Podlaskiej ze swoich stron przywieźliśmy 16 uli, czy pni, jak by ktoś powiedział. To był wrzesień październik, tak gdzieś w tym czasie. Pociągiem przez Warszawę, później w Warszawie trzeba było przeładowywać ule, na jakiś pojazd do Warszawy zachodniej, z Warszawy zachodniej, przez Łódź do Tczewa. Statek w Tczewie trzeba było nająć, zapłacić, załadować i przywiozło się te pszczoły do Ostaszewa. W tym transporcie, w jednym ulu , ciężkie od ulu ramki wpadły do wody i pszczoły się zatopiły. Ale to tylko jeden ul, 15 się uratowało. Mieliśmy miód, bo ojciec zajmował się pasieką w swoich stronach.

 

• Czym różnił się miód z lubelskiego, kiedy pszczołami zajmował się pański ojciec, a jaki był ten miód na Żuławach? 

Tamten miód był z gryki, bardzo smaczny. Tam jeszcze koniczyna biała, saradela. 

A tutaj miód mógł być z rzepaku, z lipy, choć niewiele, bo tej lipy tu za dużo nie było no i z chwastów. Z ostów, bo dużo ostów rosło. Pola były zachwaszczone.

 

• Który był lepszy, smaczniejszy? 

Ten słodki i ten słodki. Gryczany był smaczny. Jak nie ma, to się je wszystko. Ja tam teraz miodu nie lubię.

 

• A jak było z mięsem, czy można było hodować zwierzęta? 

Hodować można było. Z lubelskiego, z tamtych stron swoich z Białej Podlaskiej przywiozłem w lutym krowę, świnię i owcę. Mleko od krowy było swoje, ale świnię trzeba było jeszcze hodować. Pierwsze uprawy były słabe, bo nikt tutaj nie umiał tego pola żuławskiego uprawiać. Zaorało się, jeżeli był słoneczny dzień, zeschło się to pole i młotem nie można było rozbić.

 

• Panie Piotrze, z perspektywy lat tutaj spędzonych, mieszka pan tutaj od 1945 roku. Czy nie żałuje pan tego momentu, kiedy zdecydował się pan na przyjazd na Żuławy? 

Tam bym nie miał co robić w swoich stronach, no chyba, żebym pracę dostał. Tu przyjechałem, rodzic chciał jak najlepiej. Ja tylko jestem niezadowolony, bo ojciec mógł obrać przecież jakiś tam budynek w Gdańsku, czy Sopocie,. Przecież pracę by dostał, do szkoły by było łatwiej. A tutaj, najgorsza jesień i wiosna. Ja byłem na kursie w Puszczykowie koło Poznania, miesiąc czasu mogłem pantofli nie czyścić, miałem czyste. A tu się raz poszło do Ostaszewa i z powrotem brudne.

 

• Czuje się Pan Żuławiakiem? 

No czuję się już teraz. Przez tyle lat? Chciał czy nie chciał, człowiek musiał się oswoić.