Franciszek Szulc 

- urodzony w Statogardzie Gdańskim w 1925 roku. Mieszka w Kątach Rybackich. 

  

• Panie Franciszku, niech Pan opowie trochę o miejscu, w którym się Pan urodził? 

Urodziłem się w Starogardzie Gdańskim, na ulicy Szkolnickiej nad Wierzycą. Tam mieszkałem z całą rodziną, chodziłem do szkoły do 1939 roku. W czasie wojny trzeba było zgłaszać się do roboty, chcieli nas wysłać do gospodarzy. Mnie odesłali do gospodarza za Starogardem, bambra, zaraz po wkroczeniu wojsk niemieckich. Jak pierwsze wojska wkroczyły do Starogardu nie miałem jeszcze wieku, dopiero w październiku kończyłem 14 lat, a takich wysyłali na roboty do Niemiec. Zostałem więc na miejscu i miałem krowy paść. Gospodarz miał pola dalej od wioski, sam byłem, tylko lasy i pola. Przyszedł do mnie taki prawdziwy pastuch w dziurawym kapeluszu, pierwszy raz wtedy takiego widziałem. Jak jego nie było, to ja te krowy zapalowałem przy stawie i one do czarnego tę ziemię wydeptały. Lichy był ze mnie pastuch. Kiedyś uciekłem do domu, czym wystraszyłem rodziców. Bali się o mnie, ale się nie przyznałem, że uciekłem. Bez pracy być nie mogłem, wszyscy musieli się meldować. I zaproponowano mi: wiesz co Franek, chodź do nas, do piekarni. Piekarzami byli przedwojenni Niemcy, zabrali mnie do tej roboty, zadowolony byłem. Kazali mi jednak zgłosić się do urzędu meldunkowego. Poszedłem tam, ale na szczęście urzędnicy byli tak mocno zajęci, że kazali przyjść na drugi dzień. Na drugi dzień przyszedłem i powiedziałem, że wszystkie potrzebne papiery oddałem wczoraj. Pod tym warunkiem mnie zameldowali i tak mi się upiekła moja ucieczka od gospodarza. 

U piekarza pracowałem do roku 1943 i wtenczas zabrali nas do marynarki niemieckiej. W marynarce do Belgii mnie wysłali. Zorganizowano nas w 24 - osobowe grupki. Stały tam baterie ciężkich dział, do których potrzebna była 14-osobowa obsługa. Na plaży ostre strzelanie było, samoloty przelatywały, ciężkie działa strzelały. Jako rekruta wysyłali mnie po różnych jednostkach. Mnie i jeszcze jednego wysłali na specjalne badania, a potem do Marynarskiej Szkoły Przeciwlotnicza i Morskiej nad Zatoką Biskajską. 

Stamtąd dostałem się na okręt na Morzu Północnym. Okręt prowadził konwoje, ląd z daleka się widziało. W 1944 roku zawinęliśmy do portu, jeszcze na lądzie byliśmy i wypłynęliśmy w wigilię w morze. W morzu byliśmy do lutego 1945 roku. Z morza wróciliśmy, dostaliśmy bomby i miny, i jednostka poszła na remont. - Franek jedziesz na urlop - powiedział bosman i przez Hamburg przyjechałem na urlop na 14 dni. Wiadomo było, że Ruskie się zbliżają. Urlop sobie przedłużyłem, ale złapali mnie i wysłali (pociągi nie szły już z powrotem) pod Nowy Staw, gdzie stała marynarska dywizja. Tam byli sami młodzi żołnierze, jak ja, ale ochotnicy. Mundur mi dali inny. Byliśmy w Nowym Dworze, w trzecim domu na ulicy (Morskiej?) żeśmy nocowali. Barykada na tej ulicy była przeciwczołgowa, dowódca powiada, żeby zawiadomić innych, że się wycofują. Trzeba było trzymać front w tym domu, gdzie kolejka przechodzi przez drogę. W piwnicy nas było z ośmiu i bosman. Trzeba było tam się trzymać, a on cofnął się żeby coś zorganizować i zatrzymać front. Tam byliśmy pół dnia, ruskie atakowali artylerią, słychać było karabiny maszynowe, chowaliśmy s• Jak pan znalazł się na Mierzei Wiślanej? 

Jak od Ruskich się wydostałem, to później byłem w Starogardzie Gdańskim. W 1945 roku, na moje podwórku rodzina się sprowadziła, która mieszkała na tym terenie (w Izbiskach) w czasie wojny. Oni tam krowy doili. I ich syn mówi, byśmy poszli zobaczyć, co tam jest. Ja z nim poszedłem wałem, ale najpierw łódką przez Wisłę. Doszliśmy najpierw do tego przekopu, co go Niemcy zrobili, gdzie woda się wlewała. W tym czasie paliki były już powbijane, woda już opadła i szła normalnym korytem. Przeszliśmy po tych słupkach, doszliśmy do tych Izbisk i z powrotem Jak tu było? Ludzi nie było widać, Niemcy przeważnie pouciekali. Wróciliśmy, później robotę dostałem w Polskiej Żegludze Rzecznej ekspozytura w Tczewie, na Wiśle. Zaangażowałyśmy się na statek katamaran pływający do Gdańska i Elbląga, pływałem też po Zalewie Wiślanym. Do 1948 roku pływałem Wisłą na statkach trasą Gdańsk - Warszawa. Potem pojechałem do Gdyni i z Gdyni nas przysłali, żeby rybaczyć. Ja mówię, pojedziemy w tę stronę, to jak nie w morzu, to możemy na Zalewie Wiślanym łowić. Osiedliliśmy się w Kątach Rybackich, w październiku 1948 roku. Kolega miał żonę i dziecko, ja byłem kawalerem. Innych chłopaków kawalerów się złapało, razem żeśmy gospodarzyli, barkasy były i zaczęliśmy pływać na tych barkasach. 

  

• A jak się stawia haki? 

Nabijało się co półtora metra hak, na niego kraba albo małą rybkę, na deskę się je układało i wypuszczało na wodę. Dorsz ma słaby pysk, jak słabo był zahaczony to się zerwał. Bardzo dużo dorsza łowiliśmy. Ciekawsze było łowienie na barkasach. Bo to węgorz, tam był, smażyć można było na przykład. Wiaderko się brało, drzewo, trochę pietruszki, cebuli, marchewkę i pierwszy połów przeznaczało się każdemu po dwa węgorze na zupę. Na łodzi, jeszcze zanim dopłynęliśmy na miejsce. Jak zupę się gotowało, też się nie zawijało do tego portu. Potem, co było złowione, zaraz się sprzedawało i od razu pieniądze wypłacali. 

  

• Połów, z którego był Pan naprawdę dumy. 

Dużo było takich połowów. Tylko niestety, przez te połowy (tutaj może na zalewie nie, ale na morzu) krowę sprzedałem, żeby kupić nowe sieci, a przyszedł sztorm i wszystko zabrał razem z kotwicami. Nic nie zostało. I po takim czymś dorabiaj się, reperuj te sieci. Chciałeś rybaczyć, to trzeba było dużo wkładać. 

  

• Jeden pańskich połów opisała gazeta, mógłby pan o nim opowiedzieć? 

Wtenczas był taki zwyczaj, że tym włokiem, którym się zaczyna połów węgorza, można było łódź przewieść na morze, i później ten wok był rozrzucany. Od brzegu, linę się rozrzucało i znowu drugą linę ściągało się pomału do brzegu. To na wiosnę jak śledź miał iść. Nieraz było 3,4,5 ton śledzia. To się wyciągało na piasek i sprzedawało. Jak wtedy przypłynąłem z rybakami, to akurat dziennikarze byli.ię do tej piwnicy. Jeden z nas mówi, że ma wszystkiego dosyć i się nie chowa. Wzięliśmy go do tyłu. Patrzymy czołg tak bliziutko, strzela do nas, ale wycofał się, bo wystrzeliliśmy pocisk przeciwczołgowy, a oni myśleli, że mamy ich więcej. Ruscy wzięli mnie i jeszcze jednego kolegę do niewoli. Ulice się paliły, tam zaprowadzili nas przed taki ogródek, nas była trójka, bo w międzyczasie jeszcze jednego złapali. W tym ogródku zabitych była cała kupa ruskich żołnierzy, ręce powiązane drutami kolczastymi, że niby Niemcy pomordowali. Gdyby nie oficerowie, inni Rosjanie żywcem by nas rozerwali. Jakiś czas tam staliśmy, później przeszliśmy do szpitala. Tam nas wyprowadził oficer, bierze rewolwer i chce nas rozstrzelać. Byłem obojętny na to co zrobią, ale na szczęście zrezygnował i puścił nas wolno. 

• Kiedy zaczęli na Mierzeję Wiślaną przyjeżdżać turyści? 

Ruch turystyczny zaczynał się po trochu, a potem coraz częściej zaczęli ludzie przyjeżdżać. Raz nawet Alina Janowska (aktorka) tu mieszkała. Ludzie byli dawniej zadowoleni, jak na sianie nawet mogli spać, nie mieli takich wymagań, chcieli się kąpać na dworze bez wygód, a teraz wszyscy chcą luksus. 

  

• Panie Franciszku, kiedy po raz pierwszy poczuł się Pan na tych ziemiach, jak u siebie, w swoim domu? 

Właściwie, ja tu zawsze się czułem jak u siebie. Mnie strasznie rybołówstwo ciągnęło, chociaż nie wiem za kim. Lubiłem to miejsce. 

  

• Co to dla Pana oznacza być mieszkańcem tego terenu? 

Żona by się teraz stąd nie ruszyła już nigdzie, chociaż początkowo niezadowolona była, gdzie ją tutaj sprowadziłem. Człowiek jest zżyty ze wszystkimi sąsiadami. Po wojnie przyjechali tu ludzie z całej Polski. Różni byli - i zza Buga, i Kaszubi, i miejscowi. Jak obcy bić się chcieli, to miejscowi byli jeden za drugim. Bywało różnie, ale trzymaliśmy się razem.