RODZINNE WSPOMNIENIA BABCI KAZI
luty 1993 

 
 
Często wnuki prosiły mnie o opowiadanie o swoim dzieciństwie. Wydawało mi się, że dla 
 nich to chyba nieciekawe, bo oni żyją, w epoce techniki, komputerów a ja? Cóż, mam tyle 
 lat, co Polska. 
 -Babciu, to Ty masz 1000 lat? 
 -Ach bąblu, ta nowa Polska, która się liczy od 1918 roku.  
 Jeżeli ktokolwiek z Was oglądał film „Chłopi" na podstawie Reymonta, to jest właśnie typowa 
polska wieś. Należy się wielkie uznanie dla reżysera tego filmu, bo tak wiernie zobrazowana 
 jest ówczesna wieś. Tam właśnie wychowywałam się, powiat wieluński, a obecnie 
 województwo sieradzkie. Z powodu II wojny światowej rodzina rozleciała się po świecie, 
 podobnie jak rodzeństwo mojego ojca. I to mnie skłoniło do pisania wspomnień. 
 Najstarsza siostra kończyła 85 lat i zrobiliśmy jej niespodziankę — zjazd rodzinny. Tam przy 
 wspomnieniach i opowieściach namawiałam siostrzenicę, aby coś napisała o wychowaniu 
 młodzieży, bo ma dużo czasu i świetny dar pisarski. W tym czasie zginęło nasze zdjęcie rodzinne z albumu, 
 jeszcze tam ze wsi. Po roku otrzymałam przesyłkę od siostrzenicy, z 
 przemiłym listem i powiększonym tym właśnie zdjęciem. Rozpłakałam się ze szczęścia, z tak 
 miłej niespodzianki. Zdopingowało mnie to, no i teraz muszę opisać tę, być może nieciekawą, 
historię — wspomnienia, przeżycia. Tu załączam ten list.... 
 Jest gospodarstwo — drewniana chałupa, trzyizbowa, z dużą sienią, komorą no i dalsze 
 budynki gospodarskie. To już wtedy uchodziliśmy za gospodarzy bogatych, bo były podłogi 
 w domu, podwójne okna. Urodziłam się już jako czwarte dziecko w rodzinie, chyba 
 niechciane, bo braciszek podobno przywitał mnie: „No znowu dziewucha — ludzi dużo, a 
 gruntu mało". Biedna była moja mama, bo chorowała na zapalenie piersi, no i ja zaraz byłam 
 karmiona mlekiem i cukrem, jak to na wsi. Dziecko na wsi to dopiero odżywa, jak umie 
 podnieść bochen chleba i samodzielnie odkroić. A chleb to był tak dobry, że jeszcze dziś ten 
 smak czuję. 
 Pamięć moja przypomina mi obrazy od piątego roku życia. Jako dziecko nigdy 
 nie miałam lalki, to robiłam ją sama ze starych szmatek i z nią rozmawiałam. Raz byłam 
 zamknięta, bo wszyscy poszli na pole, no to do roboty! Była w domu maglownica — deska 
 ponacinana w zęby, do maglowania bielizny ręcznie. Wzięłam z kuferka mamy zapaskę — 
 wełniany, kolorowy fartuch zawiązywany na szyi. Maglownicę ubrałam w tę zapaskę, 
 twarz-główkę zrobiłam z jakichś szmat, zawiązałam chusteczkę, ale miałam lalę dużą! 
 Zaczęłam jej śpiewać kołysankę no i bujać. W pewnej chwili za mocno tę czynność 
 wykonałam i trach! głowa lalki rozbiła szybę w oknie. Jakie to przeżycie! Szybko lalkę 
 rozebrałam, pochowałam całą garderobę, okno uchyliłam i czekałam cichutko jak myszka, 
 co teraz będzie. Nic cię nie przyznałam, bo to wiatr rozbił szybę. Rodzice spojrzeli na siebie, 
 no i kamień mi spadł z mojego biednego serca. 
 Blisko naszego gospodarstwa mieszkała, też w takim samym gospodarstwie, mamy siostra z 
 mężem. U nich mieszkali dziadkowie. Nie mogłam się z tym pogodzić, że muszę się tymi 
 dziadkami dzielić z dziećmi ciotki. A było ich tam sześcioro, wszystko młodsze ode mnie. 
 Tam było wesoło i zawsze tam latałam. Oni z kolei biegali do naszego ogrodu na owoce, bo 
 babcia mówiła, że dopóki oni żyją, to wszyscy mają prawo do starego ogrodu, czyli do 
 naszego. Tam u ciotki szykowało się dużo jedzenia, bo jak taka szóstka przysiadła i ja 
 siódma, to placki kartoflane znikały z patelni od ręki. Olej do smażenia był swój, bo siało się 
 len, konopie i olej tłoczono w mieście Pajęcznie, 10 km od naszej Kolonii. Olej był 
 wspaniały, smakował także z cebulą, solą i chlebem. Jak przyszedł okres Adwentu - cztery 
 tygodnie przed Bożym Narodzeniem i okres Wielkiego Postu, to trzy dni w tygodniu znikała 
 słonina z patelni, a tylko olej królował. Były też na ten czas suszone grzyby i kwaszone ogórki 
 w garnkach, suszone owoce w woreczkach na strychu, które wykradaliśmy po kryjomu. 
 Najlepsze były suszone gruszki. Potem mama worki zaszyła, aby owoców na dłużej 
 starczyło. Moja mama i ciotka, niektóre przyrządy kuchenne miały jeszcze wspólne, to 
 biegało się pożyczać. Najgorzej było na święta, bo wspólny wałek do ciasta, makutra, 
 maszynka do mięsa. Co to była za frajda z lataniem z tymi wałkami i makutrami. Raz napadł 
 mnie gąsior. Chwyciłam go za szyję, okręciłam się i bęc! o płot, a gąsior fik! nogami do góry i 
 leży nieżywy, a że to był ciotki gąsior, to jak weszłam do ciotki, chwilę posiedziałam i zaraz 
 do domu, bo bałam się, że wykryją, kto go zabił. Idę z powrotem, a po gęsi ani śladu – 
 zmartwychwstał! 
 W czasie bieganiny z tymi różnymi naczyniami, zderzyłam się raz w furtce z ciotką, ona 
 wpadła na mnie i gdzieś drewniakiem uderzyła mnie w nogę i już nie wstałam, noga 
 złamana. Tata zaprzągł kasztankę do wozu, no i zawiózł mnie do Włodarczyka. To taki 
 chłop, który składał połamańców. Miał postrugane płaskie klepki, porobione trochę 
 bandaży z prześcieradeł. Nogę nastawił, posmarował jakimś tłuszczem, klepki obłożył trochę 
 watą i usztywnił złamane miejsce, bandażując. Po pięciu tygodniach nie było śladu 
 złamania. Człowiek ten nauczył się zawodu w wojsku, jako sanitariusz podczas I wojny 
 światowej, a prócz tego miał książki o anatomii człowieka. Drugi raz upadłam i zwichnęłam 
 rękę w stawie. Oczywiście też nastawiał, z bólu aż przytomność straciłam. Kolega z klasy 
 złamał rękę w łokciu, przyszedł ze szpitala z krzywą ręką. Zobaczył to ten nasz „Pan Doktór" 
 i mówi: Dziecko, co oni ci zrobili z ręką, niech przyjdzie do mnie twój ojciec". No i przyszedł z 
 ojcem. Nasz doktorek złamał chłopcu rękę z powrotem i prawidłowo nastawił, nikt się nie 
 martwił tym, ile dziecko cierpiało. 
Dużo dla wsi robiła Pani dziedziczka Karsznicka, ona mieszkała od nas 5 km, 
 we wsi Siemkowice. Nazwa tej wsi pochodzi od nazwiska któregoś z dziedziców, który nazywał się Siemko. 
 W tym dworze pracowali dziadkowie, zanim zostali uwłaszczeni. Tam pracował też stryjeczny dziadek Ślęk,
 był masztalerzem, potem rządcą i w zasługę pan dziedzic zapisał mu kawałek ziemi i działkę na cmentarzu, 
 nazwano to Ślękowizną. Do dziś żyje jeszcze syn, który już blisko setki dobiega. Ma małe gospodarstwo, 
 nie idzie na żadną rentę czy emeryturę i sam uprawia ten kawałek ziemi. Pani dziedziczka zbierała różne zioła 
 i cała wieś u niej się leczyła. Moja mama dużo wiadomości od niej przejęła i w zasadzie lekarz był 
 w rodzinie niepotrzebny. Były łąki pachnące ziołami i las, owoce, beczki kapusty kwaszonej, 
 jarzyny i mleko, sery, masło. Dużo jadło się fasoli, grochu, dyni. Ciasta były na wielkie święta 
 i uroczystości. 
 Dużo ludzi cierpiało wielki niedostatek, niektórzy nie mieli pieniędzy na sól. Obok nas, z 
 drugiej, strony mieszkała rodzina na pięciu morgach pola i tam było sześcioro dzieci. U nich 
 stryj tam jakiś był, stary człowiek, chory umysłowo i on chodził na „żebry", czyli po 
 proszonym za jałmużną. Wracał zawsze w sobotę i przynosił torby pełne chleba, mąki, kasz, 
 to te dzieciaki, aż na drogę wybiegały mu naprzeciwko, żeby do syta chleba podjeść. Matka 
 tych dzieci była kaleką. Miała obydwie nogi wykręcone tak, że piętami chodziła do przodu. To 
 była bardzo zaradna i kulturalna kobieta. Uprawiała dużo warzyw przy domu i co tydzień 
 jeździła na targ z nowalijkami i handlowała. Lubiła z ludźmi porozmawiać, ale za to jej mąż to 
 był odludek, strasznie niemiły, bałam się jego i nawet jak blisko robił coś na polu, to nie pozwalał 
 na siebie patrzeć. Z chłopakami jeździł do lasu na kradzież drzewa. No cóż, życie zmuszało 
 ich do tego, dopiero jak zaczęli budować kolej w latach trzydziestych, to rodzina Kocików 
 odżyła, bo mieli pracę i chleba pod dostatkiem. Po latach, po II wojnie, spotkałam ich córkę 
 - Jankę Kocikównę, była już mężatką na Śląsku i odnawiałyśmy wspomnienia z  dziecinnych lat. 
 Mówiła mi, że tak mi zazdrościła, jak ja miałam do szkoły chleb z masłem lub smalcem, a ona tylko 
 placki ziemniaczane pieczone na żelaznym piecyku, bo nie było tłuszczu do smażenia. 
 Drugą rodziną biedną byli Gleniowie, żyli z pracy rąk, ich syn młodszy o dwa lata ode mnie, 
 był chrześniakiem mojej mamy — pasł u nas krowy za wyżywienie i ubiór. Miałam może 
 sześć lat i rodzice gdzieś pojechali, to matka tego chłopca gotowała na kolację kaszę 
 jaglaną. Przystawiałam sobie stołek i pilnowałam, ile tej kaszy ta ciotka weźmie dla swoich 
 do domu. 
 Jako pięcioletnie dziecko pasłam gęsi, których było zawsze około trzydziestu sztuk. Pasło 
 się na wspólnym pastwisku około półtora kilometra od domu. Ukroili pajdę chleba, wydrążyła 
 mama dołek, nałożyła tam masła, nakryła tym kawałkiem co wydrążyła, zawinęła w czystą, 
 lnianą ściereczkę i to było pożywienie na cały dzień. Wymyślało się tam różne gry, zabawy. 
 Gra w kamyki, w kije (podobne to do gry w golfa), skakanki, bieganie, brodzenie po kałużach 
 i kąpiel w strudze. Chłopcy zrobili tamę z darni i jak woda spiętrzyła się, wtedy była frajda. 
 Chłopcy lepiej sobie radzili, bo nałapali rybek, raków, czasem kaczkę komuś potrącili. Z 
 kaczki wyjmowali wnętrzności, oblepili gliną i piekli w ognisku. Po upieczeniu, pióra zostały 
 przy glinianej skorupie, a mięso było wspaniałe, rybki też smakowały przypieczone na patyku 
 nad ogniskiem. My dziewczynki musiałyśmy zbierać gałęzie do ogniska i krowie, suche 
 bobki. Przy tym piekliśmy także ziemniaki. Śpiewało się dużo różnych piosenek, a ile 
 opowiadań o strachach! 
 Najwięcej bałam się świeczników. Pastwiska te miejscami były jednym trzęsawiskiem i 
 wieczorem, jak tam kto przechodził, to ziemia uginała się, wydobywał się gaz, walał i gasł. 
 Dzieciaków straszono, że to dusze czyśćcowe pokutują tu na ziemi. Obserwowałam nie raz 
 z naszego podwórka, jak te świeczniki migały, ale przy domu to się nie bałam. Wieczorem 
 wracało się do domu tak zmęczonym, że nie było siły, aby się umyć, a nogi po tym 
 brodzeniu po kałużach to były pocięte, popękane. Wiem, że mama często mi myła, a potem 
 trzeba było nogi obsiusiać i na drugi dzień nie było śladu okaleczeń. Drugim ciężkim 
 schorzeniem to były tzw. odbity, robiły się na piętach lub pod stopami. Najpierw zgrubienie 
 skóry, potem stan zapalny, no i ropień. Dobrze, jak mama zauważyła, że dziecko kulawe. Był 
 środek zapobiegawczy - przykładano świńską kupę, dobrze nogę zawinięto i to przerywało 
 chorobę. Nawet nieraz, gdy było za późno, to też skóra zrobiła się miękka, ropa dobrze 
 zebrała się do wierzchu no i rano po umyciu nogi, wkraczał do operacji „Pan Doktór", czyli 
 dziadek z brzytwą. Po silnym oziębieniu chorego miejsca, nacinał skórę lekko brzytwą i po 
 krzyku, ropa wypłynęła. Potem przykładało się na chorą stopę młode liście olszyny, które 
 wyciągnęły wszystką ropę. Goiło się to bardzo szybko. Sposobem leczenia przeziębień były 
 bańki. Mama była specjalistką i często nawet sąsiadom pomagała. Dużo ludzi miało choroby 
 oczu. Dawniej były takie zabobony. Zwykle w Wielki Piątek, wczas rano trzeba było 
 wcześniej wstać i się nie odzywać do nikogo. Biegło się wtedy do rzeki lub do wody 
 źródlanej i należało oczy obmyć - to gwarantowało zdrowie. Chodziły matki z dziećmi 
 chorymi na oczy do takiego „owczarza", który leczył przez zamawianie i dawał tam jakieś 
 kropelki do zakrapiania. Wiem, że były słone i potem oczy bardzo łzawiły. Jeszcze była 
 choroba „róża”. Tę chorobę też się zamawiało. Czynność tę robiło się tuż po wschodzie 
 słońca. Chorą część twarzy zwracało się do wschodu i osoba zamawiająca robiła trzy razy znak 
 krzyża nad twarzą, wymawiając takie słowa: 
 „Żegnam cię, różo trzydziewięcioraka, abyś wyszła z tego ciała i w tym ciele dłużej nie mieszkała. 
 Nie swoją mocą, Pana Jezusa pomocą, Matki Boskiej pomocą. Za dusze cierpiące, w czyśćcu konające. 
 Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota 
 Twojego. Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci 
 naszej. Amen." Potem zdmuchiwało się po trzy razy nad chorym w trzy strony świata. Na 
 koniec strzepywało się ręce. Takie zabiegi powtarzało się przez trzy dni rano. Zwykle 
 choroba ustępowała. Śmieszne były także tak zwane „uroki". To było schorzenie 
 wywoływane przez „złe oczy" lub złe spojrzenie, no i ofiara takiego wzroku czy spojrzenia 
 pociła się, występowały silne bóle głowy; zostało się „zauroczonym". Takie rzeczy zdarzały 
 się zwykle ładnym dzieciom i dlatego, aby takie urok się nie czepił, to do wózka przyczepiało 
 się koniecznie czerwoną kokardkę lub coś czerwonego. Jeżeli to już się stało, to były też inne 
 sposoby. Dawniej zmywało się naczynia zmywakiem z korzeni trawy tzw. perz. Dobrze się 
 tym szorowało garnki. I właśnie tą wodą po zmywaniu i takim zmywakiem wystarczyło lekko 
 pokropić „ofiarę uroku" i splunąć po trzy razy na trzy strony świata i chory wracał do zdrowia. 
 Raz miałam taki przypadek z gęsiakami. Minęła mnie stara kobieta i tak się zdziwiła, że:
 „Takie śliczne stadko masz, dzieciaku!”. 
 Gęsiaki ledwo do domu przyszły, na szczęście mama to zauważyła, wkroczyła z lekiem 
 i jak za machnięciem różdżki czarodziejskiej, gęsiaki odżyły. Złorzeczenie — przekleństwo.
 Nigdy nie wolno przeklinać, bo to może się spełnić i obrócić przeciw Tobie, tak mówiła mi mama. 
 Na dziecko były złożone ciężkie obowiązki: pilnować gęsi, drobiu, szykować i podawać im 
 karmę, to było nieraz ponad siłę dziecka. A tu te krowy tak dokuczały. Już byłam większa, 
 kiedy zdarzył się taki przypadek. Miałam chyba z dziesięć lat, no i pasło się te nieszczęsne 
 bydlaki. Nie było jeszcze wtedy racjonalnej gospodarki, gdzie łąki się nawozi, zasila, 
 uprawia, gdzie bydło dokarmia się paszą hodowaną i ciętą, no i elektryczne pastuchy dzisiaj 
 stosowane. Po co zresztą pastuch, jak dziecko jest od tego. Właśnie uciekła mi krowa w 
 młodą koniczynę, widocznie zaczytałam się w jakąś ciekawą bajkę. Spokojnie pędzę krowy do domu, 
 ale ta dokuczliwa krasula ledwo idzie. A widzisz dokuczliwcze, zarazo jedna, nażarłaś się i ledwo idziesz!. 
 Jak mój tato ją zobaczył, już widział, że jego ulubiona krówka 
 jest chora, dostała wzdęcia od gazów z tej młodej koniczyny. Pędziłam biegiem po dziadka, 
 bo on zajmował się trochę weterynarią, no i ratowali krasulę. Jednak krówka nie wytrzymała i 
 trzeba było ją dorżnąć, żeby choć mięso uratować do zjedzenia. Stało się to przy studni, tak 
 jak przeklinałam ją, abyś zdechła przy studni, to będzie blisko woda do czyszczenia flaków. 
 Jak zobaczyłam to wszystko, jak mama płacze, jak my teraz będziemy żyli tylko z jedną 
 krową? Jako dziecko przeżyłam to strasznie i zauważyłam jedno, aby nigdy nikomu źle nie 
 życzyć i nie przeklinać. Taka to błaha historyjka, a jak wpływa to na charakter małego 
 człowieczka. Zgoda, miłość i wiara to były trzy wskaźniki, według których należało żyć. 
 Życie było trudne na wsi. Tam rodzice dorabiali się wszystkiego. Kupili starą drewnianą 
 chatę i po przywiezieniu zmontowali od nowa już z podłogą i podwójnymi oknami. Był jeden 
 piec w ścianie i ogrzewał kuchnię i pokój. Paliło się torfem. Wieczorem pod pierzyną kładło 
 się butelkę zakorkowaną z gorącą wodą, aby podgrzała pościel do spania. Łazienki nie było, 
 tylko w kuchni był parawanik, duża misa, wanienka i to była umywalnia. Wodę nosiło się ze 
 studni, która była głęboka, a woda była bardzo czysta i smaczna. Rano, przed śniadaniem, 
 mówiło się krótką modlitwę, wspólnie, głośno. Ojciec był przewodnikiem — pięknie śpiewał. 
 Za to wieczorem, po obrządku bydła, wszyscy stojąc w półmroku, przed zapaleniem lamp, 
 śpiewaliśmy ​Anioł Pański​. W niedzielę​ Godzinki ​lub ​Gorzkie żale.​ Po śniadaniu jechaliśmy 
 wozem do kościoła pięć kilometrów do wsi Siemkowice. 
 Kościół był pięknie odmalowany w stylu ludowym. Sprzątały kobiety, a przewodniczyła 
 daleka kuzynka mamy, która nie miała jednej nogi. Nosiła długie spódnice, z jednej strony 
 miała duży otwór w spódnicy i tam miała przywiązaną laskę, która służyła za nogę. Wywijała 
 po całym kościele i rządziła, że hej! Lubiłam do niej chodzić, bo ona szyła i podpatrywałam, 
 jak ona szyje, kroi. Zanosiłam jej co tydzień od mamy osełkę masła, serek lub kawałek 
 mięsa, jak było świniobicie. Tak ludzie sobie pomagali. Moja mama miała dobre serce i 
 wszystkich wspomagała. Ja, mając sześć lat, opiekowałam się dwójką dzieci przez dwa lata. 
 Matka tych dzieci była panną i gmina pomagała jej jako samotnej matce. To była taka 
 pomoc, że codziennie ta kobieta była u innego gospodarza, tam ją żywili i nocowała na 
 słomie, na podłodze, przykryta jakimś kocem. U nas była cały tydzień, a potem uprosiła 
 mamę, aby mogła zostawić dzieci na lato, a ona pojechała do Niemiec, do pracy. W ten 
 sposób ja dostałam od niej piękne sukienki, buciki. Dzieciaki miały trzy i cztery lata. To był 
 taki mój obowiązek. 
 
 
NASZE KORZENIE 
 
Ojciec mój był z rodziny robotniczej, mieszkali w czworakach. Było ich pięciu braci i jedna 
siostra, Jadzia. To właśnie ciotka Sukiennicza z Dąbrówki. Szczepan ze Skąpy; drugi Piotr, 
który wyemigrował do Kanady, miał żonę z Osjakowa; trzeci Kazimierz, wzięty w 1905 roku 
do wojska rosyjskiego na wojnę japońską i już nie wrócił; mój ojciec i piąty brat był 
dróżnikiem, osiedlił się w Koninie, miał synów i dwie córki (syn Kazimierza, Władysław, 
wyemigrował do Francji). Jeśli chodzi o babcię, matkę ojca, to była córką organisty. Kobieta 
zaradna, na wsi była położną. Dobrze jej było, bo kobiety umiały się odwdzięczyć za usługi. 
Rodzina mamy to Ślęki, mieszkali w Siemkowicach i pracowali u dziedzica. 
Po przeprowadzeniu reformy gospodarczej część majątku dworskiego - własność dziedzica - 
rozparcelowano pomiędzy chłopów, czyli tak zwane uwłaszczenie. Wieś, 
do której dziadek mój wyprowadził się i osiedlił, nazwano Kolonią Chorzew. 
Tam dziadek się wybudował, sadził drzewka, a że w majątku pracował w ogrodzie, 
to umiał szczepić drzewa i uprawiać je. 
Prócz tego, czytał dużo książek rolniczych, znał się na weterynarii i świetnie umiał 
matematykę. Jak uczyłam się w szkole zawodowej równań, to było mi bardzo łatwo, bo 
dziadek już mnie tego uczył. Bardzo długo dziadek pracował jako prezes spółdzielni im. 
Szewczyka. Dowoził towar do sklepów spółdzielni, rozliczał te sklepy i wszystko dobrze 
funkcjonowało, dopóki dziadek to prowadził, bo był bardzo uczciwy. Jak zrezygnował z tej pracy, 
to i sklepy i cała spółdzielnia splajtowały. Bardzo lubiłam dziadka, bo z nim chodziłam do lasu na grzyby. 
W Siemkowicach, 2 kilometry za wsią, była osada Łukomierz, tam 
mieszkał brat dziadka. On pracował u dziedzica jako kuczer czyli woźnica. Dbał o konie, 
powozy i całą stajnię. W nagrodę dostał gospodarstwo i tam się wybudował. Oprócz tego, 
dziedzic wykupił mu działkę na cmentarzu i nazwał tę działkę Szlękowizną. Tam są 
pochowani moi dziadkowie, potem córka dziadka Dutowska z mężem. 
Pamiętam, że w roku 1926, mając siedem lat, u tego wujka słuchałam Radia Polskiego z 
Warszawy. To było radio na słuchawki. W roku 2005 obchodzono osiemdziesięciolecie 
Polskiego Radia. Już nie dużo ludzi żyje obecnie, którzy to pamiętają. Z rozczuleniem 
słuchałam audycji w Programie I w „Muzyce nocą" i wspomnień starszych ludzi, którzy to 
pamiętają. 
Lata dwudzieste były bardzo trudne, bo było po wojnie, nowo sklejone państwo, 
wszystko od nowa trzeba zorganizować i ciężka praca. Pamiętam lata trzydzieste - 
budowana była kolej Gdynia-Katowice. Zbieraliśmy kamienie na polu, potem ojciec drobno 
rozbijał i wywoził do budowy kolei. Zaczął się wtedy okres lepszy. Młodzi ludzie wyjeżdżali 
do pracy, do budowy portu w Gdyni, drudzy do Stalowej Woli, budować hutę. Nie będę się 
rozpisywać o tym, ale mam wielkie uznanie dla rządu, jaki był, bo zrobili bardzo dużo. Gdyby 
nie było II wojny światowej i chociaż z pięćdziesiąt lat spokoju, to naprawdę Polska by 
odżyła po tej 130-letniej okupacji i rozbiciu. 
Żyliśmy przedtem pod zaborem rosyjskim. Szkół nie było. Moi rodzice uczyli się w szkółce 
katechetycznej, gdzie nauczyli się przez 2 zimy czytać i pisać. Tę naukę zawdzięczają 
księdzu i dziedziczce. Ja już w nowej Polsce uczyłam się w izbie chłopskiej, wynajętej przez 
oświatę, zanim wybudowali szkoły. Ojciec, najstarszą córkę Franię, oddał do 
Pajęczna i tam ona skończyła siedem klas podstawówki. Potem chciał ją oddać do szkoły 
średniej - tkactwa artystycznego w Częstochowie. Kierowniczka w ogóle rozmawiać nie 
chciała, bo ze wsi dzieci to mają ziemię uprawiać, a nie pchać się do przemysłu. Ojciec na 
tym nie poprzestał i oddał ją do rocznej szkoły z internatem. Po skończeniu tej szkoły, aby 
móc dostać pracę instruktorki, potrzebna jeszcze była półroczna szkoła dla instruktorek. Były 
tak wysokie opłaty za tę szkołę, że nie było nas stać. Jednak tata zaryzykował. Poszedł do 
księdza z prośbą o pożyczkę 600 złotych, to była wartość 6 sztuk krów. Ksiądz chętnie 
pożyczył. Ojciec pyta: „Gdzie weksel, księże proboszczu?" Ksiądz odpowiada: „A po co? 
Twoje sumienie jest wekslem!" Pożyczkę ojciec spłacił w dwa lata, właśnie przez te zbierane 
kamienie. Frania skończyła szkołę i dostała się do pracy w Winiarach w roku 1927 jako 
instruktorka Kół Gospodyń Wiejskich. Mieszkała u dziedziczki, pani Tarkowskiej. Tam 
dopiero nauczyła się manier dworskich, kultury bycia i uzupełnienia ogłady. Kiedyś zapytała 
mnie koleżanka: „Skąd pani Rakowska ma taki elegancki sposób bycia i taką kulturę?" 
Odpowiedziałam: „Życie ją nauczyło." Dzięki niej Roman, brat, skończył szkołę rolniczą i 
potem był w Glinkach koło Otwocka rządcą. Właściciel ciągle przebywał za granicą, a 
Roman sam zarządzał i gospodarzył. Potem Zosia siostra, też była w rocznej szkole 
rolniczej w Winiarach. Następnie ja też byłam w szkole rolniczej w Chróścinie, powiat Wieluń 
w roku 1935. to była wspaniała szkoła. Tam nauczyłam się bardzo dużo. A najważniejsze, 
nauczyłam się ekonomii gospodarczej. Potem siostra zabrała mnie do siebie, do Będzina. 
Zmieniała pracę i ja tam uczęszczałam do zawodowej szkoły krawieckiej w Sosnowcu. Jest 
to okres przed wybuchem II wojny światowej, bo w czerwcu 1939 ukończyłam szkolę 
zawodową i zdałam do technikum odzieżowego i od pierwszego września miałam zacząć. 
Niestety, wojna pokrzyżowała zamiary. 
Dzień 1 września 1939 roku, piątek- pierwszy piątek  
miesiąca — mama poszła wczas rano do kościoła, do Siemkowic. Już wtedy znad Wielunia 
unosiły się dymy i było słychać detonacje, bo przecież Wieluń był jako pierwszy, o godzinie 4 
rano, bombardowany. Został zbombardowany szpital, bank i inne części miasta, dziś już nie 
pamiętam. Ze szpitala to ciała ludzi rozrzucone były wokoło. Krążyło dużo samolotów, ale 
podstępnie miały znaki polskie. Myśleliśmy, że to ćwiczenia wojskowe. Już o godzinie 
trzynastej przyjechali pierwsi uciekinierzy ze Śląska z Wielunia. Opowiadali straszne rzeczy, 
co się działo. W jednej wsi rozstrzelano dziesięciu harcerzy — w wieluńskim powiecie przy 
granicy. Ludzie uciekali w popłochu. Moja mama była najrozsądniejsza. Upiekłyśmy wtedy 
trzy piece chleba, to jest osiemnaście dużych czterokilogramowych bochenków, aby było 
czym nakarmić tyle ludzi. Zabite były kury, ugotowany rosół. Ojciec natomiast szykował wóz 
do ucieczki, bo była taka propaganda, że Niemcy wszystkich wystrzelają, a to w tym celu, 
aby utrudnić poruszanie się i działanie Wojska Polskiego. Bardzo dobrze zobrazował to film 
„Kasztanka". Już w sobotę wszyscy uciekaliśmy na wozie, była kasza, mąka, chleb, mięso, a 
my, ludzie, szliśmy pieszo i krowy z nami, bo było mleko. Uszliśmy 18 kilometrów. Nocleg 
był w lesie. Mama moja mówi, że nie spodziewała się takiej wycieczki. Już na drugi dzień 
nasze wojsko cofnęło się. Już spotkaliśmy pierwszych rannych z bitwy nad Bzurą. Sama 
darłam prześcieradła i opatrywałam rany. Z kolegą Marciniakiem wróciliśmy do domu, ale 
tylko na chwilę, bo już Niemcy bombardowali stację kolejową i mosty. Wtedy uciekliśmy z 
powrotem do naszego obozowiska. Ja stwierdziłam, że nie ma sensu dalsza ucieczka, więc 
wróciliśmy. Już po przejściu 5 kilometrów spotkaliśmy pierwsze oddziały niemieckie. Robili 
nam zdjęcia, widocznie sobie na pamiątkę lub dla prasy. Było to takie upokarzające, przykre, 
bo już nie było naszego wojska, przy którym czuliśmy się bezpiecznie. Ponieważ 
mieszkaliśmy na kolonii, z dala od drogi bitej, to mieszkaliśmy spokojnie. Zbierało się różne 
wieści od ludzi, którzy mieli odwagę zostawić potajemnie radio. Wszystkie radia zostały 
zabrane przez Niemców. Ludzie niektórzy nie obsiewali pola, bo mówią, że nie będą 
pracować dla Niemców. Ojciec był innego zdania, jak obsieję i zbiorę, to wszystkiego 
Niemiec nie zabierze i my też się pożywimy. 
Tak żyliśmy przez rok. Jesienią wszyscy się spodziewali, że to wojna błyskawiczna i 
wszystko się skończy. Mama znów poszła na roraty do kościoła i wracając widziała, jak 
sołtysi zwozili wszystkie krzyże przydrożne do jednego punktu, na opał lub jako złom na 
bomby. Był to straszny widok, bo te krzyże sterczały na wozach, a mama mówiła: „Dzieci, 
nie martwcie się, bo Hitler już wojnę przegrał; bo kto z krzyżem walczy ten wojny nie wygra!" 
Skąd u tych ludzi była taka silna wiara i ufność w Opatrzność Bożą? Muszę nadmienić, że 
mama należała do zakonu Franciszkanów, ale nie nosiła habitu tylko sznur, którym się 
opasywała i szkaplerz. Prócz tego należała do grupy „zbiorowej modlitwy", którą już wtedy 
organizowali na wezwanie stygmatyka Ojca Pio. 
Zima jakoś minęła i przyszło lato. Jeździłam na Śląsk, zawieźć żywność dla mojej siostry 
Frani. Już Niemcy potrzebowali robotników, robili pierwsze łapanki, a ponieważ nasze 
gospodarstwo było nieduże, tylko 10 hektarów, to często z Zosią spałyśmy w polu, aby nas 
gdzieś nie wywieźli. Zapomniałam wspomnieć, że mój brat ożenił się w 1939 roku, 15 
sierpnia. Tak, że w dwa tygodnie po jego weselu, wybuchła wojna. Już nie zdążyli go 
powołać do wojska i tak został na gospodarstwie. Mojej bratowej brat najstarszy — Feliks, 
dostał się do pracy w gminie i tam dalej pracował już jako tłumacz u Niemców. On poradził, 
abyśmy z Zosią poszły do pracy, to arbajtzmant nie będzie już nam zagrażał. Siostra Ania, 
tak będę nazywać naszą „Franię" dla lepszej wymowy, poznała u jednej ze swoich 
gospodyni chłopca, który wrócił z niewoli u Niemców, jako już niezdolny do pracy i do życia, 
był to Ludgard Rakowski. Jako żołnierz pracował w Urzędzie Celnym na Wybrzeżu 
Gdańskim, był wywiadowcą i potem walczył w obronie naszych granic. Brał udział tu w 
walkach o Kąty Rybackie, Jazowo, Szymankowo, bo tu była granica Wolnego Miasta 
Gdańska. Tu został ranny i dostał się do niewoli niemieckiej. 
Po krótkiej dość znajomości Ania wyszła za Ludgarda, tylko Zosia była na ślubie. Ludgard 
miał brata, siostrę i matkę. Mieszkali na Helu. Stamtąd zostali wysiedleni - matka i Irena zostały
wywiezione w Lubuskie do wioski Janowo. Brat Ludgarda - Lolek też walczył i dostał się do 
niewoli w Sztutowie. Jako więzień był pieszo pędzony ze Sztutowa do Gdańska, do 
odgruzowania miasta. Zima była ciężka i śnieżna, więźniowie bardzo marzli, byli obozowani 
w barakach, tam Polacy — gdańszczanie donosili im żywność i ciepłą odzież. Między innymi 
Marysia, z którą potem Lolek się ożenił. Lolek raz pracował w kościele Mariackim. Wszedł 
na chór i przeleciał palcami po klawiszach i zagrał jakiś utwór. Usłyszał to żandarm, wezwał 
go do siebie. Z lękiem podszedł, bo myślał, że go rozstrzelają. Tymczasem Niemiec ten miał 
córki i zaangażował go do udzielania im lekcji muzyki. Już od tej pory łatwiej mu było przeżyć 
zimno i głód. Tymczasem matka i siostra po przesiedleniu nie miały nic, bo nic im nie 
pozwolono zabrać. Wtedy ja zawiozłam im pościel, bieliznę, trochę zapasu żywności. Jaka 
to była podróż?! 
Mieszkaliśmy na terenie tzw. „Wartegau", czyli tereny nad Wartą, które Niemcy przyłączyli 
jako ich rodzinne ziemie. Granica była w Brzeźnicy. Bagaż dla obydwu, czyli Irki i jej mamy, 
zawiózł do Częstochowy kolega mój, który pracował na kolei. Ja, przebrana w wiejski 
fartuch, polami przeszłam przez tzw. zieloną granicę i pieszo doszłam do Częstochowy. Z 
Częstochowy już pociągiem do Janowa. Radość Irki i matki Ludgarda nie miała granic, ich 
radość dla mnie była wielką nagrodą. Po powrocie do domu musiałam poddać się 
odwszawieniu, bo na noclegach nabawiłam się wszy. 
Na wsi, w domu rodzinnym  
mieszkaliśmy do jesieni. Urodził się pierwszy wnuk mojego taty od córki. Ja poszłam do 
pracy. Pracowałam u wójta gminy. On trochę mówił po polsku. Tam miałam zaprawę do 
ciężkiej pracy. Trzy razy dziennie wydoić 8 krów, obrządzić 8 świni, prócz tego kury, indyki 
no i ugotować posiłek na 5 osób. Mieszkanie wójt zajął po księdzu, czyli na plebanii, a 
księdza, wywieźli do Dachau. Kościół był zamknięty. Pod jesień wysiedlili Niemcy rolników 
ze wsi Siemkowice i z Chorzewa. Żandarmi zjechali wczas rano, ludzi wyłapywali z łóżek i 
zebrali wszystkich w kościele. Potem ciężarówki podjeżdżały i wywieźli do Francji, Belgi. 
Straszne to było, bo było słychać krzyki ludzi, Niemców, wycie psów, ryk bydła głodnego, bo 
nie miał ich kto nakarmić. Dopiero wieczorem przywieziono osiedleńców niemieckich z 
Besarabii. Po wysiedleniu gospodarzy z Chorzewa, Ania przeprowadziła się z małym 
Andrzejkiem i mężem do Chorzewa, do jednego z wolnych mieszkań, po wysiedlonych 
Polakach. 
Tymczasem wysiedlanie nie skończyło się. Było małe miasteczko Kiełczygłów, to jest 4 
kilometry od Chorzewa. Tam mieszkało dużo Żydów. Któregoś dnia podjechały ciężarówki i 
wszystkich Żydów zabrali. Był tam mój wujek Drutowski, gapił się jak to chłop. Któryś z 
chłopów powiedział: „No nareszcie Hitler zlitował się nad wami i wywozi was do waszej 
ojczyzny!" Na ten epitet jedna z Żydówek odpowiedziała: „Czekaj Goju! Jeszcze przyjdziecie 
do nas po klucze do Waszych kościołów!" Utkwiło mi to w pamięci do dziś, przecież wtedy 
nikt nie wiedział o Oświęcimiu. Z naszej wioski też zabrali pierwszych Żydów. Był jednak 
jeden odważny chłop, którego nie wysiedlili i on w swojej stodole ukrywał ich, ale ilu, nie 
wiem. Musiał starać się dla nich o żywność. Raz z synem nieśli ubitą świnię w worku. 
Napotkał ich żandarm - Niemiec. Rozmawiali i szli, pod lasem zamordowali żandarma, 
przywieźli rowerem do domu i spalili. Niemcy szukali go i za niego właśnie w Kiełczygłowie 
powiesili dziesięciu Polaków. Pamiętam dobrze, bo gotowałam obiad dla tych katów u tego 
wójta. Kpili sobie ze mnie i pokazywali swymi ozorami, jak wyglądali wisielcy. W niedługi 
czas, znów przyjechała gromada wojska, siedzieli 2 dni i robili spisy, plany. Posłyszałam 
nazwisko brata Romana. Tak, to były plany wysiedlenia naszego gospodarstwa. Rano 
poprosiłam szefa o wolne, że chcę odwiedzić rodziców. Ojciec na wieść o przesiedleniu 
bardzo to przeżył. Wywiózł parę worków mąki i kaszy do sąsiadów w pobliżu, trochę do 
Chorzewa do Ani, bo i to wszystko. Wieczorem zaprzęgli mi młodego konia do wozu i 
pojechałam do pracy. Wracałam już po godzinie policyjnej, nikt mnie nie zatrzymał, ale wójt 
był wściekły, bał się podpaść. Uspokoił się dopiero jak zobaczył konia, bo już zostawił go 
sobie. Rano wysiedlili mojego brata i rodziców, i zajęli jeszcze kilka mniejszych 
gospodarstw. Niemiec — Besarab, który przyszedł po nas mieszkać, dziwił się, że u takich 
biednych gospodarzy było więcej zapasów żywności niż u zamożnego gospodarza, no i nie 
było jednego konia i wozu. Poszłam do tej Niemki, aby wydała mi moje zeszyty szkolne, ale 
nic nie pomogło. Powiedziała, że potrzebne jej są na rozpałkę. Brat mój poprosił Niemca, 
aby pozwolił mu zostać u teścia, a rodziców wywieźli do punktu zbiorowego, skąd ciężarówki 
rozwoziły ich do Francji. Postawiłam twarde żądanie wójtowi, u którego pracowałam, że 
natychmiast jadę po rodziców. Obiecał mi, że ich cofnie stamtąd. Dotrzymał słowa i rodzice 
wrócili do Chorzewa, do Ani. Ojciec umiał dogadać się po niemiecku i po rosyjsku. Zaczął u 
tego gospodarza, u którego mieszkali, obrządzać krowy, wyrzucać gnój, no i Niemka dawała 
mleko, ziemniaki, tak że jakoś dało się żyć. Potem dla Ludgarda była szansa dostania pracy 
na stacji Pajęczno-Biała. Dała Ania za moim pośrednictwem pięknie haftowany obrus i 
jeszcze tam coś. No i mąż dostał pracę, był wagowym na stacji. Siedemnaście tam 
wagonów zboża poszło do AK, do Generalnego Gubernatorstwa! Pracował tam aż do 
skończenia wojny, mieszkał blisko stacji, hodował króliki, tak że niczego im nie brakowało. 
Urodził się drugi syn, Jacek. W 1943 roku ja bryczką zawiozłam obydwu chłopców do 
Sulmierzyc pod granicę Gubernatorstwa, do chrztu, bo tam jeszcze kościoła nie zamknęli — 
19 kilometrów. Mały Jędrek zachował się dziarsko, aż ksiądz się śmiał, bo usiadł na 
stopniach ołtarza i pałaszował bułkę. Ja dopiero dowiedziałam się po wojnie, że wówczas, 
pod siedzeniem' wieźliśmy broń dla AK i dobrze, że o tym nie wiedziałam, bo nie 
przeżywałam strachu. Nadzieją żyliśmy wszyscy, że wojna skończy się szybko, jak Rosja 
wystąpiła przeciw Niemcom. Raz byłam sama w domu u tego Niemca, nastawiłam radio na 
Wolną Europę, a potem z koleżanką zaczęłyśmy śpiewać nasze polskie piosenki 
partyzanckie. Do ogrodu przybiegło dużo dzieciaków i słuchały. 
Raz było przyjęcie, zjechała cała śmietanka z Wielunia, wszystko się popiło od wina. Żona 
starosty upatrzyła mnie sobie, bo ona nie umiała tak przyrządzić potraw i podać jak ja i stało 
się. Zabrano mnie do Wielunia. Tam uczyłam się mówić na nowo, bo w Siemkowicach 
mówiono gwarą, a w Wieluniu językiem literackim, czyli ​hoh-dojcz​. Było tam troje dzieci 8 lat, 5 
lat i 2 lata. Pracy miałam bardzo dużo, ale było nas dwie. Pani domu była alkoholiczką, to 
nie raz były sceny drastyczne. Dostałam raz w twarz od niej, że odmówiłam pracy w 
ogrodzie w niedzielę. Powiedziałam, że jestem katoliczką i tę pracę spokojnie zrobię w 
tygodniu. Potem dała mi spokój. Dzieci bardzo mnie lubiły i dzięki nim nauczyłam się szybko 
języka niemieckiego. Już w 1944 roku zaczęli Niemcy kopać okopy. Dziewczyna, która ze 
mną pracowała, została odesłana do kopania okopów. Zostałam sama, było mi bardzo 
ciężko samej i dodatkowo w niedzielę trzeba było iść do kopania okopów. 
Niemcy — żołnierze i szarża, zaczęli dezerterować z wojska. Nie raz żandarmi byli 
podejmowani przez landrat, ale mnie nigdy nie puszczono do pokoju. Transportowano ich do 
Wrocławia. Zbliżał się rok 1945. Jest 17 styczeń, mróz 20 stopni. Uszykowano ogromny wóz 
parokonny, załadowano rzeczy, żywność i całą rodzinę: troje dzieci, dziadkowie, którzy 
przyjechali po zbombardowaniu Berlina z niczym i ja. Po ujechaniu 7 kilometrów, w 
ogromnym tłoku uciekinierów, na ulicy, uciekliśmy przed Rosjanami. Zeszłam z wozu, 
zagubiłam się w tłumie, potem weszłam we wsi w podwórka, a tam mieszkała moja 
koleżanka ze szkoły rolniczej. Tam przeczekałam dzień i noc w ukryciu i potem wracałam z 
powrotem do Wielunia. Założyłam na szyję różaniec, przeżegnałam się i w drogę. Musiałam 
iść poboczami drogi, bo środkiem szło wojsko rosyjskie. Porozbijane na drodze wozy, 
samochody w rowach, trupy. Rozbity był samochód Landrata — starosty i on tam był zabity. 
Jak przyszłam do Wielunia, poszłam do mojej koleżanki, z którą często się widywałam. Jej 
nie było, bo jej ojciec odesłał ją na wieś. Rosjanie gwałcili dziewczęta. Jak zobaczył mnie 
ojciec Irki, to uściskał mnie i przedstawił Rosjanom, którzy u niego nocowali, jako swoją 
żonę, aby w ten sposób ratować mnie od tej hordy. Na następny dzień szłam dalej pieszo 40 
kilometrów. Z Wielunia do Siemkowic i do domu. Straszne to było. Ciągle szło wojsko 
rosyjskie, już na rozkaz sołtysów zwożono do wspólnych mogił trupy. Mróz był około 15 
stopni. Poodrąbywane, zmarznięte szkielety człowiecze sterczały na wozach, jak te krzyże, 
które Hitler kazał usunąć z rozdroży dróg polskich. Ten widok do dziś mam w pamięci. 
Różaniec był moim wielkim talizmanem, bo szczęśliwie wróciłam do domu pod wieczór. 
Rodzina była już w komplecie na swoim gospodarstwie, bo Niemcy uciekli. 
Przez 6 tygodni trwały walki o Wrocław. Odgłosy dział było u nas słychać jak odległe 
grzmoty. Nocami szli całymi sznurami niemieccy żołnierze w stronę Wrocławia. Zziębnięci i 
głodni zamarzali w lesie. Jak zmęczony zasnął, to już został. To była zima bardzo mroźna, 
śnieżna, trudna do przetrwania. Ludzie wygłodzeni, nieubrani, bo przecież wszystko było na 
kartki dla Polaków, marmolada z brukwi, jabłek — spadów, słodzona sacharyną. Nawet do 
chleba mielony był papier, plewy. Kawy czy herbaty to w ogóle nie można było dostać. Tarło 
się marchewkę i suszyło, potem lekko się rumieniło na patelni, kroiło drobno ususzone 
obierki z jabłek, owoc dzikiej róży, kwiat lipy, kwiat malwy i to była herbata, ale najczęściej 
piło się kawę zbożową. To była palona mieszanka zbóż, cykorii i żołędzi. Najważniejsze było 
jednak to, że szczęśliwie wszyscy przeżyli i jak ptaki wrócili do gniazda. 
Był taki majątek w 
 
Kiełczygłowie, którym zarządzał Szwajcar, nazwisko Paszke. Niemcy uważali go za swojego. 
Bardzo dużo Polaków uratował, dzięki zatrudnieniu ich w majątku. To byli nauczyciele i różni 
ludzie z inteligencji. Jak weszli Rosjanie, to chcieli go rozstrzelać, jednak wszyscy ludzie — 
Polacy, otoczyli go i obronili. Zaczęto organizować nową władzę, ale nic jeszcze nie było 
pewne. Dopiero 5 maja 1945 nastąpił upadek III Rzeszy. Zaczęło wracać wojsko rosyjskie. Z 
Niemiec Rosjanie pędzili całe stada bydła. To były piękne, rasowe, mleczne krowy. Polacy 
sprytni, jak się komuś udało, to za bimber czasem kupił jakąś tam sztukę. Z tego bydła mało 
dotarło do Rosji, bo niedojone krowy chorowały na zapalenie wymion i padały po drodze. 
Tak samo były rabowane z Polski różne maszyny fabryczne i zostały puste szkielety. 
Warszawa, Gdańsk i Wrocław, to było jedno wielkie gruzowisko. Już po ogłoszeniu pokoju 
zaczęły kursować pociągi. 
Pojechałam razem z kolegą na szaber na Śląsk. Opuszczone były całe miasta, nikt przecież 
nie wysiedlał Niemców, ale oni dobrowolnie opuszczali swoje osiedla, po prostu bali się 
zemsty za to, co uczynili. Nikt przecież nad nimi nie stał z bronią, tak jak ich żandarmowi. Na 
miejsce tych Niemców przybyli Polacy ze Lwowa, Białorusi, z Rosji i to było dziwne 
przetasowanie się ludzi, tak jak w grze w karty. Jaka to gra będzie, czas pokaże. Ludgard 
wyjechał na zachód, tam wynalazł młyn z gospodarstwem, no i całą rodziną wyjechali. Na 
prośbę mamy ja i Zosia też z nimi wyjechaliśmy. Ojciec dał krowę, świniaki, kury i z całym 
majdanem dojechaliśmy. Niemcy jeszcze tam byli, ale po jakimś czasie wyjechali. Dzieciaki 
rosły, jedynie na odgłos samolotu chowały się w krzaki. Najwięcej krzyczał Jędrek: „Chowaj 
się, bo będą strzelać!" Tak to dziecko przeżywało bombardowanie, którego doświadczyło,
gdy miało 4 latka. Marysia była słabszym dzieckiem, więcej chorowała. 
Przechorowała szkarlatynę i  potem zapalenie ucha. Była w szpitalu w Gliwicach 
i wtedy także mama miała operację oka na kataraktę. Była bardzo szczęśliwa, 
bo potem dobrze widziała.
Do roku 1948 mieszkaliśmy w Mostach, ale jakoś Ludgardowi się nie układało z władzą,
po prostu były Akowiec, nie pasował im — czyli komunie. Wyjechaliśmy na Żuławy. 
Tu było różnie, za co się chwycił to wszędzie „kłody pod nogi". Potem wziął się 
za malowanie mieszkań, wyprowadził się do Stegny i tak się to skończyło. 
Dzieci szczęśliwie o własnych siłach  wykształciły się i wyszły na porządnych ludzi.
Ja w 1950 roku wyszłam za mąż. Pracowałam w księgowości w Gminnej Spółdzielni. 
 
Dalszą historię już znacie.