Wywiad z panią Kazimierą Długołęcką


Klub Nowodworski: Skąd Pani pochodzi?

Kazimiera Długołęcka: Urodziłam się w powiecie wieluńskim, województwie łódzkim. Urodziłam się w Siemkowicach 14 lutego 1919 roku. Moja mama nazywała się Jadwiga Szlenk, a tata Stanisław Ryś. Miałam dwie siostry i brata. Siostra jedna była Franciszka Rakowska, a druga Zofia Augustyn. Brat nazywał się Roman Ryś i urodził się w 1910 roku. Franciszka była ode mnie 10 lat starsza, a Zofia o 6 lat. W Sosnowcu ukończyłam trzyletnią szkołę zawodową krawiecką - trzyletnią i miałam iść dalej się uczyć jeszcze, ale wojna wybuchła i już ta wojna wszystko przerwała, bo zostaliśmy wysiedleni z gospodarstwa i już nie było warunków. Jak to mówią, już wtedy cała rodzina została rozerwana. Na naszym gospodarstwie od siódmego roku życia musiałam te gęsi pilnować i paść. Wypędzało się je na pastwiska. Jakiś kilometr trzeba było iść. W szmatkę lnianą zawinęła mi mama kawałek chleba, posmarowany masłem i w nim dołek zrobiony, a w środek włożone trochę sera i to była moja potrawa. A moje gęsi tak mnie raz obsiadły i ten chleb zjadły.

KN: Proszę opowiedzieć, co się działo z Panią w czasie wojny.

KD: Jak zostaliśmy wysiedleni, to ja pracowałam u Niemca. Musiałam pracować. Ta cała gospodyni była alkoholiczką, a na mojej głowie było prowadzenie całego gospodarstwa, to znaczy się kuchnia, 10 świń, 8 krów do wydojenia no i gospodarzenie, kucharzenie wszystko.

KN: Daleko od domu Panią zabrali?

KD: Nie, na początku pracowałam w Siemkowicach. A później, jak było przyjęcie u tego Niemca i ta Niemka zobaczyła, jak ja to wszystko mam zorganizowane i potrafię robić, to wzięła mnie do Wielunia i byłam u starosty. Tak jak mówiłam gospodyni zawsze była pod brałszem. Trójka dzieci była na mojej głowie. Do tego całe gospodarstwo: gotowanie, pranie, przecież paranie nie było takie jak dziś w pralce, tylko trzeba było ręcznie na tarze…

Jak się wojna skończyła to ci Niemcy uciekali i taki olbrzymi wóz załadowaliśmy rzeczami i trójka dzieci była i dziadkowie , do tego jeszcze my – służba – nas ten na ten wóz konny wsadzili i uciekamy. Siedem kilometrów pojechaliśmy i ten woźnica - to był Polak – mówi: „Podkowy się koniom rozkuły”. No to zjechał na bok i poszedł te konie podkuć, to już się opóźniło trochę. Ujechaliśmy jakieś 7 km jeszcze, bo to było 13 km za Wieluniem i ja wiedziałam, że mam tam w okolicy koleżankę. Więc jak żeśmy już tam dojeżdżali, to mówię do tej Niemki babki, że mi tak nogi zmarzły, bo to był styczeń 20 stopni mrozu i mówię, że muszą mi się nogi rozgrzać i zaczęłam pieszo iść. A tam szły tłumy ludzi, całe drogi zapakowane wozami, bo to Niemcy uciekali przed Rosjanami i ja po prostu się zgubiłam celowo pomiędzy nimi. Poszłam do domu koleżanki i u niej przeczekałam dwie noce. Później, wracając, to już szłam tylko rowami, po boku, bo drogi były ruskimi zapakowane, pełno Rosjan jechało. Bałam się, bo gwałcili kobiety. Po drodze weszłam jeszcze do tego domu niemieckiego, w którym służyłam. Widziałam, że w piwnicy wszystko było porozbijane. Miałam tam mnóstwo półek, a wszystkie zapełnione wekami na zimę. Nie uwierzy pani, wszystko było porozbijane. Ruski to zrobili. Nie umieli ich otworzyć, porozbijali i powyjadali, co się da. I mówię: „Boże kochany, tyle zostało z mojej pracy!” Takie są wspomnienia, ale to już, jak to mówią, zaciera się i człowiek nie pamięta . Doszłam jakoś szczęśliwie do Wielunia, nikt mnie nie zaczepił. Sama jedna z różańcem za szyi, bo różaniec założyłam, bo mówię: „Matka Boża mnie uchroni”. No i tak doszłam do Wielunia.

KN: Po wojnie wszyscy wróciliście na swoje gospodarstwo?

KD: Tak, wróciliśmy wszyscy. Ale nie było nic, cztery ściany i nic więcej, ani inwentarza , ani nic nie było, bo wszystko Rosjanie zabierali. To panie widziały taki film, jak Rosjanie pędzą te stada krów, bo to im się wszystko podobało. To już jest historia. Ale cóż, myśmy trafili z powrotem na to swoje  gospodarstwo. Gdzieś tam ojciec za litr wódki wycyganił jakąś krowinę, potem konia, no i tak się zaczynało z powrotem gospodarzyć.

KN: Dlaczego przyjechała Pani na Żuławy?

KD: W czasie wojny pracował tu mój szwagier - mąż siostry. Był celnikiem w Szymankowie. Nazywał się Ludgard Rakowski, jest tam w Szymankowie nawet jego tablica. Po wojnie tu wrócił i zamieszkał w Nowym Dworze. W domu n obecnej ulicy Sikorskiego, w starym domu naprzeciwko domu towarowego, gdzie dziś na dole jest obuwniczy, a dawniej na górze był fotograf. Jego syn, Jacek Rakowski, był architektem i pracował tu w gminie. Ludgard mnie namówił i przyjechałam w 1948 roku. Byłam młoda wtedy, jechaliśmy autobusem, takim wojskowym, gdzie tylko u góry okieneczko było, a tak to plandeką był nakryty. Rozśpiewani jechaliśmy, piosenki takie powstańcze śpiewaliśmy, chociaż zakazane były, bo to przecież UB… Rozśpiewana brać była, a ja byłam młoda...Od Gdańska do Nowego Dworu to ta droga szła jak taka jedna wstęga wśród trzcin zarośniętych. Zarośnięte było wszystko trzcinami i zalane wodą. Jak tu przyjechaliśmy, to 2 dni w tygodniu - sobota i niedziela - nie obchodziło ich, czy ma się dzieci, czy nie, musiałam nająć kogoś do dzieci, żeby się opiekowali, a ja szłam trzciny wycinać. Musieliśmy ręcznie te wszystkie trzciny wycinać, żeby Żuławy użyźnić i uprawić. Takie były tu powojenne początki Nowego Dworu. Na początku mi się tu nie podobało przez te trzciny. Dopiero później, zaczęły się uprawy i to już życie inne się zrobiło.

KN: Gdzie Pani zamieszkała po przyjeździe do miasta?

KD: Najpierw w ceglanym domku na obecnej ulicy Krótkiej. Wtedy już w 1949 organizował się w Nowym Dworze Cech Rzemiosł Różnych i zaczęłam tam pracować jako księgowa. Bo wie Pani, ja dobra w rachunkach byłam, chociaż rachunkowości nie kończyłam, ale w tej szkole krawieckiej miałam świetnego matematyka. Wszystkie rachunki miałam w jednym paluszku. Miała propozycję nawet, by iść do powiatu do finansów, ale mój mąż był bardzo zazdrosny i po prostu nie wypuszczał mnie z domu. Miałam dzieci wychowywać i to wszystko.

KN: Jak poznała Pani męża?

KD: Prowadziłam też rachunki w masarni. A mój mąż wtedy tam pracował i tak się poznaliśmy. Na randki nie chodziliśmy, po prostu spotykaliśmy się w pracy i potem wzięliśmy ślub. Podobał mi się, był przystojny. O, widzi Pani na zdjęciu… Ślub wzięliśmy w lutym 1950. Mieszkaliśmy razem na Krótkiej, ale potem walizka mięsa załatwiła sprawę i dostaliśmy to mieszkanie na Kościuszki. Wcześniej tu mieszkał burmistrz, tyle że w całym domu. A przed wojną podobno był to dom dentysty. Teraz jest on podzielony na pół dla dwóch rodzin. Najpierw dostaliśmy taki przydział od miasta, ale potem sprzedawali, bo nie mieli pieniędzy na remonty.

KN: Mówiła Pani, że mąż był bardzo zazdrosny…

KD: Bardzo, nie dał mi pracować w tej księgowości. I wtedy w 1956 założyłam zakład krawiecki, i uczennice miałam, i w domu szyłam, i opiekowałam się dziećmi. Zakład dobrze prosperował, uczennice zdawały potem egzaminy czeladnicze. Mam dwoje dzieci: córkę i syna. Córkę urodziłam w 1950 roku a syna dwa lata później. Syn się wyuczył na lekarza i jest ordynatorem na wydziale położniczo-ginekologicznym, a córka został w Nowym Dworze. Ale już ponad 40 lat jestem wdową. Mąż umarł w 1973 roku.


KN: Czy jakieś szczególne zwyczaje przyniosła Pani na Żuławy z rodzinnych stron?

KD: W ostatki to musiały być pączki, a na Wigilia to musiało być 9 lub 11 potraw. Zawsze nieparzyście. Gotowałam kapuśniak, czyli zupę z kwaszonej kapusty, ale musiała być czyściutka, bez żadnej kapusty, tylko sama ta kwaśnica zagotowana. Gotowałam też grzybową i żurek. Wszystkie zupy na Wigilię. Ponadto musiała być kapusta z grzybami i ryba jakaś. Zazwyczaj już na Żuławach był to karp albo pstrąg, ale najczęściej to karpie. Jak ja karpia przyrządziłam, to jak to mówią, paluszki lizać. Robiłam też dużo przetworów: kapustę zawsze kisiłam sama na zimę w słoikach, buraczki i inne warzywa, tak, żebym nie musiała chodzić do sklepu. Robiłam też ogórkową i szczawiową.

KN: Skąd miała Pani produkty?

KD: Cały ten plac za oknem, aż tam do sąsiadów, to był mój ogród, były tam drzewa. Po Niemcach zostało dziesięć drzew owocowych: jabłonie, gruszy i śliwy. Reszta przeze mnie sadzone. Ja tu miałam zawsze około 100 kg wiśni. Jak zabrali ogród, to ludzie powycinali te drzewa i nic już nie ma. A do dziś by owocowały... To były bardzo dobre gatunki: szara reneta, złota reneta, kosztele, grusza bergamotka.


KN: Jak spędzaliście wolny czas?

KD: Jeździliśmy na przykład nad morze do Stegny pociągiem. Na plaże żeśmy jeździli, ale trzeba było wszystkie tobołki zabrać, bo przecież nie było tam nic. Kobiety tu z Nowego Dworu kapusty naszatkowały, nagotowały bigosu i z tym jeździły na plażę i handlowały.
Do picia to braliśmy swoje, jakieś kompoty albo naleweczkę. Ja sobie sama robiłam nalewki owocowe. Zasypywałam owoc cukrem i jak już puściło dobrze sok, to zalewałam to wódką czy spirytusem, potem postało, odlewałam i było.

KN: Jak układało się Pani z sąsiadami, żyła pani z nimi w zgodzie?

KD: Tak, zawsze w zgodzie, szczególnie z tymi najbliższymi. Tu za ściana miałam dobrą sąsiadkę, potem też inną, z tamtej strony. Z nią to zawsze żeśmy razem na grzyby chodziły, na jagody różne zbierać.

KN: Czy czuje się pani Żuławianką?

KD: Człowiek się przyzwyczaja, tu stworzyłam swój dom i teraz czuję. Jak się założy rodzinę, jeśli warunki są możliwe, to swój świat można stworzyć. Mnie się tu dobrze żyło. I są takie rzeczy wyjątkowe, jak na przykład połączenia wodne. A sama ta nasza rzeka Tuga, przecież tworzy piękno, jest gdzie wyjść, jest gdzie popatrzeć. Dawniej często pływałam w Tudze, chodziłam nad rzekę z dziećmi, jakieś trzy kilometry za miasto w stronę Żelichowa. Tam jest bardzo ładny rozlew Tugi i można się pokąpać.

KN: Co przekazałaby Pani młodemu pokoleniu?

KD: Żeby strzegli wolności Polski, jak największego skarbu, bo jednak w wolnym państwie to można żyć w biedzie i w rozkoszy i we wszystkim, a w niewoli to już nic. Żeby bronić wolności, jak największego skarbu.


Wywiad przeprowadziły: Ewelina Kujawska, Dagmara Palińska, Marzena Bernacka-Basek

 

Rodzinne wspomnienia Kazimiery Długołęckiej

Wiersz Kazimiery Długołęckiej