Wywiad z Panem Antonim Głowackim

Antoni Głowacki: Chciałem to nadmienić, że za dużo się ode mnie nie dowiecie, bo ja przyjechałem późno, w 1954 roku, a osiedleńcy przyjeżdżali tu już w 1946. Nasilenie było w latach 50-tych. Ja później, bo musiałem wszystko zobaczyć, czy jest po co, czy jest możność. Tu był mój brat, który pod koniec 1946 roku się osiedlił. Ale często przyjeżdżałem zobaczyć jak to wygląda, jak tu się żyje. Zauważyłem, że tutaj jest ziemia żytnia, kartoflana i tu jest dostatek, brat miał wszystko. W ogóle - inne warunki.

Klub Nowodworski: I dlatego przyjechał Pan na Żuławy?

AG: Tak. Ja tamtego się wyrzekłem. Chciałem przyjechać wcześniej, ale w tym czasie byłem sołtysem w mojej kolonii i gmina nie chciała mnie puścić, ale brat był przewodniczącym spółdzielni produkcyjnej.

KN: Co Pan robił po przyjeździe na Żuławy?

AG: W tym czasie jak ja przyjechałem, to już był koniec osiedlania. Już w ten czas ziemia się liczyła. Jak się przybyło to oni każdemu przydzielali 6,5 ha. To było bezpłatne i jak przyjechałem, to włożyłem to do spółdzielni. Przywiozłem tu nie za dużo, bo dwie rodziny w wagonie jechały, więc nie było miejsca. Wolno było zabrać jak najmniej. Przywiozłem jednego konia, jedną krowę, chyba z cielakiem, jedną świnię z prosiakami, jedną owcę z dwoma jagniętami, bo nie było miejsca i rzeczy gospodarcze - te domowe. Do pola nic się nie brało, pługa czy brony. Jak przyjechałem to były takie trochę zalane pola, tam gdzie było niżej, tam woda dopiero wsiąkała. A jak przyjeżdżałem jeszcze do brata, to z Kmiecina czy z Solnicy łódką do Nowego Dworu można było dopłynąć. A jak woda opadała, to tam, gdzie niższe miejsce, ryby się roiły. Ludzie żywili się rybami, ptactwem, bo tego było dużo tam, gdzie trzciny powyrastały. Kto tu był, miał krowy, to jak je wygnał i na konia siadał, to widział gdzie trzcina się ruszała, bo ja to widziałem, jak przyjeżdżałem do brata. Z biegiem czasu ziemia się osuszała.

KN: Jak wyglądała podróż?

AG: Wagon był przydzielony. Dostaliśmy 9 zł na dobę dla każdego członka rodziny na życie, a jechaliśmy 3 doby: ja moja mama Paulina i brat. Żona Janina i córka Wiesława oraz synowie z pierwszego małżeństwa – Henryk i Czesław – później dojechali do nas pociągiem osobowym.

KN: Jak Pan poznał żonę?

AG: Jak? Przez kładkę tylko przechodziłem i kawałek lasu. Z jednej parafii, w sąsiedniej wiosce mieszkała. Zanim słonko zajdzie, jedno drugie znajdzie. Wzięliśmy ślub w 1948, ale szybko wdowcem zostałem, bo pierwsza żona, Marianna, była ranna w rękę od miny. Więc z jej siostrą się ożeniłem w 1953 roku. Tak rodzina zarządziła na pogrzebie, żeby dzieci były u cioci. Z resztą, po co ja miałbym brać obcą kobietę?

KN: Jakie były Pana pierwsze wrażenia po przyjeździe na Żuławy?

AG: Ja miałem jedno wrażenie. Bo jakbym miał dwa, to bym tu wcale nie przyjechał. To wrażenie było takie, żeby przyjechać. Jak się wyjeżdżało, to sąsiedzi pytali: „Gdzie jedziesz? Tam ci głowę urżną”. A ja mówię: „A tutaj to nie urżną? I tu przyjdą, i urżną”. Tutaj przyjechałem i było dobrze, krowy miały dobytek, człowiek miał zawsze zajęcie. Tam przyszła wiosna to człowiek z kosą, grabiami, motyką. A tu jednakże od maszyn się zaczęło, w spółdzielni. Lżejsza robota, lepszy wydatek, ale wszystko praca. Bez pracy nie ma kołaczy.     Ciężko zawsze było. Pierwsze było ciężkie życie rodziców w lubelskim. Przyszły mokre lata, co posadzili w ziemi, wszystko gniło. I ludzie zaczęli masowo wyjeżdżać. I ojciec zabrał rodzinę do Szczepankowa, w łomżyńskim.

Nas było ośmiu braci, tata dziewiąty jeszcze w sile wieku, nawet może najmocniejszy. Do tego jeszcze 5 koni. Ci starsi jechali z lubelskiego w łomżyńskie wozami, w dwa wozy drabiniaste. Ładowali wszystko na dwa wozy i jechali końmi, jeden koń był, w razie który zasłabnie, jechali tak chyba 3 czy 4 dni. To było ponad 200 km. Jechali bez żadnego kłopotu, bo było zarządzenie, w ten czas ludzie przesiedlali się po I wojnie, był ruch, także konie, krowy można było paść w zbożu urodzajnym, jeżeli gdzieś nie było łąk, tylko, że się zgłaszało do gmin. I gmina pokrywała koszty gospodarzom. Staraliśmy się, żeby nie zboże, jakieś takie zielonki.

I przyjechaliśmy na tę karpinę w łomżyńskim. To pamiętam, że myśmy zbierali tam, wycinali, co trzeba. Drobne my dzieciaki byli, ja miałem 5-6 lat. Na kupę zbieraliśmy drobne i grubsze i wtedy to palili, później te karpiny trzeba było obkopać szpadlem naokoło, korzenie pierwsze podciąć, drąg mocny, para koni i wykręcało się. Było z tym roboty, żeby potem zaorać. Specjalnie ojciec drugi pług kupił!

Ale tu, na Żuławach, ziemia żytnia, kartoflana, popatrzyłem, inne będzie życie.

KN: Jak wyglądała praca?

AG: Dobrze. A jak miała wyglądać? Nie było maszyn jak należy, jak teraz. Ale ziemia nie była ugnieciona, utłuczona, To się robiło końmi. Nareszcie ciągnik spółdzielnia kupiła, takiego bociana. Pierwsze co były, takie duże. Po roku go jakoś kupili, bo jeszcze pamiętam jak końmi oraliśmy. W 1957 spółdzielnia się rozwiązała. A nie była duża, 9 członków, wszystko zgrane, pracowite chłopy. Praca była podzielona na dniówki. Jednego dnia wykonać tyle i tyle brony czy orki, czy jakieś koszenie albo 1 ha zasiać. Wszystko było zapisywane i jesienią, jeżeli ktoś potrzebował, to dostał przedpłatę, a później, ile kosztowała dniówka, wyliczyli wg tego i dawali pieniądze. Jak spółdzielnia się rozwiązała, to każdy swoją ziemię, swój sprzęt. Ja zabrałem swojego konia i krowę. Chcieliśmy już sami. Uprawiałem buraki pastewne, ale mało. Lepiej było więcej cukrowych, bo jak tęga zima, to liście i wytłoki można było krowom dać. Lnu się tak nie siało, a jak kawałek raz zasiałem, to ludzie się dziwili, co to jest. Rzepak, jęczmień, pszenicę przede wszystkim, a na żyto i owies za ciężka ziemia była.

KN: Czy miał Pan sad?

AG: Tu nie było żadnych przedwojennych drzew. Wszystko ja z bratem sadziłem, jabłonie, grusze, śliwki. Suszyło się owoce, kompoty robiło.

KN: Jak wyglądał dom, w którym zamieszkaliście?

AG: Ten dom, co był dla mnie przeznaczony na końcu wioski, to przyjechał do spółdzielni zza Łomży kuzyn i on w nim zamieszkał, a ja przyjechałem później i mieszkałem tu. To był duży drewniany dom, podwójny. Jak tu przyjechałem nawet płotu nie było, pustka. Ogrodziłem się, to człowiek już się czuł na swoim. Dom był szeroki, były schody wysoko i były puste mieszkania. Bo to było puste po froncie. Był też piec. Wymalowałem go, w piekarniczek szkło włożyłem. Piękny był. Na 1,5 metra długi, 1 metr szeroki, bardzo się dobrze w nim piekło. Chleb i wszystko sami piekliśmy w tym piekarniku. Do młyna w Nowej  Kościelnej się jeździło.  W 1962 r. zburzyłem dom razem z piecem. I dom postawiłem nowy.  Zacząłem budować 2 sierpnia, a na Boże Narodzenie już się wprowadzaliśmy do kuchni i jednego pokoju.

KN: Dlaczego nowy dom? W starym źle się mieszkało?

AG: A co? Mieliśmy mieszkać w starym razem z myszami, pająkami i próchnem, najgorzej? To był podwójny dom, w drugiej części mieszkał mój brat, miał 24 m długości. Ten powstał na fundamentach starego, a brat wybudował sobie nowy obok. Tutaj są poniemieckie fundamenty, 70-80 cm z kamienia. A pod fundamentem są bele. Co pół metra jest położona bela.

KN: A  gdy ten dom był rozbierany, znalazł Pan jakieś skarby?

AG: Myślałem, że tak. Gdy kopałem pod komin, żeby potem betonem zalać, ponad metr w jedną, w druga stronę, tak, że wszedłem do środka. Kopię, kopię i kopię, aż tu mi woda sięga. To wszystko stoi na tych belach, Nagle, patrzę, szpadlem tłukę - drzewo? Wołam żonę, że coś mamy, skrzynkę jakąś. Kopię, kopię, a taki kawałek drzewa, czarnego od ziemi i wody. Nie można było siekierą obciąć. A ja to szerzej i głębiej obkopałem, ale nie szło tego wyjąć. Betonem zalane. Te domy były stawiane na takich grubych belach.

KN: Czy jeździł Pan do Nowego Dworu?

AG: Oczywiście, wszystko było w Nowym Dworze. W GS-ie były maszyny, nawozy. Do banku jeździłem bardzo często. W 1954 r., jak ja przyjechałem, to jeszcze Nowy Dwór był trochę głuchy. Na początku, jak nie było gumowców, to kupiłem taki wysoki wóz na żelaznych kołach, taki szeroki, bo polskie wozy to wąskie, a ten był szerszy. Te koła żelazne były mocne, nie do zdarcia. Jak się budowałem, to pamiętam, mówię: „Jedź Jasiu, kup wapna tyle, ile Ci dadzą”- bo to takie czasy były. Budowali się ludzie, to były przydziały. To on mi na tym wozie 4 tony wapna przywiózł. Jak ktoś potrzebował, to co wóz miał stać? Pożyczałem go sąsiadom. Przed wojną i po wojnie, a zwłaszcza w czasie wojny to była ta miłość, współpraca. znajomy, nieznajomy przyszedł - każdy każdemu starał się pomóc. Nawet w czasie wojny byli szpicle, ale jak był, to wszyscy wiedzieli kto. Ale przypuszczalnie, jeden drugiego starał się ukryć, starał się pomóc po cichu, a teraz jeden drugiego w łyżce wody by utopił i zabrał tylko dla siebie.

KN: Jak się żyło z sąsiadami?

AG: Dobrze. Ja byłem w spółdzielni, ale ten co nie był, jak my coś robiliśmy, to przyszedł i pomógł, np. wywieźć gnój. Jemu się też pomogło. Nie podliczali, co do grosza. Jak był ten pierwszy ciągnik Zetor w spółdzielni, to dzień i noc orał, wymienialiśmy się i pomagaliśmy sąsiadom. A dzisiaj przeważnie każdy ma ciągnik i czasem niektórzy roboty nie zrobią. Ziemia cięższa, suszona. Teraz tym zetorem nic by nie zrobił.

Córka: Jak my tu budowaliśmy dom w 1962 r., to mieszkaliśmy u sąsiadów. Bardzo mili państwo. Parę miesięcy u nich mieszkaliśmy.

KN: Jakie tutaj były drogi?

AG: Po drogach polnych w ogóle nie można było przejść. Krowa jak czasem szła, to się przekręciła i do rowu wpadła. Błoto po kolana. Dobrze, że miałem ten wysoki wóz. Żeby jeździć do kościoła, to zrobiłem taką bryczkę.

KN: Co mógłby Pan powiedzieć o Nowym Dworze w latach 50, 60?

AG: Nowy Dwór był taki, że jak się z jednej strony spojrzało, to miejscami na drugą stronę zajrzałeś. Były ulice, te starsze domy. Niektórych ulic nie było. Była na Stegnę droga, na Marzęcino. Teraz się rozbudowało, tak jak Kmiecin. Jak przyjechałem, to domy można było policzyć na palcach jednej ręki. Teraz jest więcej. Tam, gdzie budował się bank spółdzielczy, teraz plac Wolności, było kilka domów. Tam len i rzepak skupywali, olejarnia stała. Jeździłem do Nowego Dworu, znalazłem coś, co było potrzebne i kupiłem.

KN: W jakich sklepach?

AG: Na przykład w sklepie żelaznym, tam można było znaleźć wszystko. Tam się kupowało pług, bronę. A później wybudowany został GS, tu gdzie się wjeżdża do Nowego Dworu, te pierwsze budynki, gdzie jest zajezdnia kolejek, po drugiej stronie. Tam sprowadzali większe rzeczy. Po drzewo jeździłem do Elbląga, później była składnica na ul. Polnej.

KN: A gdzie była mleczarnia?

AG: Mleczarnia była w Kmiecinie. Później wybudowali tę w Nowym Dworze. Tam robili takie okrągłe sery. A w domu się robiło twarogi tylko.

KN: Gdzie można było kupić zwierzęta?

AG: Część się kupowało, a część sama się ulęgła. Najpierw kupiłem świnię zarodówkę w Malborku, bo tam był spęd. I z tych świń miałem hodowlę. A później w Nowym Dworze można było dostać zwierzęta. Albo przyjeżdżali na podwórko. Pamiętam jak kupiłem tę pierwszą maciorę, to 12 loszek miała. Cztery z nich odpadły, więc uchowało się osiem loszek reprodukcyjnych. Pamiętam, że premię dostałem i dobrze zapłacili. Chęci nabrałem i szło dalej. Po owce jeździłem z zootechnikiem do Waplewa. Owce się hodowało na wełnę. To tylko nos był czysty i nogi od kolan, a reszta wełna. Bo to były kenty (rasa owiec). Jeszcze były merynosy, ale kenty lepsze, bo spokojniejsze.

Jak ja przyjechałem, to ludzie się polem zajmowali a nie sklepami. Człowiek chował tyle, co musiał. Najpierw trzeba było w polu zrobić, dach naprawić. Do kolan były koleiny. Jak PGR miał ciągniki, pole mieli poza tą drogą, to jeździli, gdzie się dało. Na na niektóre drogi sami gruzu nawieźli, bo na kołdunie utknął. Różnie to było. Bez pracy nie ma kołaczy.

KN: Co jadaliście?

AG: Wszystko, co się dało. Był ogród, a tam: kapusta, fasola, wszystko się siało. Ci pierwsi, co tu przyjechali, to do garnka wkładali to, co się znalazło w tych rogożach i trzcinach: ryba jakaś, dzikie kaczki, gęsi. A my to już mieliśmy trochę swoich produktów.

KN: A w niedzielę, na obiad...?

AG: Kartofle, kartofle i żur, to polskiego obiadu wzór. A do tego kawał łydki, bo teraz to frytki. Wszystko się jadło swoje, świnie, kury były, ale nie mieliśmy kaczek czy gęsi, bo tu wody blisko nie było. Był tylko rów koło kościoła. A jak ktoś miał kaczki lub gęsi i poszedł na te łąki, musiał jeszcze za dnia spędzać z rowu, bo lisy krążyły.

EK: Jakie jest Pana ulubione ciasto?

AG: Moje ulubione ciasto to drożdżowe. Najbardziej mi smakowało. Ale zawsze potrzebny był nóż, bo zębami się nie dało ugryźć. Jak statek, blacha wysoka, to ciasto jeszcze raz tyle urosło. Jajkiem po wierzchu, to wtedy najlepiej. Makowce się też robiło, jak mak był siany. Czasem sialiśmy go bardzo dużo, bo się opłacało.

KN Pana ulubione danie to...?

AG: Każde lubię. Najlepsze takie, żeby za dużo czasu nie zajmowało i zębów nie połamało. Kartofle polane swojskim sosem z mąki, tłuszczu, do tego coś z ogrodu: sałata, buraczki, liście młode. Młode najlepsze, żona młoda też lepsza.

KN: Proszę opowiedzieć o Wigilii?

AG: Musiało być 12 postnych potraw: śledź, jajko, dania z ziemniaków, grzybki. Wszystko się liczyło: cukier, chleb, kapusta, fasolka, kompot z suszu, pierogi z twarogiem, kapustą. A trzynasty talerz dla wędrowca. Ja nie pomagałem w kuchni, bo tam tyle kobiet, bałem się, żeby wałkiem nie dostać. Jedynie mak kręciłem, to siostry i mama mówiły: ty wszystek wyjesz, zanim wykręcisz. To były takie doniczki gliniane - makutry, w nich się razem ucierało wałkiem cukier, wodę, mak, który wcześniej dobę leżał w wodzie, żeby był bardziej miękki. To były dobre czasy! A jakie to były dobre, Boże Bożyczku, najlepiej było żyć przy cycku... Nie robił, a karmili, jeszcze krzyczeli, że nie je.

KN: Jakie jest Pana najmilsze wspomnienie?

AG: Różnie było. Najmilsze to nawet nie było kiedy. Szkoła do 14. roku życia (1930), po szkole dużo roboty, a w domu trzeba pomóc. Jak do szkoły chodziłem, to mnie słonko nigdy nie budziło. Przy gospodarstwie jak się chce mieć wszystko zrobione, to niestety, a już bracia niektórzy żonaci byli. Ale dnie były dłuższe. Nawet w Sybilli: “Godziny policzone i dnie skrócone”- to sam czytałem. Trzeba było wstać rano, krowy napaść, przygnać do domu. Jak duża rosa, to pasło się w seradeli lub w koniczynie. Najeść się i 3 km do szkoły na 8.00. Należało przyjść na czas, bo ile minut było spóźnienia, tyle trzeba było klęczeć gołymi nogami na grochu. Nie wolno było krzyknąć, a jak ktoś się poskarżył, to w domu dostał lanie jeszcze. Każdy musiał umieć. Jak ktoś się nie nauczył wiersza na przykład, to musiał siedzieć po lekcjach dotąd, aż się nauczył. Do dziś pamiętam “Królowej anielskiej”! Dwie godziny siedziałem. Musiał się uczyć, bo inaczej w kącie laga stała. A nie jak dzisiaj. Po siedmiu klasach szkoły mógł być wójtem. Był wysoki poziom. Pamiętam rok czasu wprowadzili w oddziale szóstym iksy i ipsylony. Takie narzucili, a nawet nauczyciel się w tym gubił. Ale było podane i każdy się musiał nauczyć. Każdy musiał znać wszystkie stolice Europy, ile państwa mają mieszkańców, główne rzeki, pasma górskie, wyspy, półwyspy. Trzeba było wiedzieć, ile ludności jest w Ameryce czy Meksyku. Z historii i geografii to było kilka kartek do nauczenia się na pamięć. Niektóre informacje do tej pory pamiętam: Anglia już wtedy miała 45 mln mieszkańców, Niemcy 64, Polska 33, ZSRR 180.

KN: Jaki był Pana ulubiony przedmiot w szkole?

AG: Wszystkie lubiłem, ale najbardziej to chyba tę lagę (śmiech)! Historia była ciekawa, geografia, rachunki. Mój brat był nauczycielem, przed wojną był nawet inspektorem czy wizytatorem. Na wakacje przyjeżdżał do domu, był pod ruską granicą, w Perebrodach koło Pińska. Czasem mi dał jakąś książkę, wytłumaczył. Raz mi objaśniał rachunki, bo w szkole, żeby wykonać takie zadanie, trzeba było całą tablicę zapisać. Wynik się w rogu zaznaczało i jeszcze dalej pisać. Ja to umiałem, ale brat powiedział, że w szkole może mi zaszkodzić, a w domu tak mogę liczyć i było mi łatwiej. To już była siódma klasa. Nauczycielką rachunków była żona kierownika. A on uczył geografii i historii. Był wspaniałym nauczycielem. U niego się zawsze umiało. Jak zaczął o królu, to skończył na żebraku.

Pewnego dnia pani napisała na tablicy zadanie. Poszedł jeden i pisał, pisał, pisał. Całą tablicę już prawie zapisał. A ja do kolegi na ucho, że ja bym to zrobił inaczej. Ale pani to usłyszała. "Głowacki, coś ty powiedział?" Ja odpowiedziałem, że szkoda kredy i bałamuctwa, znam lepszy sposób. Ona się zdziwiła, rzuciła kredę koło tablicy i wyszła. Nasza szkoła mieściła się we wsi, poza kościołem wynajęty pokój. Szkoła była mała, więc tam chodziliśmy. Poszła tam do szkoły, do męża. Za chwilę wróciła ona zapłakana, mąż i kat szkolny, Michalczyk, a w ręku niósł lagę. Śmiali się ze mnie: „Chyba ty dostaniesz". „Ja nie wiem, czy dostanę, wytrzymam". Oni spokojnie, a ona krzyczała. Pan kierownik zapytał: „Co się stało, o co chodzi?". To ja powiedziałem, że pani zaczęła pisać zadanie na tablicy i koledze powiedziałem, że szkoda kredy i czasu, bo można to zrobić inaczej. Pan się zaciekawił, bo sam nie wiedział. Kazał mi podejść do tablicy i rozwiązać zadanie. Ja to szybko obliczyłem, pół tablicy zapisałem, wynik w rogu zapisałem. Oni zaskoczeni: „Skąd ty to wiesz?" Ja zapytałem, czy zna mojego brata, bo on już wtedy był nauczycielem i oni się znali. Do żony powiedział: „Wiedział, powiedział, daj mu spokój", a do mnie: „Słuchaj, czy nauczyciel uczy źle, czy dobrze, zachowaj to dla siebie. Zrób tak, jak ci jest wygodnie, ale na papierze musi być tak, jak on uczy". I na darmo tę lagę niósł.

Po szkole człowiek wracał do domu, a tam czekała robota na niego, bo nie było radia czy telewizora, to czasem młodzież się zeszła i też wesoło było. Nie to co teraz, każdy w kącie.

KN: Czym się zajmowała młodzież?

AG: Śpiewali, zagadki, fanty, zabawy, np. „budujemy mosty” to nawet starszych zapraszali. A jak były fanty, to jeden zbierał od każdego po fancie. I jak ten fant osądzić? Tak, żeby nie wygrał. A fant trzeba było odzyskać. Ja pewnego razu powiedziałem, że dotknę nogami sufitu. Wszyscy się śmiali, dobrze, że dziewczyna nie dostała takiego zadania! Jak to młodzież!Mówią do mnie: „Pokaż!” Wziąłem krzesło, obróciłem do góry nogami i przystawiłem do sufitu. Pytam się ich: „Co to, nogi? A oni, że tak. I tak to było.

Wybuchła wojna, przyszedł obowiązek Polaka. Była ochotnicza AK. Tam nie było poboru. A ochotnik więcej zrobi niż ten poborowy. Zawiązało się, a przy gospodarstwie przychodzą i mówią: „Rzuć wszystko. Pewnie chciałbyś do dziewczyny lecieć? Ale tam musisz się stawić.” I też nie. A po wojnie? Nie było czasu. Nie było nawet, gdzie stołek postawić. Tu postawisz i już zaraz trzeba było uciekać.

KN: Jak spędzaliście czas wolny już tu, na Żuławach?

AG: Jak były jakieś imieniny, to chodziliśmy z żoną, ktoś coś zagrał. Jak się jechało do GS-u na kontrolę, to w Nowej Kościelnej odbywała się uroczystość. Jeździliśmy razem do Nowego Dworu. I byliśmy w Stegnie raz. Ale nie było kiedy jeździć, bo zawsze robota była. A w niedzielę - kiedy? Obrządek, kościół,

KN: Czy spotkał Pan tutaj w 1954 roku jeszcze jakichś Niemców?

AG: Nie pamiętam, ale były zniemczone rodziny. Jeszcze może są. Dużo takich było.

KN: Jak wyglądały akcje przeciwpowodziowe?

AG: Była akcja, ale w Polsce, moim zdaniem to wszystko robi się za późno. Niby było wszystko zorganizowane, ale to było tylko gadanie. Na Osłonce byliśmy: ja z kolegą, bo tam wał był słaby. Były dyżury, ale jak się woda przelewała, to wszyscy jechali. Trzeba było jechać, jak woda miejscami przerywała wał. To nie tylko my, ale tam było sporo ludzi. Tam były dziesiątki. Worków nie ma. Jak worki się znalazły - piachu za mało. No i czym tam kłaść? Jeżeli w worek nasypiemy ziemi i dziurę załatamy, to za chwilę ziemi nie będzie, bo wypłucze. I czym to zatkać? Ten Paweł jeździł detem na gąsienicach, to my tam rzucaliśmy, co było, a on jeździł po tym i ubijał. Trochę się udało. Tak wyszło, że ta fala w tym czasie jakoś sama przez się odwróciła. I to uratowało.

KN: Kto pilnował poziomu wody?

AG: Tam to nie wiem. Tutaj, na Tudze to było kilku z Kmiecina. Oni mieli nakaz, żeby pilnować.

KN: Czy czuje się pan Żuławiakiem?

AG: Teraz tak, przecież mieszkam na Żuławach.

KN: A co to dla Pana znaczy być Żuławiakiem?

AG: Osadnik na odzyskanych ziemiach.

KN: Co według Pana jest symbolem Żuław?

AG: Polepszenie bytu, bo tam człowiek inaczej żył. Tam nie wyda ziemia to, co tu, chociaż wszędzie coraz mniej płacą. Mój charakter jest taki, że trzeba komuś i sobie pomóc, żeby było lepiej. I z tej racji przyjechałem.

KN: Czy chciałby Pan wrócić tam, gdzie mieszkał przed wojną?

AG: Jednakże wilcza natura ciągnie do lasu. Ale po co ta pojechać? Chyba, że wygonią stąd.

KN: Jak Pan ocenia pokolenie swoich rodziców?

AG: Wszyscy byli dobrzy. Jeden drugiemu pomagał. Jak gdzieś był konfident, to choć się krył, wiedzieli o nim. I jego się wystrzegano. Najważniejsza była dla nich praca. Nie ma pracy, nie ma kołaczy. Tata mówił do nas: „Tak żyjcie, żebyście nikomu nie mówili „Panie Boże, dopomóż.” My po sobie, coś się tacie pomyliło, przecież do kościoła chodzi. A on: „To was dziwi, ale wcześnie wstańcie, róbcie na polu, jak będą ludzie szli, niech wam mówią, a nie wy ludziom, to będziecie mieli dobrze.” I to prawda.

KN: Co chciałby Pan przekazać młodemu pokoleniu?

AG: Polak powinien szanować ojczyznę, religię, być człowiekiem kultury. Dawniej się mówiło: „Niczym Sybir, niczym knuty, ni cielesnych tortur król, lecz narodu duch zatruty, to dopiero bólów ból.” Człowiek powinien szanować ojczyznę, pamięć o swoich, swoją kulturę i swoje życie. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Bo ja, co przeżyłem w swoim życiu, to zawdzięczam przeważnie Matce Bożej. Bo bez Boga ni do proga. Ile razy byłem w matni… Jak się niebezpieczeństwo zbliża, to człowiek się boi. „Zabiją mnie, czy będę ranny? “ Ale jak już się zbliży, to człowiek jest zimnokrwisty. A ratuj się sam, bo jak nie, to ciebie zabiją. Ale ja nie miałem styczności, doświadczenia w bojach. Trochę na Czerwonym Borze, ale to była zgrupowana ucieczka, niemieckie samoloty. Dużo razy mundur na plecy brałem, trzeba było. Byłem w formacji jako łącznik i zwiadowca. I też musiałem się pilnować, uważać.

KN: Dziękujemy za rozmowę.

AG: Dziękuję.

 

Wywiad przeprowadziły Ewelina Kujawska, Marzena Bernacka-Basek, Agata Szewczyk