Helga Dyck

 

Jak dziecko widzi wojnę?

Jak mam to Panu dzisiaj opisać? Powiedziałabym, że to była przygoda. Nie było się świadomym tego, co się dzieje. Myślało się: wszystko minie jak zły sen i będzie znowu tak, jak było. Ale tak się nie stało. O polityce nie mówiło się wtedy tak otwarcie jak dzisiaj. Poza tym miałam wtedy 12, 13 lat i niewiele informacji do mnie docierało. Rodzice nie rozmawiali o tych sprawach w naszej obecności. Dlaczego? Tak po prostu było. To były inne czasy. Nie odważylibyśmy się pytać rodziców: Dlaczego tak jest? Dlaczego musimy stąd wyjechać? To były rzeczy, o których się nie dyskutowało. Rodzice żyli trochę swoim życiem, a dzieci swoim. Jednak jeśli chodzi o stosunki rodzinne, to wszystko było w porządku i nie ma chyba takiej rzeczy, co do której można by powiedzieć, że mogłoby być lepiej. Czuliśmy się bardzo związani z naszymi rodzicami i to było piękne. Byliśmy beztroscy, jak to dzieci i rozkoszowaliśmy się tym. Rodzice podarowali nam piękne dzieciństwo, "podarowali" nie jest tu właściwym słowem, ale byliśmy im bardzo wdzięczni, że wolno nam było przeżyć z nimi ten czas.

Jakie zewnętrzne przejawy wojny zostały Pani w pamięci? Mam na myśli np. żołnierskie mundury, jeńców wojennych, racje żywnościowe. Co zarejestrowała Pani jako dziecko?

Mieliśmy gospodarstwo. Pracowało u nas dwóch rosyjskich jeńców wojennych. To byli dwaj mężczyźni - jeden był młodszy, drugi starszy. Wolno im było swobodnie poruszać się w gospodarstwie i czasami nawet bawili się z nami. Kiedy ludzie zaczęli się szykować do ucieczki, młodszy musiał pojechać konnym wozem do wsi i zabrać ludzi. Co się z nimi potem stało, nie wiem.

Jak wyglądała ucieczka?

Strasznie. Ojciec był w Volkssturmie, a mój brat na obozie przysposobienia obronnego na Lilau (?), więc zostałam z mamą sama. 24 stycznia wszyscy musieli się stawić we wsi. Były to praktycznie tylko kobiety i dzieci. We wsi, tzn. w Nowej Kościelnicy, panował chaos. Przejeżdżało wojsko i każdy wóz uciekinierów musiał się zatrzymać i nie można było w ogóle dostać się do głównej drogi. Kobiety zdecydowały się więc zawrócić i pojechać z powrotem do domu. My też tak zrobiłyśmy. Niedługo potem wrócił ojciec i powiedział, że nie możemy tu zostać, że niedługo będą tu Rosjanie. Jeszcze tylko jedną noc spędziliśmy w domu, a następnego dnia wcześnie rano, położyliśmy na sanie kilka rzeczy i poszliśmy na piechotę do Gembels (?). Tam mieszkała przybrana siostra mojej mamy. Myśleliśmy, że jeśli przekroczymy Wisłę, to będziemy bezpieczni. Tacy byliśmy naiwni. Jako dzieci wierzyliśmy w to. Nigdy nie dowiedziałam się, co myśleli wtedy moi rodzice. Oboje umarli stosunkowo wcześnie. Moja mama miała dopiero 58 lat. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co moi rodzice wtedy odczuwali. Przecież musieli wszystko zostawić: krowy, inne zwierzęta. To musiało być dla nich straszne. jako dziecko szybciej można się z tego otrząsnąć.

Pojechaliście za Wisłę?

Tak, i zostaliśmy u mojej cioci. Tato wrócił na pieszo do Nowej Kościelnicy i z innymi gospodarzami spędzili razem krowy i doili je jeszcze do marca. W marcu rosyjscy lotnicy i spalili wszystkie stodoły w okolicy. Mężczyźni zdecydowali, że nie można tutaj dłużej zostać i zabrali nas tzn. moją mamę, mnie i moją ciocię i jej córkę konnym wozem do Gdańska. W Gdańsku zatrzymaliśmy się u naszej znajomej. Jej syn załatwił nam 4 bilety na statek. Statkiem szpitalnym "Obena" popłynęliśmy do Danii i zostaliśmy tam do czerwca 1948. Ciocia wyjechała z Danii szybciej, ponieważ jej mąż był w Volksturmie w Holsztynie (to była wtedy angielska strefa okupacyjna) i dostał pozwolenie na sprowadzenie do siebie reszty rodziny. My wróciliśmy do Niemiec dopiero w 1948 roku. Pojechaliśmy do Palatynatu i zostaliśmy tam przyjęci przez Mennonitów. Potem moi rodzice przeprowadzili się do Badberg - Zabern (?). Tam poznałam mojego męża (jego siostrę znałam już wcześniej, bo chodziłyśmy razem do szkoły). Pobraliśmy się i z racji jego zawodu przeprowadziliśmy się do Badeni - Wirtembergii.

Wspomniała Pani, że jesteście Mennonitami. Czy pamięta Pani jakieś przejawy mennonickiej obyczajowości? Mogłaby Pani opowiedzieć o życiu Mennonitów, o scenkach z życia mennonickiego kościoła?

Mieliśmy nasz kościół w Żuławkach. Pamiętam chrzciny mojego brata. Dniem chrztów w naszym kościele była Niedziela Palmowa. U Mennonitów zostaje się ochrzczonym w wieku 15, 16 lat. I tę ceremonię jeszcze pamiętam. Nic innego nie zostało mi w pamięci. Rodzice często jeździli do kościoła, ale nie zawsze nas zabierali. Pamiętam tylko, że rodzice śpiewali w chórze kościelnym i że sprawiało im to dużo radości.

Jak często jeździła Pani do kościoła?

Nie pamiętam. Tego nie umiem Panu powiedzieć.

Kiedy została Pani ochrzczona?

W Danii, razem z moją kuzynką (z tą którą razem uciekaliśmy) i z jej bratem.

Wspomniała Pani, że czasami bawiliście się jako dzieci z rosyjskimi jeńcami, którzy u was pracowali. Może nam Pani o tym opowiedzieć?

Niestety, nie mogę Panu tego powiedzieć. Mógłby Pan wyłączyć kamerę?

Nie może Pani o tym opowiedzieć?

Panu mogę, ale nie publicznie, nie przed kamerą.

Chcielibyśmy mieć Pani opowieść w naszej książce. Jest na pewno bardzo ciekawa.

Ale ta historia nie dotyczy tylko mojej osoby. Są też inni jej uczestnicy.

Pracuję jako dziennikarz od 5 lat i w tym czasie przeprowadziłem wiele rozmów z wieloma osobami na różne tematy i zakładam, że to, co ma Pani do powiedzenia nie jest nieprzyzwoite. Kto zbiera wspomnienia, słyszy różne rzeczy. Obiecuję, że nie przedstawimy Pani opowieści w sposób grubiański.

Dobrze. Ci Rosjanie pokazywali mi i mojemu bratu, że kiedy puści się bąka i w tym samym momencie zapali się zapałkę (ale to musi się stać dokładnie w tym momencie, kiedy puszcza się bąka) powstaje duży długi płomień. Strasznie nam się to podobało i do dzisiaj to pamiętam.

Kto puszczał bąka, a kto zapalał zapałkę? Jaki był podział ról?

Jeden Rosjanin puszczał bąka, drugi zapalał zapałkę, a my patrzyliśmy. Mój brat sam potem próbował to zrobić.

Zapalał zapałkę, czy puszczał bąka?

Puszczał bąka.

Dziękuję Pani za rozmowę