Joachim Dyck

 

Jakie wydarzenia z Pana dzieciństwa i młodości spędzonych na Żuławach utkwiły Panu w pamięci, były dla Pana najważniejsze?

Najważniejsze wydarzenia to: rozpoczęcie nauki w szkole, zmiana szkoły i przyspieszona przez wojnę matura.

Dlaczego?

W roku 1939 musieliśmy zdecydować, czy dzieci w szkołach znajdujących się na zajętych przez Niemców polskich ziemiach, mają być nauczane w języku niemieckim. Prawie wszyscy powiedzieli "Tak". Ja nie chciałem, gdyż zamierzałem zostać lekarzem wojskowym. Ponieważ było nas tylko dwóch, naszą klasę rozwiązano. Przez to mój plan zostania lekarzem wojskowym spalił na panewce. To było dla mnie bolesne wydarzenie.

Jak ludność Żuław przyjęła wiadomość o wybuchu wojny? Jak oceniano sytuację?

Ludność Żuław była nastawiona proniemiecko. Miasto, mam na myśli Gdańsk - nie tak bardzo. Przy czym nie może Pan traktować Nowego Dworu jako miasta, lecz jako miasteczko. Nowy Dwór miał wtedy 3.600 mieszkańców. Jak już wspomniałem, mieszkańcy Żuław sympatyzowali z Niemcami. Nie można jednak utożsamiać tej sympatii z wielkim oddaniem dla Hitlera. Większość jednak była zadowolona, że 1 września 1939 stała się obywatelami niemieckimi. Sytuacja Żuław była szczególna. Przed wojną kwitł szmugiel z Niemiec. Gdy potrzebowaliśmy na przykład nowe buty, jechaliśmy do Malborka lub Elbląga i w podróż tę ubieraliśmy nasze najstarsze buty. W Malborku kupowaliśmy nowe, i żeby podczas kontroli celnej nie wyglądały na zbyt dopiero co kupione, chodziliśmy w nich już w Malborku. Służba celna w Wolnym Mieście Gdańsku była pod kontrolą polską.

Czy może Pan podać również inne przykłady z życia na granicy? Co zostało Panu w pamięci do dzisiaj?

Dla mojego wujka, ale także dla mnie i dla mojego brata, szmuglowaliśmy naboje myśliwskie i do wiatrówek. W Gdańsku nie można było ich dostać. Ta amunicja pochodziła z mojego obecnego domu tzn. z Badenii - Wirtembergii. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale ówczesne polskie naboje nie były zbyt dobre. Przypomniało mi się jeszcze coś. Do szkoły musiałem dojeżdżać szkolnym autobusem. Kursował zawsze tą samą trasą (tą drogą jeździła też moja żona) i w Lubieszewie musieliśmy zabierać uczniów, którzy przyjeżdżali zwykłym autobusem liniowym z Nowego Stawu (autobus ten kursował na trasie z Malborka do Gdańska). Czasami zdarzało się tak, że kontrola celna tego autobusu się przedłużała i trwała dłużej niż zwykle, wtedy spóźnialiśmy się do szkoły. Dzięki temu nie musieliśmy uczyć się słówek, z których odpytywano nas zawsze na pierwszej lekcji. Zamiast porannego wkuwania słówek mogliśmy pograć w autobusie w skata.

Jaką rolę w Pana życiu odgrywał Gdańsk? 

Do Gdańska jeździliśmy po zakupy. Była tam taka kawiarnia, przed którą zawsze parkowaliśmy samochód. Mój wujek miał auto od 1920 roku. Miał (Protusa, Protosa). Takich samochodów już dzisiaj nie ma. W tym samym roku tzn. 1920 mój ojciec zrobił prawo jazdy. Nawiasem mówiąc, mam jeszcze w domu ten dokument. Po zaparkowaniu samochodu, szliśmy na zakupy. Jeśli po zakupy wybierały się tylko panie, jechały autobusem. To była prywatna linia Zink (?) & Co.. Autobus ruszał z rynku (Marktplatz) i jechał przez Nową Kościelnicę. Do domu wracaliśmy o 3 po południu. Tak więc Gdańsk był dla nas miejscem, gdzie robiliśmy zakupy. Potem poszedłem tam na studia, na medycynę.

Jak przedstawiała się sytuacja ze środkami technicznymi, maszynami, którymi się wtedy posługiwano?

Jeśli chodzi o Wolne Miasto, raczej kiepsko. Kontrola celna podlegała państwu polskiemu i towary z Niemiec obłożone były 100% cłem. W związku z tym w latach 20 - tych musieliśmy sprowadzić młockarnię z Anglii, ponieważ na towary z tego kraju nałożone były mniejsze cła. W 1933 roku, kiedy Niemcy stały się państwem nazistowskim, zaczęły się problemy z walutą. Niemcy nie wypuściły jeszcze żadnej waluty, a my jako rolnicy dostarczaliśmy buraki cukrowe do malborskiej cukrowni. Teoretycznie mieliśmy tam zamrożony spory kapitał, ale w Wolnym Mieście musieliśmy zaciągać długi. Dlatego później musieliśmy kupować znacznie droższe maszyny z Niemiec, ponieważ tam były nasze pieniądze.

Jakie wydarzenia z życia rodzinnego utkwiły Panu w pamięci? Jakie stosunki panowały między rodzicami a dziećmi? Jak zachowywały się dzieci między sobą?

Jak to zwykle bywa między rodzeństwem, często biliśmy się z moim bratem. Kiedy jednak ktoś inny miał coś przeciwko nam, naszej rodzinie, sprzeczki się kończyły i stawaliśmy za sobą murem. Moja siostra przychodziła ze swoimi problemami przeważnie do mnie. Myślę, że mój ojciec raczej faworyzował mnie, a matka mojego brata. Czasami można to było zauważyć, ale muszę powiedzieć, że nasze życie rodzinne było bardzo harmonijne. Bardzo dobre stosunki utrzymywaliśmy również z rodzeństwem moich rodziców (moja mama miała 8 rodzeństwa, mój ojciec 2). Często się odwiedzaliśmy. Jeździliśmy głównie do rodziny mojej matki do Nowej Cerkwi, Nowego Stawu, Pręgowa. Wtedy wszyscy mieszkali w pobliżu. Teraz ci, którzy żyją, są strasznie rozproszeni. Właściwie żyje jeszcze tylko jedna z sióstr mojej matki. Dziewięcioro dzieci moich dziadków ze strony matki przyszło na świat między 1896 a 1917. Tak więc najmłodsza córka moich dziadków była starsza ode mnie o niecałe 4 lata.

Życiu na Żuławach towarzyszył stale lęk przed zalaniem. Pamięta Pan może jakieś problemy spowodowane przez wodę?

Bieg Wisły wyprostowano, rzekę skierowano przekopem prosto do Bałtyku. Dawniej, Wisła przed Mikoszewem i Świbnem skręcała w lewo w kierunku Gdańska i w pobliżu miasta wpływała do morza. Przy starym ujściu rzeka dzieliła jedną z miejscowości - Górki na Wschodnie i Zachodnie. Po jednej z powodzi, gdy przerwane zostały wały, Wisłę skierowano sztucznie zrobionym przekopem prosto na północ, w kierunku Bałtyku. W ten sposób Wisła stała się znacznie spokojniejsza, ale mimo to co roku zalewała nas woda. 

W Nowej Kościelnicy była przeprawa promowa i do tego miejsca trzeba było zimą, gdy Wisła zamarzała, sprowadzać lodołamacze, żeby umożliwić przeprawę. Ale prawdziwe problemy pojawiały się wiosną, gdy pękał lód i pojawiały się ogromne kawały kry. Wówczas zdarzało się, że prom zostawał uwięziony przez krę i niesiony aż do morza. Czasami trzeba było ściągać z Gdańska lodołamacze, które uwalniały uwięzione promy. Pewnego razu znalazłem się właśnie na takim uwięzionym przez krę promie, ale wtedy po około 1 kilometrze dryfowania, nasz prom uwolnił się sam i wrócił. To, co przeżyłem opisałem również (zostało to opublikowane w jednym z numerów Wiadomości Nowodworskich). W 1929 roku, a dokładnie zimą z 1928 na 1929, mieliśmy taką powódź, że widać było ponad krawędzią wału gałęzie i krzaki niesione przez krę. Tak wysoka była woda. Wtedy wszyscy mężczyźni przez trzy tygodnie pracowali bez przerwy i kopali kanał. Jeśli ktoś chciałby go zobaczyć, to musi przejść przez dzisiejszy most na Wiśle, iść w górę rzeki aż do starej budowli - śluzy. I tam, w Nowej Kościelnicy można zobaczyć ten kanał. To był nadający się do żeglugi kanał z Nowego Dworu do Wisły. Został on osuszony w 1929 i wtedy powstał Linauwerk (stacja pomp w Chłodniewie) w pobliżu Tujska i Rybiny. W ten sposób udawało się z terenu Żuław wypompować przy pomocy dieslowskich silników tyle wody, że obniżono jej poziom o 1,5 m. I w ten sposób sytuacja na naszym terenie znacznie się polepszyła, ale żeglowność tego kanału wiślanego, bo tak go nazywaliśmy, została utracona. Jako dzieci, podczas ferii zimowych, ślizgaliśmy się na łyżwach z Nowej Kościelnicy aż do Fiszewa bez przeszkód, tam i z powrotem. Braliśmy ze sobą do torby coś do jedzenia i jeździliśmy. Wtedy można było to robić, teraz kanał jest zasypany. Można było się wtedy ślizgać aż do portu, bez wychodzenia na ląd. I potem wracaliśmy lądem. Pokonywaliśmy w ten sposób około 50 km dziennie. To było piękne.

Chcielibyśmy wrócić teraz do tematu wojny. Jak Pan wspomina wojnę? Służył Pan w wojsku, ale od czasu do czasu dostawał Pan urlop i wracał do domu. O czym się wtedy mówiło?

Po cichu już przynajmniej od początku 1943 roku mówiono, że wojna jest przegrana. Ale nikt się nie ważył powiedzieć to głośno, ponieważ groziło to aresztowaniem. Jednak o obozach koncentracyjnych nic nie wiedziałem. Tylko raz mimochodem usłyszałem, że katolicki ksiądz z Niedźwiedziówki został zabrany, ale co się z nim stało, nigdy się nie dowiedziałem. Wojna? Co mam Panu powiedzieć? Wykonywało się swoje obowiązki, albo lepiej mówiąc, musiało się je wykonywać. W tym czasie nie byłem na froncie. Na froncie byłem tylko do czerwca 1942 roku i tam zostałem ranny i potem przez 4 semestry studiowałem medycynę. I dopiero późnym latem 1944 wróciłem na front tym razem jako pomocnik lekarza batalionowego i to tylko dlatego, że wielu lekarzy zginęło. Musiałem samodzielnie sprawować opiekę medyczną nad batalionem jako lekarz, chociaż nie skończyłem studiów. Chodziło jednak o opatrywanie rannych i opiekę nad nimi. Napatrzyłem się wtedy ...

Jak wyglądało Pana pożegnanie z ojczyzną?

To nie było żadne pożegnanie, z tej prostej przyczyny, że nie mogliśmy sobie wyobrazić, że już nigdy więcej nie wrócimy do domu. Gdy ostatni raz byłem w domu w październiku 1944, zaręczyłem się, ale nie z moją obecną żoną, która była wówczas za młoda. To była całkiem inna dziewczyna, ale z tego nic nie wyszło. To nie wyglądało na pożegnanie. Nie liczyliśmy się z tym, że to koniec. Nikt tego nie chciał. Każdy czepiał się rozpaczliwie myśli, że tu jesteśmy u siebie i że tu zostaniemy. Dam Panu przykład. Mój wujek (na jednej z fotografii jest on razem z moimi rodzicami), który skupował bydło i konie (był w tym naprawdę świetny). Jego dewizą życiową było: lepiej dużo handlować, niż dużo pracować, jeśli Pan wie, co mam na myśli. A więc mój wuj zebrał rzeczywiście sporo pieniędzy i kiedy w styczniu 1945 musiał pożegnać się z domem, otworzył swój sejf i zostawił w nim 30 tysięcy marek. Tak byliśmy wówczas zdezorientowani. Nie mogę tego odczuwać w ten sam sposób. W październiku, gdy wyjeżdżałem nie było jeszcze takiego zagrożenia. Tutaj więcej na ten temat może ewentualnie powiedzieć moja żona, która została w domu. Ja tego nie przeżyłem, nie przeżyłem, dlatego że mnie tu nie było. Znam dopiero te czasy, kiedy w 1949 wprowadzono konstytucję, a w 1948 reformę walutową i od tego czasu polepszyło się nam.

A co stało się z Pana wujkiem kupcem?

Mój wujek był tak zdezorientowany wojennymi wydarzeniami, że zostawił, jak już wspomniałem, otwarty sejf, żeby nikt nie próbował go siłą otworzyć i zostawił w nim 30 tys. marek. Wujek zmarł w Danii. Nie poradził sobie z tym wszystkim. Bał się wrócić z Danii do Niemiec. Pomijając to, że miał już 75 lat, to myślę, że pożyłby dłużej.

A jak została ewakuowana Pana rodzina?

Moi rodzice 8 kwietnia 1945 roku, w dniu swoich srebrnych godów, razem babcią ze strony ojca w Mikoszewie dostali się na tratwę i dotarli na Hel i z Helu na pokładzie statku (Obena) dopłynęli do Danii. Więcej nic na ten temat nie wiem.

Czy widział Pan Rosjan?

Nie. Nie mieliśmy kontaktu z Rosjanami. A ja byłem wówczas w Samland na obecnym terytorium Rosji.

Moje ostatnie pytanie. Dlaczego zdecydował się Pan przyjechać ponownie na Żuławy? Co Pana do tego skłoniło?

Do przyjazdu skłoniło mnie to, że tu się urodziłem i dorastałem, ale bałem się przyjechać. Pierwszy raz stało się to w 1985 roku. Jako policjant musiałem odczekać pewien czas, ponieważ pracowałem w tajnej policji. Nie mieliśmy wprawdzie wielkich tajemnic, ale odpowiadałem za bezpieczeństwo w landzie Badenia - Wirtembergia. Byłem wówczas szefem umundurowanych jednostek policji szybkiego reagowania, a ponieważ byłem zwierzchnikiem 3. 650 ludzi musiałem odczekać 4 lub 5 lat, aby mi wolno było wyjechać za granicę… Nie wolno mi było jechać przez NRD. Tylko tranzytem, po drogach tranzytowych, nie inaczej. W 1985 roku pojechaliśmy pierwszy raz. Chcieliśmy po prostu zobaczyć, jak to wygląda i muszę Panu powiedzieć: byliśmy gorzko, gorzko rozczarowani. Mniej ludźmi, a bardziej tym, jak to wszystko wyglądało. Domu nie było, ze stajni zostały fragmenty, po stodole ani śladu. Znikła chlewnia, w której było mieściło się 240 świń. I tylko spichlerz pozostał. To szokuje. I może Pan sobie wyobrazić, że kiedy od obecnych właścicieli dostałem w prezencie zdjęcia z wyburzania domu, płakałem rzewnymi łzami. To chyba zrozumiałe. A potem w 1988 przyjechaliśmy jeszcze raz, było trochę lepiej. W domu, który zbudowaliśmy kiedyś dla naszych pracowników, mieszka dziś syn jednego z nich. Jego ojciec zaginął pod Stalingradem, a syn zawiózł nas do Nowej Kościelnicy, ponieważ dobrze mówi po polsku i po niemiecku. Teraz odwiedzamy do za każdym razem. Naturalnie, pomagaliśmy mu. Byliśmy tam, skąd pochodzi moja żona (Freie Hupen - Drewnica Izbicka?) i z ludźmi stamtąd mamy wciąż dobry kontakt. Możemy tam zawsze na dłużej pojechać. Jako emeryci nie mamy jednak na to czasu. Ale cały czas nas tam ciągnie. I w tym roku z moją siostrą, z bratem mojej żony i z moją żoną mamy zamiar zamieszkać przez 6 dni w Hotelu Novotel i zwiedzać Żuławy. Przy czym jesteśmy w pełni tego świadomi, że ten kraj i wszystko, co z nim związane, nie jest już niemieckie. I nie chciałbym, i chcę to podkreślić, żeby nasi synowie lub wnuki musiały raz jeszcze wziąć broń do ręki i iść na wojnę. To nie wchodzi w grę. To trzeba w 100% wykluczyć. Kiedy dzisiaj czasami niestety widzę niemieckich publicystów albo dziennikarzy, jakie oni głupoty piszą o wojnie, napuszone i poprzekręcane, to uważam, że to bardzo niedobrze.