Ott Heinrich Stobbe

 

Panie Stobbe - jak żyje się w najbogatszej rodzinie w Tiegenhof?

O! My sami nie czuliśmy się najbogatszą rodziną.

Mówiłem już, że prawdopodobnie przez nasze przesiedlenie stałem się innym człowiekiem niż bym był, gdybym został w domu.

Pisałem we wspomnieniach, że pracownicy zwracali się do mnie "paniczu" (junger Herr); było to wtedy typowe na dworach i większych gospodarstwach. Moi rodzice nie wymagali tego, ale było to przyjęte wśród konserwatywnej i przywiązanej do tradycji ludności. Pamiętam, że starsi ludzie byli dumni, że służyli już mojemu dziadkowi.

Dla dziecka, a miałem wtedy powiedzmy 6 - 7 lat, jest to trochę niebezpieczne. Ale jeśli chodzi o pieniądze ... no cóż, mieliśmy firmę, mieszkaliśmy w dużym domu, w którego piwnicach odbywała się produkcja i rozlewanie (napełnianie). Destylacja odbywała się w innym budynku. Był to jednak bardzo przejrzyście urządzony zakład z 30 - 40 pracownikami różnych specjalności ... ale czy byliśmy bogaci? Nie wiem, czy tak to odczuwałem.

Na co było pana stać, co wtedy było niespotykane?

Chyba powinienem powiedzieć, że latem, nawet wtedy, kiedy urodziło się moje młodsze rodzeństwo, jeździliśmy na wczasy, do Passewark?? czy Stegny. Nie mieszkaliśmy co prawda w namiotach, ale w zwykłych mieszkaniach.

Mieliśmy też służbę. Moja mama "wniosła do małżeństwa" młodą, zaufaną dziewczynę. Mama pochodziła z Saksoni, ta dziewczyna również i zatrudniona była u nas w kuchni i gospodarstwie domowym. Tak więc o sprawy domowe nie musieliśmy się martwić. 

Ale dla przykładu: mam jeszcze kartkę, gdzie ojciec, zdaje mi się w 1944, podwyższa mi kieszonkowe z 2 do 3 marek tygodniowo. Oczywiście ważne jest na co musiałem je przeznaczyć. Nie kupowałem za to powiedzmy ubrań, lecz np. zeszyty, czy pióra, ale pokazuje to, że rodzice, w odróżnieniu od dzisiejszych, nie rozpieszczali nas. 

Nasze podstawowe potrzeby były zaspakajane - tak - najadaliśmy się, ale tak poza tym rodzice moi sprawowali dość surowe rządy (POMYLIŁ SIĘ 3:17:21).

Pisałem to również w moich wspomnieniach, że miałem kilka opiekunek, to znaczy ... no cóż ... często rezygnowały, bo może, jak wszyscy chłopcy w tym wieku sprawiałem problemy. 

Potem w 1938 i 1940 przyszło na świat moje rodzeństwo, więc przedszkolanki, czy wychowawcy zajmowali się młodszymi ode mnie. Wychowywałem się więc stosunkowo swobodnie. Ale np. wieczorem nie wolno mi było wychodzić. Stanowiło to dla mnie ogromny problem, bo kiedy przyjęto mnie w 1941 do organizacji młodzieżowej (Deutsches Jugendvolk ???) nie mogłem uczestniczyć w organizowanych przez nią wieczornych imprezach. Moi rodzice mówili, że miejsce 10, 11, 12 letniego chłopaka o tej porze jest w łóżku. Rano trzeba iść do szkoły i trzeba być rześkim, a nie włóczyć się gdzieś wieczorami. XXXnie rozumiemXXX

Często też bywałem w mieszkaniach pracowników. Domy te stoją do dzisiaj na Kirchstrasse. Firma mojego ojca już za czasów dziadka była więc nastawiona przyjaźnie (sozial) do swych pracowników. Wszyscy mieli swoje mieszkania z chlewikiem i ogródkiem. Tak więc mogłem czasem odwiedzać ogrodnika, czy malarza, co było oczywiście wydarzeniem dla małego chłopca. Więc właściwie nie zauważało się bezpośrednich różnic typu "pan - parobek".

Na czym polegała tajemnica Machandla?

Tajemnica Machandla polegała po pierwsze na tym, że trunek ten smakował wielu ludziom. Przede wszystkim mój pradziadek, w czasach kiedy nie było jeszcze produktów markowych (proszku PERSIL jeszcze nie wynaleziono) stworzył właśnie taki produkt. Charakterystyczną butelkę opatentowano już w 1898 i była ona czymś szczególnym - mówię nie o dzisiejszej, tylko o tej beczułkowatej, którą znaleźć można na wszystkich starych zdjęciach i dokumentach. 

Z tego powodu, mogę śmiało powiedzieć, Machandel był ulubionym lokalnym trunkiem (Hausgetraenk). Na wschodzie zawsze więcej się piło niż na zachodzie i gospodarze żuławscy, którzy mieli często dobre zarobki, trzymali zawsze w piwnicy beczułkę czy oplatankę (Korbflasche) Machandla. 

Butelki sprzedawały się w Nowym Dworze bardzo słabo w odróżnieniu od beczek, czy oplatanek.

W Gdańsku było nieco inaczej. Dystrybucją w Gdańsku zajmowała się firma Reiman, z którą współpracował jeszcze mój dziadek. A kiedy utworzono w 1921 Wolne Miasto Gdańsk (Nie wiem czy to dokładna data), zjawili się tam turyści z Niemiec, też z Polski - przyjeżdżali np. do Sopotu i tam kupowali Machandla, tak samo było też z "Goldwasser", czy słodyczami, jako pamiątkę z podróży. Buteleki napełniano w Gdańsku. 

Tak więc sprzedaż butelek była w Gdańsku o wiele większa niż w Nowym Dworze

Kiedy wypił pan po raz pierwszy Machandla?

Ciężko mi na to odpowiedzieć. Na pewno wypiłem Machandla później niż inne rzeczy. "Inne rzeczy" - mam na myśli alkohol. W jednym z budynków na terenie firmy stały puste butelki jeszcze z czasów mojego dziadka, który wytwarzał też inne alkohole - np. likiery różnych rodzajów. I w tych butelkach zawsze coś na dnie zostawało - czerwone, zielone, niebieskie resztki likierów, które chętnie jako chłopiec wylizywałem. Nie wiem czy zawierały one jeszcze jakikolwiek alkohol, ale na pewno były słodkie i smakowały mi. Tak więc zanim wypiłem Machandla spróbowałem też innych alkoholi.

A Machandla? Nie wiem czy piłem go już w Nowym Dworze - jeśli tak to na pewno nie za zgodą rodziców. 

Za pierwsze papierosy, które paliłem dostałem osobiście od ojca lanie i to nie dlatego, że paliłem, lecz za to że skłamałem i próbowałem obwinić jakichś pracowników, że to niby oni ukradli je z biurka ojca. Coś takiego się pamięta!

Czym był Machandel dla Pana rodziny (Jak się go traktowało?) 

Powinienem chyba coś jeszcze o Machandlu powiedzieć. Przed wojną na reklamówkach Machandla (po wojnie się to zmieniło) można było przeczytać: Machandel Stobbego 00. Pytałem się ojca co to znaczy 00, a on odpowiadał, że to jak FF, czyli dawne określenie na mięso i wędliny. Było to jednak określenie gatunku: Numer zero, zero. To był ten normalny, biały Machandel, który smakował bardzo podobnie albo tak samo jak ten dzisiejszy. Jednak już mój pradziadek i dziadek przechowywali go w drewnianych beczkach - ten Machandel był więc starszy. W rezultacie obok normalnego Machandla zero zero można było kupić "Machandla stołowego" (Tafelmahandel), 10 - 12 letniego. Był też "Machandel jubileuszowy" oraz tak zwany "Najstarszy rocznik", który w trakcie przechowywania nabierał żółtawego koloru, prawie tak jak koniak. Nie wyczuwało się w nim już prawie smaku jałowca - smakował łagodnie, podobnie do koniaku.

Wiele osób, starych Gdańszczan pytało, mojego ojca, czy ma jeszcze tego stuletniego Mahandla. Odpowiadał zawsze, że on sam nie ma tylu lat, żeby powiedzieć jak stary jest ten trunek. Był to oficjalnie "Najstarszy rocznik" i miał na pewno ok. 100 lat. Oczywiście trunki dużo więcej kosztowały, bo wiadomo, że alkohol wyparowuje. 

Można je było kupić też w Gdańsku jako coś szczególnego. Starzy Gdańszczanie opowiadali z dumą, że pili stuletniego czy żółtego Machandla stojącego dużo wyżej niż zwykły zero zero.

Machandel ze śliwką to tradycja picia, której właściwie nie znałem z mojego domu w Nowym Dworze - to raczej gdański zwyczaj. Polegał on na tym, że śliwkę na wykałaczce wyjmowało się z kieliszka, wkładało do ust (w moich wspomnieniach znaleźć można obrazki, ilustrujące tę czynność) popijało Machandlem i zanim się postawiło kieliszek na stole należało złamać wykałaczkę - czyli był to cały rytuał - a kto się pomylił, stawiał następną kolejkę. Na tym polegał cały sens picia Machandla ze śliwką - w miły sposób zmuszało się kogoś do stawiania następnej kolejki.

Kto wymyślił ten zwyczaj?

Nie wiadomo. Prawdopodobnie wymyślono go w jakiejś knajpie, tak samo jak inny, trochę niebezpieczny wiejski zwyczaj, którego u nas w domu raczej nie praktykowano. Wlewało się pół litra Machandla do dużego kufla i wrzucało się do niego cukier w kostkach lub zwykły, mieszało to wszystko drewnianym kijkiem. Mieszanka cukru i alkoholu samo w sobie jest już niebezpieczna. 

Zwyczaj polegał na tym, (jak już mówiłem był to raczej zwyczaj pijaków ze wsi), że kufel przechodził od osoby do osoby, a zapłacić za niego musiał ten, kto wypił z niego przedostatniego łyka. Można sobie wyobrazić: Najpierw pili wszyscy ostrożnie, ale im bliżej dna, tym stawało się to bardziej niebezpieczne. Jeśli przedostatni miał płacić, to można było od razu wypić całą resztę i się upić, albo nadal pić ostrożnie, ale następna osoba mogła wypić całość, wtedy trzeba było samemu zapłacić.

Zwyczaje te funkcjonowały w różnach regionach, nie wszędzie i nie zawsze. Nie sposób powiedzieć kto to wymyślił.

Co znaczy: "Chrzczony Machandlem"?

Nie wiem, czy można to odnieść do naszej rodziny. Jesteśmy do dzisiaj Mennonitami. Mennonici mają chrzest dorosłych i być może mówiło się kiedyś o czymś takim kiedy młody chłopak po raz pierwszy wypił Machandla, ale z całą pewnością nie jest to wymysł rodziny Stobbe - znam to powiedzenie, ale w naszej rodzinie się go nie używało.

Jak wyglądały podróże do Stegny, czy Passewark?

Braliśmy ze sobą rzeczy. Jechaliśmy najczęściej kolejką wąskotorową - w czasie wojny tylko w ten sposób, bo nie mogliśmy podróżować własnym samochodem bez specjalnego zezwolenia. Pakowaliśmy walizki i najczęściej braliśmy jeszcze wózek dziecięcy, który w Passerwark trzeba było wciągać na bardzo wysoką wydmę, żeby dostać się do morza.

Chodzenie do restauracji nie było wtedy w modzie, więc musieliśmy gotować - robiła to opiekunka do dzieci, która podróżowała z nami.

Wspomniał Pan, że jest Pan Mennonitą. Były jakieś zwyczaje religijne, które pamięta Pan do dzisiaj?

Tak. Muszę jednak powiedzieć, że moje dzieciństwo nie bardzo było związane z mennonickim życiem religijnym. W gminach wokół Nowego Dworu (Tiegenhagen, Orlofferfelde, Rosenort) nie urzędowali prawie profesjonalni pastorowie - rolę księży pełnili chłopi. Na przełomie wieków, bardziej wymagający ludzie nie znajdowali już tego czego chcieli u tych chłopskich pastorów. Z tego powodu np. mój dziadek należał do oddalonej gminy Kunstberg?, więc rzadko chodził on do kościoła. 

Moi rodzice przyjęli chrzest w kościele w Gdańsku i należeli do gminy gdańskiej. Ja sam nie należałem do żadnej gminy bo jeszcze nie byłem ochrzczony. 

Do tego dochodzi jeszcze sytuacja związana z moim ojcem: chyba w 1936 do ewangelickiej gminy nowodworskiej przyszedł ksiądz Georg Kurowski, kolega szkolny mojego ojca z Gdańska. Mój ojciec zdał Maturę w Gdańsku - wtedy nie można było jeszcze tego zrobić w Nowym Dworze - mieszkał na stancji w Gdańsku i w tym czasie chodził tam do kościoła mennonickiego, gdzie też został ochrzczony w wieku lat 17 czy 18, nie wiem dokładnie. 

A ja z tej racji, że ksiądz i mój ojciec przyjaźnili się, chodziłem do kościoła ewangelickiego najpierw sam, potem z moim rodzeństwem.

Nie wiem, czy w innych gminach były msze dla dzieci, czy szkółki niedzielne, ale dopiero po wojnie (wtedy też miałem chrzest) dołączyłem się do mennonickiego życia rodzinnego, w którym wcześniej nie uczestniczyłem, a moi rodzice w ograniczony sposób. Moja matka była ewangeliczką, która przeszła na mennonityzm, ale oboje niezbyt często jeździli do Gdańska do kościoła.

Mennonici byli pacyfistami, a przecież była wojna - Jak radziła sobie z tym Pana rodzina?

Mennonici żuławscy częściowo zrezygnowali ze swojego pacyfizmu. Miało na to wpływ zeświecczenie życia. Mennonici całkowicie rozgraniczali życie państwa od życia kościoła, czy samej religii. Był to kościól całkowicie niezależny. W gruncie rzeczy jednak chcieli być dobrymi obywatelami. Może trochę przesadzam mówiąc, że "dobrzy", czy "wierni" mennonici wyemigrowali do Rosji w osiemnastym, czy dziewiętnastym wieku. To bardzo ogólne stwierdzenie i nie chcę tu obwiniać moich przodków, ale tak to mniej więcej wyglądało. Faktem jest, że zrezygnowali oni bardzo szybko z języka holenderskiego na mszy, także w Gdańsku.

W Trzeciej Rzeszy, o ile wiem, nie skazano żadnego mennonity za uchylanie się od służby wojskowej - można to historycznie udokumentować - inaczej niż Świadkowie Jehowy - tych skazywano za to na śmierć. 

Jednak było wiele możliwości żeby w armii nie mieć bezpośredniego kontaktu z bronią. 

Jeśli chodzi o moją rodzinę: mój ojciec został na krótko powołany na początku ofensywy na Polskę, ale zwolniono go szybko jeszcze we wrześniu, gdyż do końca wojny firma produkowała Machandla również dla wojska. 

Wtedy wytwarzano już Machandla tylko do tego celu, specjalnych butelek też już nie produkowano, były tylko normalne butelki po koniaku, winie, czy wodzie, które napełniano i dostarczano wojsku, przede wszystkim dla żołnierzy łodzi podwodnych w Gdyni, gdzie stacjonowały okręty szkoleniowe floty.

Dlaczego dostarczano Machndla wojsku?

Nie z jakichś szczególnych powodów - po prostu dlatego, że nasza firma była właśnie na tym terenie. Nie chodziło też o jakość wódki, czy jej smak - dostarczano tylko zwykłego Machandla.

Przypomina Pan sobie dzień, w którym po raz pierwszy jechał Pan samochodem?

Nie. Wiem, że jechałem z moimi rodzicami do mojego wujka, który w Prusach Wschodnich miał duży dwór rycerski.

A przypomina sobie Pan sytuację, kiedy Pana ojciec jechał ...?

Nie. Nie pamiętam. Wiem tylko, że mój ojciec bardzo niechętnie podróżował. 

Jeździł kilka razy do Prus Wschodnich (było to możliwe z terenu Wolnego Miasta) z przyjaciółmi: z radnym okręgowym Pohl, z krewnymi rodziny Krieg (najmłodsza siostra ojca była żoną ostatniego właściciela serowni Krieg). Mieli też klub kręglowy. Ale o samochodach wiem bardzo mało.

Może przypomina Pan sobie jakąś wycieczkę z dzieciństwa?

Nie. Jak dziecko nie byłem często zabierany. Dziś podróżuje się nawet gdzieś dalej już z małymi dziećmi. W tamtych czasach się tego nie robiło, na pewno nie w naszej rodzinie. Ojciec zawsze mówił, że to nie służy dziecku, jeśli się je ciągnie ze sobą jak to robią Cyganie. Z tego powodu nie oddalałem się zbytnio od domu. Byłem też jeszcze za młody, żeby zwiedzać dalsze okolice jak Prusy Wschodnie, czy Zachodnie. Na początku wojny miałem 9 lat - w tym wieku nie puszcza się dzieci tak daleko samych.

Wycieczki z organizacją młodzieżową (w Kątach Rybackich był np. obóz letni) zaczynały się dla dzieci od lat 14, czyli dla zrzeszonych w HJ (Hitler Jugend), a tyle lat jeszcze nie miałem. Pamiętam, że w 1941, 20 kwietnia, w urodziny Hitlera przyjęto mnie do JV (Jugend Verein). Odbywało się to na Zamku w Malborku przy zapalonych pochodniach. To właściwie jedyne wspomnienie z dzieciństwa związane z Malborkiem, mimo, że kilka razy tam byłem.

Malbork miał bardzo złą wodę. Nie można było na niej gotować ani kawy ani herbaty - zawierała ona dużo wapnia - nie można było też warzyć z niej piwa - z tego powodu nie założono nigdy w Malborku browaru. Nie można też było oczywiście produkować Machandla. Woziliśmy więc ciężarówką wodę w beczkach 400 czy 500 litrowych z Nowego Dworu do Malborka. Ja też mogłem jeździć tą ciężarówką. Pamiętam, że do 1939 w Kałdowie przed mostem stał niemiecko - polski posterunek celny (są jeszcze zdjęcia). Celnicy polscy sprawdzali zawsze, co jest w beczkach, czy nie ma tam czasem podwójnego dna. Wywóz wody był oczywiście dozwolony, a za wywóz alkoholu trzeba było płacić cło.

W Malborku od roku 1923 mieliśmy drugą fabrykę - musieliśmy mieć, bo Machandla dostarczaliśmy też np. do Szczecina, czy Berlina. Nie było to możliwe z terenu Wolnego Miasta. Tak więc wodę transportowano do Malborka, a malborski Machandel trafiał do Berlina, czy Kolonii, do gdańszczan, którzy się tam osiedlili i chcieli swojego Machandla.

Pana pierwsza podróż do Gdańska?

Rodzice pojechali ze mną do Gdańska, kiedy miałem chyba 7 - 8 lat do teatru na bajkę wigilijną. Nie było to takie proste, bo trzeba było przeprawiać się promem na Wiśle. Ale nie przypominam sobie szczegółów tej podróży.

Mam jednak jedno osobiste wspomnienie związane z Gdańskiem. W 1941 i 42 spędzaliśmy urlop w Passewark w domu dyrektora okręgowego szpitala w Nowym Dworze, pana Lampe ? Miał on w Passewark duży dom, willę oraz domek letni, w którym w 41 i 42 mogliśmy zamieszkać. 

Razem z nami spędzało wczasy starsze małżeństwo. Mężczyzna ubrany był w biały garnitur z białym kapeluszem. Któregoś dnia mój młodszy brat powiedział: "O, idzie piekarz!" - oczywiście nie był on piekarzem, ale lekarzem z Gdańska, nazywał się dr Imke?? Miał on przychodnię na ulicy Brotbaenkengasse w Gdańsku. Któregoś dnia dzięki naszej opiekunce nawiązała się rozmowa z nim, miałem wtedy 11 lat. Postanowiono, że powinienem pojechać do Gdańska i syn lekarza Horst mógłby pokazać mi miasto. 

Nie pamiętam dokładnie, ale chyba w 1942, pojechałem na tydzień do Gdańska i kilka lat starszy ode mnie syn doktora Horst, który jednak nie był jeszcze w wojsku, pokazał mi miasto. Horst Imke był jakiś czas premierem Niemiec i znanym politykiem SPD - oczywiście wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy ...

Horst Imke był ze mną w Kościele Mariackim, w domu ??? 3:42:50 opatów??, pokazał mi gdańskiego żurawia i właściwie to jemu zawdzięczam, że znam nieco Gdańsk. Myślę, że rodzina by mi tego nie pokazała. Mój ojciec, jeśli jeździł do Gdańska, to miał tam do załatwienia swoje sprawy. Na pewno nie chodziłby on ze mną po Gdańsku, a matka robiła ze mną zakupy, ale nie pokazywała mi miasta. 

W 1943 roku Horst Imke przyjechał do nas do Nowego Dworu i poznał nasze miasto.

A dlaczego "piekarz"?

Bo był na biało ubrany .... itd.

Czy żuławiacy identyfikowali się wtedy ze swoim regionem?

Rolnicy żuławscy czerpali duże zyski ze swojej ziemi, mimo że poprzez utworzenie Wolnego Miasta wprowadzono cła i ich położenie pogorszyło się. Nie znam szczegółów, ale gospodarczo nie wiodło im się dobrze - w latach 30-tych oddłużano gospodarstwa żuławskie, co było niewątpliwie decyzją gospodarczo - polityczną.

Identyfikowali się na pewno z regionem. Moja mama pochodziła z Fuerstenau koło Nowego Dworu z rodziny XXXX. Jej rodzice mieli tam swój dwór. Przy wjeździe do tej samej wsi (jadąc z Nowego Dworu), stał jeszcze jeden dwór ich dalekiego krewnego. Był on większy i w bardzo dobrym stanie - Za czasów Republiki Polskiej zrobiono z tego gospodarstwo państwowe - dwór ten istnieje do dzisiaj. 

Gospodarze byli oczywiście świadomi swojego pochodzenia, opowiadano, (nie jest to moje wspomnienie wiem to od moich rodziców) że w zajazdach grano w skata, też na pieniądze. Istnieją na pewno historie, które potwierdzają coś takiego jak dumę czy identyfikację z regionem. 

Identyfikacja nie w sensie odrębności ... może z Rzeszą - tak, ale Rzesza była daleko. Z Polską? Bardzo trudno to powiedzieć. Już po wojnie pytano się mnie często, jaki był mój osobisty stosunek do Polaków. Zawsze odpowiadałem, że nie mieliśmy żadnego stosunku do Polaków, bo na Żuławach nie było ich prawie wcale. Zatrudniano pracowników sezonowych na dużych gospodarstwach, ale to raczej w Prusach Wschodnich, byli też Rosjanie, ale u nas gospodarstwa nie były takie duże - miały dobre plony, bo pszenica czy buraki cukrowe dobrze się sprzedawały.... ale identyfikacja z Polską ... nie wiem.

A inne objawy identyfikacji - np. własna kuchnia?

Tak, oczywiście. Nie wiem, czy były to potrawy charakterystyczne dla Żuław, czy dla regionu gdańskiego. Pan Spode wspomniał wczoraj o niektórych potrawach. Np. Pflaumenudeln, to makaron własnej roboty ze śliwkami, albo Appfelnudeln, ale czy były to potrawy konkretnie z Żuław, czy z Gdańska, tego nie wiem. 

Funkcjonowało takie powiedzenie: "Lepiej utonąć na nizinach niż uschnąć na wyżynach". Obrazowało to odrębność mieszkańców Delty, od Wysoczyzny, ale byłem za młody, żeby móc to samemu ocenić.

Więksi gospodarze, nieważne czy mennonici, czy nie, spotykali się w restauracji "Peckholz" w Malborku. Moi rodzice zaprzyjaźnieni byli z właścicielami serowni. Nazwisko, które się pojawiało to Howaldt - właściciel serowni w Mausdorf czy Lesewitz - wszyscy oni spotykali się u Peckholz, ale tylko z jakiejś szczególnej okazji. Nie przesiadywali tam - musieli przecież pracować. Życie towarzyskie istniało i na pewno można było tam zaobserwować swego rodzaju odrębność, ale na to byłem wtedy za młody, żeby móc o tym opowiadać.

Albo np. bal w Nowym Dworze - było takie stowarzyszenie Handlowców, biznesmenów, ale też nie wiem o tym zbyt dużo.

Brał pan udział w balu?

Nie, byłem za młody.

Jak wyglądał Pana pierwszy dzień w szkole?

W albumie, który dałem Markowi, mam fotografię, na której jestem ze szkolną torbą, ale sam nic nie pamiętam z tych dni. Moi pierwsi dwaj nauczyciele jeszcze żyją. Byli jeszcze na ostatnim spotkaniu w Damp. Mam jeszcze świadectwa z Nowego Dworu. Mój pierwszy dzień wyglądał na pewno tak jak zwykle w takim przypadku, ale w pierwszej klasie nie chodziłem prawie do szkoły. Miałem przewlekłe zapalenie ucha, przebyłem operację. W malborskim w szpitalu operowano mi ucho środkowe, tak więc nie mogłem brać udziału w zajęciach szkolnych. Nie było to dla mnie takie złe - musiałem odrobić moje nieobecności i otrzymywałem dodatkowo korepetycje.

Pamięta Pan jakieś dowcipy dotyczące nauczycieli?

Pamiętam, że podwórko szkoły ewangelickiej do której uczęszczałem było zawsze zakurzone. Woźny polewał czasem to podwórko wodą z węża. Jeden z nauczycieli stał w oknie, a ja podobno zawołałem: "Polej też tego xxx(belfra???)". Nauczyciel nie zrozumiał dowcipu i dostałem dość duże lanie, które przekraczało nieco granice zwykłego lania. Moi rodzice podobno interweniowali wtedy aż w szkole. Sam tego nie pamiętam - znam to tylko z opowiadań.

Mam jeszcze kilka wspomnień związanych z nauczycielami ze szkoły średniej (HOEERE). 

Był np. nauczyciel, który przychodził do szkoły w mundurze i miał całkiem żółte palce od papierosów - coś takiego się pamięta. 

U wspomnianego już księdza Kurowskiego mieliśmy też lekcje łaciny (wielu nauczycieli było powołanych do wojska). Przypominam sobie jedno zdarzenie: W stojącym do dzisiaj budynku, przybudówce do sali sportowej, na górnym piętrze mieliśmy lekcje z księdzem Kurowskim. Zapukał ktoś do drzwi, weszło dwóch mężczyzn w skórzanych płaszczach i zabrało księdza Kurowskiego z lekcji. Nie znaliśmy wtedy szczegółów, ale potem dowiedzieliśmy się, że było to gestapo, które wzięło go na przesłuchanie, bo podczas niedzielnej mszy powiedział rzeczy, których nie powinien był mówić. To jedno ze wspomnień, gdzie bezpośrednio otarłem się o gestapo

A co miał z tym wspólnego ten nauczyciel w mundurze?

Nic - to był inny nauczyciel. Mieliśmy z nim lekcje angielskiego - nie było to przyjemne. Po pierwsze z powodu munduru, ale przede wszystkim przez jego żółte palce.

Mieliśmy też kilka nauczycielek, ale w wieku lat jedenastu czy dwunastu nie ma się, jak by to powiedzieć, myśli erotycznych związanych z nauczycielkami - nie pamiętam, żebym do którejś wzdychał. Dzisiaj częściej się to zdarza, że uczniowie w tym wieku pamiętają nauczycielki, bo im się one podobały. Ze mną tak nie było.

Pana pierwsza miłość?

Wnuczka doktora Lampe w Passewark. Szliśmy w deszczu drogą prowadzącą ze Stegny do Mikoszewa. Droga cała pokryta była maleńkimi żabkami, których ona strasznie się bała.

Po wojnie pisałem do niej może raz, czy dwa razy, ale to było wszystko. Tak więc w Nowym Dworze nie przeżyłem swojej pierwszej miłości.

Jaką rolę odgrywała wtedy Tuga w życiu pana i pana rodziny?

Tuga dzieliła posiadłość naszej firmy. Łączył ją most Stobbego, który podobno najpierw był naszym prywatnym mostem, potem przeszedł w ręce miasta. Nie wiem, czy firma Stobbe naprawdę finansowała budowę mostu - na pewno miasto coś dostało - chociażby z podatków.

Tuga była dla mnie z dwóch powodów może nie tematem tabu, ale trzymano mnie od niej z daleka. Latem, bezpośrednio przy naszym domu stała (zacumowana) drewniana łódka. Nie mogłem nią oczywiście sam pływać, bo bardzo późno nauczyłem się pływać, mimo że przecież otoczeni byliśmy wodą.

Miałem lekcje pływania, np. u pana Pennera, który mieszkał w domu z kolumnami, który przed kilku laty się spalił. Całe pokolenia uczyły się u niego pływać, ale mi się to nie udało. Dopiero siostra kupca Kornowskiego (mieszkał też na tej samej ulicy), która była nauczycielką WF nauczyła mnie pływać. Było to w Ptattenhof, niedaleko zajazdu - restauracji. 

Ponieważ nie umiałem pływać musiałem trzymać się z dala od tej łódki.

Od naszego domu prowadziły schody nad rzekę i do pomostu, ale nie wolno mi było tam chodzić. Niebezpieczeństwo, że mogę wpaść do wody było zbyt duże.

Pływałem tą łódką z innymi, nawet są zdjęcia, gdzie jestem na łódce z opiekunką. Nawet raz wpadłem do wody i musiano mnie wyciągać.

Zimą niebezpieczeństwo polegało na tym, że rzeka zamarzała, a przy każdym domu, na wypadek pożaru, wyrąbane były półtorametrowe przeręble. Były one zabezpieczone tylko kijami, żeby nikt nie mógł tam wpaść, ale nie dopuszczano by zamarzły nawet podczas silnego mrozu. 

Przeręble były bardzo niebezpieczne: po pierwsze z powodu lodowatej wody, po drugie nawet lekki prąd mógł wciągnąć kogoś pod lód.

Z tych wszystkich powodów nie mogłem chodzić nad Tugę.

Dlaczego jeden człowiek uczył wszystkich pływać?

Zapewne dlatego, że nie było wystarczająco dużo nauczycieli pływania, czy wychowania fizycznego. Był w Nowym Dworze klub sportowy, czy klub wioślarski, ale nie pamiętam, żeby jakiś nauczyciel uczył nas pływać. Pamiętam moje dwie próby nauki pływania, ale też nie pamiętam, czy były to moje jedyne lekcje. 

Kiedy jeździliśmy do Passewark, czy Stegny, później już umiałem pływać, ale w morzu nie można dobrze się tego nauczyć z powodu fal - nie miałem tam też żadnego nauczyciela.

Wspominał pan o przeręblach. Był pan może świadkiem jakiegoś wypadku?

Nie, ale wiem (i potwierdzą to też inni nowodworzanie), że Firma Stobbe wycinała w zimie lód z rzeki. Były to bloki lodu, które zawoziło się do specjalnej piwnicy w budynku między prywatnym domem Stobbe, a Kościołem katolickim - w plebani kościoła katolickiego na ulicy Kirchstrasse. Nie byłem nigdy w tym domu, ale jako dzieci często widzieliśmy jak wwożono, czy wywożono stamtąd lód. Składowano go tam, bo wtedy nie było praktycznie czegoś takiego jak sztuczny lód - elektryczność mieliśmy dopiero w latach 30-tych. Do tego czasu przechowywano piwo, czy Machandla właśnie w tym naturalnym lodzie z Tugi. Lód taki zachowywał się do lata.

W jakiej sytuacji opuścił pan Nowy Dwór.

Opuściliśmy Nowy Dwór 23 stycznia 1945 roku, kiedy dostaliśmy wiadomość, że rosyjskie czołgi przebiły się przez Elbląg. Ofensywę radziecką odparto i mieliśmy spokój na ok. 2 miesiące. Był to przedwczesne uderzenie, które miało miejsce niedaleko nas. 

Nie sądzę, żeby wydano w Nowym Dworze rozkaz do ucieczki, ale bardzo dużo ludzi z wiosek żuławskich przestraszyło się i zaczęło uciekać właśnie po tym uderzeniu 23 stycznia.

My sami byliśmy przygotowani, ale ucieczka nie była taka prosta. Mieliśmy przecież firmę, a mój ojciec nie był żołnierzem i dlatego nie mógł, czy nie chciał uciekać - dlatego nie myśleliśmy tak o ucieczce na teren Rzeszy. 

23 stycznia pojechaliśmy ciężarówką z zaprzyjaźnionej serowni Howaldt do Sopotu. Dlatego do Sopotu, bo gdański przedstawiciel firmy Stobbe, pan Reiman, miał co prawda restaurację i napełnianie butelek w Gdańsku na ulicy Hundegasse, ale dom miał w Sopocie - i do tego domu pojechaliśmy.

Był to dom na tyle duży, że mogliśmy tam zamieszkać. Moja mama była w tedy w zaawansowanej ciąży i mój najmłodszy brat urodził się w Sopocie 6 lutego, czyli uciekaliśmy dwa tygodnie przed porodem. 

Do garażu tego domu przetransportowano też, oczywiście za zgodą partii, dużą część wspomnianego już przeze mnie starego Machandla. W Nowym Dworze załadowano beczki na ciężarówkę i przewieziono je do tego garażu, żeby je uratować - nie zdawaliśmy sobie sprawy, że możemy całkiem stracić tamte tereny, albo nie chcieliśmy o tym myśleć.

Przez te beczki mieliśmy problemy, kiedy 23 marca 1945 do Sopotu weszła Armia Czerwona. Nasza opiekunka, która mówiła po polsku, interweniowała u komendanta Sopotu, który beczki te skonfiskował, czy też zlecił ich pilnowanie, żeby zapobiec bezsensownemu wypiciu ich przez żołnierzy radzieckich - były to tysiące litrów alkoholu.

I co się z nimi stało?

Zabrano je. Oczywiście, że Rosjanie wypili ten alkohol, ale nie dostał się on w ręce zwykłych żołnierzy, którzy mogliby się nim upić.

Co robił pan w Sopocie?

Szkoły już nie było. Mieszkaliśmy tam i właściwie tylko czekaliśmy, jak potoczy się wszystko dalej. Pan Reiman słuchał wtedy angielskiej rozgłośni BBC, gdzie mówiono różne rzeczy. Były też ulotki marszałka Rokosowskiego, który uspakajał ludzi, że nic im się nie stanie. Nie sprawdziło się to potem, ale miałem wtedy 14 lat i nie byłem w stanie wszystkiego obiektywnie ocenić - sam byłem zagrożony, że wywiozą mnie do Związku Radzieckiego.

Mój ojciec był jeszcze w Nowym Dworze między styczniem, a marcem - tam ciągle jeszcze pracowano. Potem były jakieś walki w Nowym Dworze i właściwie nie jest to do końca jasne, ale najprawdopodobniej nasz dom został wysadzony w powietrze przez niemieckich żołnierzy.

Cała ulica Marktstrasse została spalona, mojego ojca wtedy już tam nie było - krótko przed 23 marca przyjechał on do Sopotu. On i pan Reimer zostali skontrolowani, w rezultacie czego zostali wywiezieni do Rosji na 4 i pół roku.

A pan i pana matka?

Ja, moja mama, młodsze rodzeństwo i opiekunka mieszkaliśmy najpierw w tym domu i przeżyliśmy zajęcie miasta przez Rosjan ze wszystkimi znanymi szczegółami, o których nie muszę opowiadać. Muszę też powiedzieć, że Rosjanie lubili dzieci i mam z tego okresu też pozytywne wspomnienia, ale generalnie było nam bardzo ciężko.

Potem zostaliśmy wygonieni z tego domu przez Polaków i mieszkaliśmy na ulicy xxxx, a ta willa stała i stoi do dziś na Wilhelmstrasse, niedaleko Seestrasse. Na ulicy xxxx mieszkaliśmy do końca sierpnia 1945, skąd po sprzedaży kilku pozostałych nam rzeczy dostaliśmy się do xxxx pod Szczecinem, stamtąd do Berlina i do rodziców mojej mamy do Saksonii.

Nie zostaliśmy więc przesiedleni, ale wiedzieliśmy, że Niemcy będą musieli opuścić te tereny. Opuszczaliśmy te strony nie całkiem pod przymusem, ale przeżyliśmy to samo co inni wypędzeni (przesiedleńcy)... Pół roku mieszkaliśmy jeszcze z Rosjanami i Polakami, opisuję to również we wspomnieniach, był to dla mnie bardzo emocjonujący okres. 

Miałem 14 lat, nie było mojego ojca i musiałem robić rzeczy, których zazwyczaj czternastolatek nie robi. Musiałem starać się o drzewo do palenia, o jedzenie, pieluchy dla najmłodszego brata i inne rzeczy. W sierpniu chodziliśmy nawet nad morze się kąpać, między Sopotem i Jelitkowem, kiedy już usunięto z plaży zwłoki i inne rzeczy, które tam były.

Musieliśmy uważać, bo nie znaliśmy polskiego. Pamiętam, raz kiedy nieśliśmy drzewo zerwane z jakichś ogrodzeń, zostaliśmy zatrzymani przez polskie dzieci (Jugend), które chciały nas zbić.

Były to dla nas po prostu straszne czasy.

Co wiedział pan o Sztutowie?

Funkcjonowało pewne powiedzenie nie tylko w naszej rodzinie. Kiedy się chciało powiedzieć komuś coś niemiłego, może nie gdy miałem 12 lat, ale np. na kogoś z partii, mówiło się: "Bądź cicho, bo trafisz (pójdziesz) do Sztutowa".

Mówiło się tak nie tylko do dzieci, ale też do dorosłych - było to znane powiedzenie. 

Osobiście byłem raz nawet w Sztutowie w środku, w części należącej do Wschodnioniemieckich Warsztatów. Byliśmy zaprzyjaźnieni z ostatnim NAdleśniczym Stegny, panem Neumenem. Pan Neuman miał zepsutą strzelbę, która była naprawiana w tych warsztatach i właśnie tam z nim byłem. Mam tylko niewyraźne wspomnienie z tym związane. Duża hala, gdzie pracowali więźniowie, prawdopodobnie przy broni Wermachtu, ale nie pamiętam szczegółów.

Co wiem na pewno z własnego doświadczenia, to to, że w Nowym Dworze więźniowie byli przeładowywani z koleji szerokotorowej do kolejki wąskotorowej, albo sami przeładowywali towary. Byli pod strażą i mieli na sobie pasiaki, więc wiadomo było, że są to więźniowie z obozu.

Jednak mogę o sobie powiedzieć, że mając 12 czy 14 lat nie byłem świadomy zła. Według propagandy więźniami byli tylko Rosjanie i Polacy. W myśleniu zakodowane mieliśmy, że miejsce Rosjan i Polków jest właśnie w obozie. Miałem wtedy kilkanaście lat i nie dociekałem prawdy. Nie pamiętam, czy te rzeczy omawiane były w Jugendvolk.

A w rodzinie?

W rodzinie nie omawiano wielu rzeczy przy dzieciach - było to z pewnością też niebezpieczne. 

Mieliśmy często gości, którzy byli wojskowymi. Produkowaliśmy alkohol, a niektórzy dalsi krewni byli oficerami Wermachtu, czy Marynarki. Odwiedzali nas dla towarzystwa - żeby napić się Machandla czy dobrze zjeść. Było to może 5, 6, może 8 osób, które odwiedzały nas jadąc np. do Malborka, Elbląga, Gdańska, czy Gdyni. Np. kuzyn mojego ojca, zmarły w Elblągu, był ostatnim szefem komórki szpiegowskiej obrony wschodu, którego dowódcą był admirał Canaris? Edward Stobbe był kapitanem na morzu - po wojnie mieszkał długo w Wilhemshafen.

Marynarka wojenna, potwierdzą to ludzie starsi ode mnie, była najmniej narodowosocjalistyczna. W marynarce było wielu socjaldemokratów, czy tzw lewicowców. Oczywiście służyli tam również młodzi oficerowie-naziści, nie przeczę, ale w porównaniu do innych formacji wojskowych marynarka bardziej sceptycznie odnosiła się do narodowego socjalizmu.

Na jedno pytanie nie potrafię sobie do dziś odpowiedzieć, gdyż byliśmy inaczej wychowywani. Chodzi mi przysięgę wojskową. Wszyscy byli przecież zaprzysiężeni - wcześniej przed Cesarzem, a później przed głównodowodzącym Wermachtu, Adolfem Hitlerem. Jak daleko można było tę przysięgę złamać ?? wobec mordu tyrana??? Pytanie to w kręgach oficerów było często dyskutowane. Odbywało się to oczywiście za zamkniętymi drzwiami i na pewno nie mógł tego usłyszeć 12, czy 13 letni chłopiec. Znam te historie z późniejszych opowiadań wujka, czy moich rodziców. Dyskutowano też o zamachu na Hitlera 20 lipca 1944 i częściowo go popierano, ale do końca nie mogli się oni zdecydować.

Kiedy myśli pan o dzieciństwie: Co pamięta pan jako najszczęśliwsze wydarzenie w pana życiu?

Ogólnie można powiedzieć, że moje dzieciństwo było dla mnie szczęśliwym okresem. W Nowym Dworze, inaczej niż w Gdańsku, ale na Żuławach żyliśmy do 1945 roku w całkowitym spokoju. Nie czuliśmy bespośrednio, że trwała wojna. Oczywiście, że Nowodworzanie ginęli na wojnie. Pamiętam ubrane na czarno kobiety, które płacząc wychodziły z Kościoła, bo ich mężowie zginęli na wojnie. Widziałem też nekrologi w gazetach. Ale nikt z naszej rodziny nie uczestniczył bezpośrednio w wojnie. Mieliśmy jedzenie i picie - w przeciwieństwie do miast na zachodzie Niemiec, gdzie były naloty bombowe.

Propaganda informowała nas coraz częściej o wojnie, a po Stalingradzie wielu ludzi zaczęło się coraz bardziej nad tym zastanawiać. Po wojnie dowiedziałem się, że w wielu rodzinach twierdzono, że ostatecznie przegraliśmy wojnę wypowiadając ją Związkowi Radzieckiemu. Czegoś takiego do 1945 nikt by nie powiedział w obecności dziecka, ale w niektórych kręgach ludzi mówiono coś takiego. 

Oczywiście byli naziści, w rodzinach takich jak moja, czy wśród rolników żuławskich, ale większość społeczeństwa wywodziła się z mieszczańskich tradycji. Można by ich nazwać nacjonalistami (a nie: narodowymi socjalistami), czyli może wiernymi cesarzowi. Moja ciocia na przykład była do 1945 roku w związku Księżnej Luisy wywodzącej się z monarchii, a po wojnie była dalej monarchistką ?? Tak więc dla ogółu narodowy socjalizm nie był pasującą do nich ideologią. Ojciec przystąpił do partii w 1938, czy 39 - nie można było tego uniknąć, ale nigdy nie objął żadnego stanowiska. W 1942 był zdaje się doradcą gospodarczym, ale na pewno nie uczestniczył regularnie w zebraniach. Nie był z pewnością człowiekiem stawiającym opór - miał już taki charakter. Ale rolnicy żuławscy, również mój ojciec byli sceptycznie nastawieni do Trzeciej Rzeszy. Ojciec zawsze narzekał, że wiele osób w Niemczech, też w Nowym Dworze "dorobiło się" wbrew swojemu wykształceniu, czy pochodzeniu. To bardzo subiektywne zdanie. 

Przewodniczący okręgu nowodworskiego pan Asch nazywany był w naszej rodzinie panem "Błędem Drukarskim" (gra słów: Arsch=dupa). Nie mówiono tego tak otwarcie, ale pamiętam to. Tak się po prostu mówiło: Człowiek ten był blacharzem - nie było to nic złego ale jakoś nie pasowało do tego stanowiska. To były rzeczy, które były odbierane negatywnie.

To są te rzeczy, które można by ogólnie powiedzieć. A pana osobiste szczęście? Może pamięta pan jakiś szczegół ....

Np. któregoś dnia wolno mi było z rodzicami zasiąść do obiadu przy jednym stole i nie musiałem być już karmiony. Dawano nam jedzenie osobno, a gdy mieliśmy gości, byliśmy tylko krótko im przedstawiani. A ja jako najstarszy (siostra była 6 lat młodsza) mogłem już robić rzeczy, których moje rodzeństwo nie mogło. Nie wiem, czy wolno mi było więcej od moich kolegów ze szkoły. Przypominam sobie dwie kuzynki z Berlina (starsza miała dwa lata więcej niż ja), które mieszkały u nas i chodziły w NOwym Dworze do szkoły z obawy przed nalotami bombowymi na Berlin. Starsza kuzynka mogła np. iść na operetkę "xxxx", a ja nie mogłem. Zrobiłem rodzicom straszną awanturę, że przecież to ja jestem ich synem, a ona tylko u nas mieszka. Miałem wtedy zaledwie 12, czy 13 lat. 

To właściwie negatywne wspomnienie, bo poczułem się niedoceniony.

Ale takiej odrębnej historii nie przypominam sobie. Minęło już sporo czasu. Niektóre rzeczy, które mówię, albo napisałem we wspomnieniach uświadomiłem sobie dopiero w trakcie rozmów z rodzicami lub krewnymi. Mając 12, czy 13 lat nie zapamiętuje się wszystkiego tak, żeby można było o tym dziś opowiadać. Inni na pewno zrobią to lepiej ode mnie.