Jürgen Schlenger

 

Kiedy myśli pan o swoim dzieciństwie, o młodości - to czy przypomina sobie jakieś wydarzenie z czasów żuławskich, które do dnia dzisiejszego pozostaje w pana pamięci? Coś jednorazowego, niepowtarzalnego?

Dla mnie osobiście doświadczeniem szczególnie mocnym była śmierć ojca. Mój ojciec umarł w sierpniu 1944. Miałem wtedy 13 lat...i to było coś...Wie pan ja byłem dzieckiem tatusia - istnieje coś takiego jak synkowie mamy i synkowie taty - mój brat był dzieckiem mamy, również i z wyglądu. Był jak moja matka ciemny, prawie typ hiszpański, czarne włosy, ciemna cera; podczas gdy ja wyglądałem zupełnie inaczej. Smukła buzia ...mój brat wyglądał rzeczywiście jak ...ach...naprawdę jak jakiś piosenkarz hiszpański. Dziewczęta szalały za nim. Jeszcze do dzisiaj opowiada mi o pewnych koleżankach ze szkoły... Ja byłem dzieckiem ojca. Byłem ciągle przy moim ojcu, z nim na polowania, na ryby, stąd też pochodzi mój zawód. Mój brat ma zupełnie inny zawód. Ja byłem jak zaprogramowany do tego zawodu. Mój dziadek powiedział kiedyś ... nie wiem tego dokładnie, to moja matka opowiadała mi, że ja jako dziecko, 4 lata, biegałem koło młyna: " on będzie młynarzem". To było jak zaprogramowane. I wszedłem w ten zawód chociaż to nie było już takie łatwe. I miałem dużo szczęścia i powodzenia.

Pogrzeby ...Jak to było z pogrzebem pana ojca?

Tak, to było tak...w tym czasie wyjechałem do Nickelswalde, na obóz przysposobienia obronnego , gdzie musiałem pracować w kuchni i robić pobudkę chłopakom. Nie miałem tam żadnych ważniejszych funkcji. Dla takiego chłopaka to było fantastyczne, ponieważ nie musiałem iść do szkoły. I tam zachorowałem. Miałem krosty na stopach. Trzeba było do Gdańska. Tam stali żołnierze Wermachtu i powiedzieli mi, kiedy tam dojechałem, ze powinienem natychmiast znikać...jeden z żołnierzy dał mi jakąś maść i wziąłem nogi za pas. I p tym dzwoni do mnie moja matka, że mój ojciec ciężko zachorował. Mój ojciec zmarł 20.08.1944 w szpitalu pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny w Gdańsku. No a my dzieci...Mojego brata wtedy nie było, on był już w wojsku, w lotnikach, a więc na krótko przyjechał, a ja wylądowałem u mojej ciotki w Sopocie, aby mnie trochę ochronić, bo byłem przecież dzieckiem ojca! Na pogrzebie, mój brat przyjechał, dostał 2 dni urlopu, ja jakoś tego wszystkiego nie uświadamiałem sobie. To było tak szokujące przeżycie...Pamiętam, w kościele, ponieważ mój ojciec był bardzo znanym człowiekiem, wieńce leżały prawie całą podłogę! I kiedy niesiono już trumnę to ci co ja dźwigali, musieli iść po tych wieńcach... To było ogromne przeżycie. Ojciec mój został pochowany tam, gdzie dzisiaj stoi kamień. To było niezwykle podniosłe...Mój ojciec był myśliwym. Tam były więc, jak to bywa, rogi jelenie i salwy...Ja byłem jednak podłamany. Także w szkole nie szło mi już tak dobrze...ale potem wszystko się unormowało. To było po prostu takie przeżycie ...nie miałem ochoty na cokolwiek ... Pogrzeb ten to okazja do zjazdu całej rodziny...mam zresztą jeszcze zdjęcia...mogę je skopiować. Moja matka musiała więc zająć się częścią firmy w zakresie zarządzania, bo mój dziadek był już zbyt stary, i robiła to aż do roku 1945. Pojawiły się też rozmaite sprawy związane ze spadkiem...

Jak wyglądało życie jednej z najbogatszych rodzin w Tiegenhof?

Było tak, trochę inaczej niż w innych rodzinach... Tak więc moja matka, która odznaczała się wielką radością życia, ojciec był bardzo rygorystyczny, wiedział bardzo dużo, miał niezliczone powiązania. To wszystko chciał nam mnie i mojemu bratu przekazać, nauczyć nas...

Na przykład co?

...np.: jak się powinno jeść! Przede wszystkim jak się je rybę! Mój brat kiedy był już w wojsku jadał pomiędzy oficerami i musiał umieć jeść rybę. Mój ojciec zaplanował dla nas wszystko, Także skoki z trampoliny na basenie...

Życie w tej rodzinie, która miała w końcu dobre warunki, toczyło \się bez opiekunki do dzieci. Mija matka nie chciała tego. W innych rodzinach było inaczej. Moja matka nie zrobiła tego. Wychowywaliśmy się więc pod matczynym kloszem, ale w dyscyplinie. Mój dziadek, który zmarł wcześnie, był wielkim milczkiem. Nie odzywał się wcale. A przecież był człowiekiem z osiągnięciami...

Życie zaczynało się rano...musieliśmy do szkoły o 7.30 , w lato o 7.00. Ale mój ojciec nalegał zawsze abyśmy jadali o 12,00 w domu. Chociaż nie z cała rodzina ale w kuchni! Ojciec o 13.00 musiał już być z powrotem w zakładzie, tego wymagały obowiązki. On był jeśli chodzi o interesy naprawdę bardzo akuratny. Popołudniami siedzieliśmy nad zadaniami domowymi; czasami zostawali u nas nasi koledzy, zwłaszcza jeden syn lekarza z Marzęcina, jeśli nie zdążył na autobus. W czasach gdy pojawiły się Bombenkinder czyli (dzieci z bombardowanych miast niemieckich) a z nimi w ramach akcji "Kinderlandverschickung" przyjeżdżały do nas dziewczęta np. z Kolonii. U nas nie było prawie wcale dziewcząt w całej rodzinie. Nasza rodzina finansowała tez dzieci pewnego prawnika z Gdańska, który zmarł. Wyrośli z nich wspaniali ludzie...

Mój dziadek kupił młyn, ale nie dom mieszkalny. Moja matka spłaciła ten młyn jakieś 100 tys. DM w latach 1908-1914! Mój ojciec był tez wspaniałym fachowcem. Kiedy o tym myślę teraz to było rzeczywiście bardzo lukratywne przedsięwzięcie, co on stworzył. Tylko ten dom mieszkalny, który stoi jeszcze na ul. Westerplatte 1, ...W nim mieszkała rodzina ale jednocześnie znajdowało się biuro katastralne. I tak do 1927. Mój brat urodził się w 1926. A więc dopiero później wprowadziliśmy się do tego domu. Ja urodziłem się w 1931 w Gdańsku w domu "Pod bocianim gniazdem". We Wrzeszczu. Byliśmy dziećmi po cięciu cesarskim. Otrzymaliśmy dziwne na owe czasy imiona. Eberhard , mój brat i ja Jürgen. Top przez ciotkę. Była bardzo zorientowana w literaturze. Dużo czytała...Wzięła te imiona od Theodora Storma.

Opowiem anegdotę: moja koleżanka szkolna, którą spotykam jeszcze, dała mu na pierworodnemu także Jürgen..

Odnośnie rodziny mogę jeszcze powiedzieć, ze dziadek zmarł w 1935, trochę go znałem. W tym samym roku miał miejsce wybuch komina w Tiegenhof. W tym czasie przestawiono się z energii parowej na gazową. Zastosowano agregat od Schichaua z Gdańska. Komin był jednak przystosowany do spalin parowych. Gazy u zgromadziły się w kominie i spowodowały wybuch. Gaz pozyskiwany był z koksu. Mieliśmy wprawdzie kilka urządzeń elektrycznych ale głównym źródłem energii był gaz z tym agregatem, od Schichaua. Dość skomplikowane urządzenie ale na tamte czasy całkiem nowoczesne. Moja ciotka nieomal zginęła...W Tiegenhof wszyscy o tym wiedzieli . Gazeta o tym też napisała...Firmy jednak to nie dotknęło. W tamtym czasie młyn produkował 25 ton mąki na 24 godziny.

Mój ojciec i jego rodzeństwo pochodzili ze Stutthofu. Tylko najmłodsza ciotka urodzona jest w Tiegenhof. Moja ciotka Olga mieszkała wtedy w Sopocie. Dziadek kupił jej dom - Kaiserhöhe - to jeden z najpiękniejszych domów w Sopocie. Byłem tam...Muszę jeszcze raz z Bolkiem...

Mój wuj zginął w wypadku motorowym. Z rodzeństwa pozostali wtedy mój ojciec i jedna ciotka. I ten wujek Kurt, był muzykiem w Berlinie. Był znanym człowiekiem. Napisał pracę doktorska o układaniu ust na flecie. Był flecistą u słynnego Kurta Furtwänglera. Organizował audycje radiowe dla dzieci w roku...1932. Audycja nazywała się "Kolorynka" ( Kunterbunt). To było coś nowego audycje dla dzieci. Babka była dumna z tego. Dziadek już nie żył. A ciotka, jego żona śpiewała operetki. Wujek pracował w radiu w Berlinie, przeniósł się potem do Königsbergu, a ciotka, za mężem, przeniosła się też. Ona pochodziła z okolic Norymbergii, Frankenland. Tam mówiono do niej, w tamtejszej gwarze: "Czy ty panienko dokąd ty jedziesz? Tam wilki szczekają!" Ona dożyła 96 lat! Zmarła w zeszłym roku. Znała wszystkie sławy aktorskie tamtych czasów. Ostatnimi laty dużo do siebie telefonowaliśmy. Ona była wielbicielką Köpkego, twego bramkarza z narodowej Reprezentacji. On ma siec zakładów fryzjerskich. Czesała się u niego...Mój dziadek był członkiem Rady Miasta w Tiegenhof w czasie I wojny. Po 1918...nie pamiętam. Wiem, że zajmował się zaopatrzeniem w żywność. Był typem konserwatysty. Mój ojciec natomiast nie był wielkim wielbicielem cesarza. Jako żołnierz frontowy z I wojny był zorientowany raczej liberalnie. I kiedy zobaczył tych brunatnych nie był zbytnio zachwycony. Nie był ich entuzjastą. Można powiedzieć, że był przeciwko, ale nie mógł tego wyrazić otwarcie. Ale tu i ówdzie dał temu wyraz i dlatego trochę podpadł...Czy był w partii tego nie wiem, nie sądzę jednak...Angażował się społecznie wraz z innymi znajomymi z tej generacji jak rodzina Manser, czy koledzy z Schützenverein...itd. Ale nie politycznie, to go nie pociągało. Podobnie w interesach nie był, ja bym to nazwał, oportunistą. Kiedy wybuchła wojna, został zmobilizowany ale tylko na krótko, bo był już za stary. Miał wtedy 43 lata. ...Wrócił do domu i wtedy zaproponowano mu: "Panie Schlenger, pan mógłby dostać i ten młyn w Dirschau (Tczewie) ..." A on na to: " Kradzionego nie biorę" I to zostało mu zapamiętane...Nie doszło do jakichś następstw politycznych czy gospodarczych ale to słowo " kradzionego nie biorę" nie zostały mu zapomniane.

Co pana fascynowało szczególnie w tych wszystkich maszynach we Młynie. Chodził pan do młyna i patrzył na to wszystko.

Młyn tak wówczas, jak i dzisiaj, jest czymś szczególnie niebezpiecznym. Tam jest bardzo dużo części ruchomych. Jako dzieci zachodziliśmy tam rzecz jasna patrzeć. Była tam winda ! Szczególnie chętnie używana przez dzieci...Tak było i tak jest. Ludzie, którzy tam pracowali patrzyli na to niechętnie. Mieli oni wtedy, dzisiaj jest inaczej, dzisiaj mamy odkurzacze, a oni mieli takie pejcze...Kawałki skóry na trzonku drewnianym, którymi usuwali kurz ze swoich ubrań po skończonej pracy. No i mówili często do nas: " Uważajcie, bo zarobicie zaraz tym batem..." Ale najgorsza groźbą było, kiedy straszyli że wsadzą nas do worka. ....Bardzo było niedobrym kiedy dotykaliśmy pewnych części żelaznych w maszynach. Nie tylko dlatego, ze mogło to nas wciągnąć do maszyny ale i z tego powodu, że dotknięcie ręką powodowało rdzewienie! Na rękach jest pewien kwas...

Próbował pan opierać się losowi, jaki wyznaczył dla pana ojciec, tzn. że ma pan być młynarzem?

Nie! W najmniejszym stopniu. Wydawało mi się wtedy i dzisiaj też tak to widzę, a w tej dziedzinie doszedłem przecież do pewnych osiągnięć, że jest to fascynujący zawód. Z dwóch powodów: każdego roku praca wyglądała inaczej bo ziarno, zbiory przebiegały inaczej; już ze względu na okres wegetacji i inne czynniki.

Poza tym człowiek miał do czynienia z techniką a ja jestem człowiekiem techniki i niezliczone kontakty z ludźmi. W czasach żuławskich te wszystkie kontakty, w których brałem udział....To nauczyło mnie ogromnej swobody w byciu z ludźmi. Również i dzisiaj mam doskonałe stosunki kierownikami zmian czy kierowcami. Mojemu następcy powiedziałem, że nie można kierować przedsiębiorstwem w sposób autorytarny. Może dlatego tez miałem tyle osiągnięć...Jak miałem opuścić już interesy w 1994, na dwa lata wcześniej zaangażowałem już mojego następcę. Wtedy tez dopiero zrozumiałem jak bardzo byłem znanym w tym środowisku, pomiędzy moimi kolegami czy konkurentami.

Jak to było z ta szmuglowana lokomotywa?

( śmiech) Ach, już pan o tym wie...Lokomotywa była schowana...Ale podobnie było ze statkiem pewnym, który też leżał w bagażniku w samochodzie. Ojciec miał wtedy auto angielskie - Hillman. To był pojazd! No więc ten statek leżał w samochodzie. I kiedy matka musiała otworzyć bagażnik zobaczyła ten statek i powiedziała, " O Boże, dzieci znowuż coś zapomniały; wczoraj byliśmy w Stegnie..."Do Elbląga jeździło się po zabawki, bo Tiegenhof tego nie było .Na czas zakupów dzieci zostawały w pewnej gospodzie, w której była papuga. To była frajda, bo w Tiegenhof nie było papugi. ( Jeszcze dzisiaj rozmawiałem o tym z Heinrichem Stobbe) Tam zostawaliśmy ze trzy godziny a rodzice szli na zakupy.

Co do finansów - Gulden był waluta Wolnego Miasta ale w Elblągu była Marka. A mój ojciec miał w Elblągu dwa domy, kupił je od dziadka, i my korzystaliśmy z pieniędzy pochodzących z wynajmu tych domów. Wymieniać można było bowiem tylko ograniczone ilości guldenów. Te wymiany mogę do dzisiaj śledzić po stemplach w paszporcie mojej matki. Tak więc kupowaliśmy zabawki w Elblągu. Ale były też i inne zabawki zrobione przez pracowników młyna. Ja miałem z nimi doskonały kontakt. Byli dla mnie jak wujkowie. Zwłaszcza jeden, kierowca, który jeździł z moja matką, np. do Gdańska. Ojciec nie bardzo to lubił, bo on jeździł bardzo szybko. A ojciec jeździł bardzo ostrożnie. Kiedy jechaliśmy do Stegny to naszym obowiązkiem było zapamiętanie numeru naszego samochodu, aby łatwiej było go później odnaleźć. Do dzisiaj pamiętam ten numer: DC 3840 !

Mój dziadek zdecydował, że wszystkie dzieci musza nauczyć się grać na jakimś instrumencie. Ja zacząłem na skrzypcach ale nie szło mi najlepiej...Ale muzyka była. Moja matka grała na pianinie, ojciec na skrzypcach, wujek na flecie. Wieczorami muzykowało się w domu. Ojciec, w czasach jeszcze filmu niemego, grywał w kinie w Tiegenhof do filmów, co robił bardzo chętnie. Gdzieś w latach 20-tych... Grali też dla rozrywki w Stegnie w Domu Muzyki. Ich grupa nazywała się "Ete" z francuskiego " lato" bo ich dyrygent nazywał się Hari Sommer. Grali do tańca...Moja matka nie lubiła tego. A my, dzieci, mieliśmy w tedy całkowita wolność bo ojciec był zajęty...Ojciec zawoził nas i przywozi Stegny. W ferie mieszkaliśmy u Kerstenów. W rodzinie rybackiej. To pamiętam. Matka woziła nas takim dziecięcym wozem drabiniastym; ciągnęła nas jakieś 3 kilometry do plaży...Nie było to łatwe. W Stegnie był taki mały bulwar, promenada... Spędzaliśmy bardzo dużo czasu na plaży. Wyglądaliśmy jak dzieci z Maroka a nie jak Niemcy. Opaleni.

Mój dziadek kupił kiedyś Fiata. Olbrzymie auto. Do ośmiu osób. A ojciec kupił Wanderera, poprzednika Audi. To auto miało otwarty dach - to było coś. Tak więc jeździliśmy do Prus Wschodnich ; ojciec pokazywał nam Mazury, lasy...To było wspaniałe widzieć coś innego. Odwiedziliśmy też raz naszego wujka w Königsberg. To była już słynna postać. On był tez organista, grywał czasami w Tiegenhof. Takie wycieczki robiliśmy na Wielkanoc i na Zielone Świątki. Wtedy też korzystało się z tej w połowie ukończonej autostrady do Königsberg.

Wspomniał pan o kinie. Czy odegrało ono jakąś rolę?

Tak. Kino kosztowało wtedy 26 Pfennigów, w pierwszym rzędzie. Kino było na rogu Stobbestrasse i Bahnhofstraße. Czy i dzisiaj nie ma tam kina? W pewnym momencie zostało unowocześnione. Przed kinem były wywieszone fotosy filmowe, plakaty...Matka nie ceniła kina za nadto, ale ojciec traktował to bardziej na luzie i dawał nam pieniądze. Matka chciała nas zatrzymać w domu. 

U nas były dzieci, jeszcze w latach przedwojennych, z tzw. słabych socjalnie rodzin. Później dwie dziewczynki z okolic, i jeszcze dwie inne z Kolonii....Mam kontakt z nimi do dzisiaj. Potem inne dzieci, kuzyni...W czasie wojny dzieciom nie było wolno pozostawać w Gdańsku. U nas mieszkały. Nic nie płaciły; jedliśmy przy tym ogromnym stole...Rodzina z Sopotu przyjechała; wujek był przy sądzie w Gdańsku. Wtedy urzędnicy nie zarabiali dużo, nawet te grube ryby. Mój wujek z Sopotu był wielkim ekscentrykiem. Kiedyś u usłyszał, ze piersi czapli są doskonałym przysmakiem. Mój ojciec upolował więc ze dwa ptaki, za specjalnym pozwoleniem, bo były one pod ochroną. No i mieliśmy te piersi. Matka wątpiła od razu w ich smak, bo przecież one żywią się rybami...Jedliśmy je z długimi zębami...Prawie wszystko po obgotowaniu poszło dla psów, które też nie miały na nie ochoty... Ten wujek przyjeżdżał do nas na raki. Rzeczne raki Potrafił ich zjeść do 15! To był fenomen dla nas. Wujek, kiedy do nas przyjeżdżał to przywoził swoja plastikową wannę. Napełniał ja wodą i się kąpał. Nie lubił używać cudzych wanien...taki oryginał. Snob!

Przyjeżdżali do nas też inni ludzie. Z Gdańska ...

Jak wspomina pan moment, kiedy te czasy, o których pan opowiada, załamały się?

Dla mnie punktem przełomowym była śmierć ojca. Generalnie cały ten czas to trochę jakby XIX wiek. Wtedy w Tiegenhof XIX wiek jeszcze się nie skończył. Tak to dzisiaj widzę...Ta wielka rodzina, z krewnymi, sąsiadami...Tak to widzę.

Mój brat był lotnikiem we Wrocławiu. Byliśmy w kontakcie listownym. Ja pozostałem z matka w domu. Ojciec nie żył. Babcia była po 780-tce. Interesy musiały iść dalej. Mieliśmy dobrego zarządcę. I tak dotrwaliśmy do stycznie 1945 .

Moja matka powiedziała.....tak jak i mój ojciec...On prorokował: " Jeszcze będziecie jeść z jednej miski..." Z tymi brunatnymi nigdy nie będzie dobrze. Oni nas wykończą. A kiedy doszło do lądowania aliantów w Normandii powiedział do mnie: " Chłopcze - to koniec".

Musieliśmy uciekać. Pamiętam jeszcze w 1943 roku - mieliśmy kominek w domu, chyba do dzisiaj tam jest. Z całym oprzyrządowaniem czyli tzw. kompletem kominkowym, trochę jak u Anglików. Ojciec wziął kiedyś te cęgi kominkowe i przyłożył mi je do uszu. One tak dziwnie dzwoniły....Ojciec powiedział: " To nie będą nigdy dzwony pokoju". To było bardzo przejmujące dla mnie. Takie proroctwo...On to powtórzył jeszcze gdzieś publicznie i to było znowuż źle przyjęte.

W styczniu 1945 opuściliśmy dom. Ojciec zakopał w ogrodzie 200 litrów benzyny. Za to groziła śmierć...Beczka benzyny...Zatankowaliśmy Wanderera i udaliśmy się w kierunku Gdańska. Nie bezpośrednio. Przez Lingenau. Tam zdarzyła się też pewna historia:

Przywieziono zabitych żołnierzy Wermachtu. Właśnie do Langenau. Nie było tam już nikogo poza starymi kobietami. I my młodzi zebraliśmy się i wykopaliśmy grób aby pochować te ciała. I ja to też robiłem. Jakieś 20 czy 25 ciał...Pochowaliśmy całkiem bez ceremonii. Czasami mówię o tym jako czarny humor, że jestem jedynym grabarzem w okolicy...

Pojechaliśmy do Sopotu. Tam zamieszkaliśmy u krewnych. Matka znała tam mnóstwo ludzi, bo chodziła do Victoria-Schule w Gdańsku. Znała pewnego oficera, który załatwił nam wyjazd pociągiem ewakuacyjnym. Tak więc beż wielkiego bagażu, w nocy, udaliśmy się do pociągu szpitalnego, włoskiego zresztą. Stał na torach, bardzo nowoczesny, cały biały. Jak Raj.

Mój brat był poinformowany o naszych krokach...Wtedy nie wolno było cywilom kontaktować się z wojskiem. Mieliśmy bardzo mało do jedzenia... Ale taki jeden oficer, lekarz ze Stuttgartu, którego próbuje odnaleźć...mój Anioł Stróż zaproponował mi coś do jedzenia; no i tak dotarliśmy do Wismaru. Nie znaliśmy tam nikogo...Potem do Rotenau, gdzie mieszkali dalecy krewni mojej matki. Nie musiałem chodzić do szkoły, co było całkiem przyjemne ale Anglicy i Amerykanie bombardowali i dlatego nie było tam całkiem bezpiecznie. A więc dalej - do Meklemburgii, do wujka Juliusa Hinza, koło Güstrow. Wuj Juliusa, Otto , był elektrykiem. Tam puściliśmy w ruch centryfugę... Produkowaliśmy masło. To było zabronione. Ale i tam stało się niebezpiecznie. Pojawili się Rosjanie. Przenieśliśmy się w kierunku na Schwerin. Po drodze przyglądałem się angielskim lotnikom. I raptem pojawili się Amerykanie. Ja potrafiłem już wtedy całkiem dobrze po angielsku. Pytali mnie skąd jestem. A jeden, pułkownik, był chyba pochodzenia niemieckiego, bo mówił doskonale po niemiecku. On proponował nam, aby się przenieść bardziej na Zachód. Ale my nie mogliśmy. Tak więc znaleźliśmy się w jakiejś willowej w Schwerinie. Wszędzie pełno amerykanów. Moja matka była osobą rzutka, nawiązała szybko kontakty; ja również z jednym z kucharzy amerykańskich. On był czarnoskóry.! Dał mi kiedyś kawał gotowanego mięsa...To był mój pierwszy kontakt ze światem amerykańskim. Poznałem też kolegów tego kucharza. Oni dali mi gumę do żucia. Myślałem sobie, że to muszą być fajni ludzie ci amerykanie. Ten ich sposób bycia swobodny...Później przyszli Anglicy.

Mieszkaliśmy w Schwerinie. Jak przyszli Anglicy - ta słynna brygada "Szczurów Pustyni" od Montgomerego...Bardzo mi się podobali, za pomocą granatów ręcznych łowili ryby...

W Schwerinie nie było źle ale miasto było przepełnione. Moja matka więc zdecydowała, że przeniesiemy się do Rostocku. W Rostocku nawiązałem kontakt z Rosjanami. Dzieci miały tę łatwość...To byli młodzi chłopcy, jakieś 16-18 lat...Od Rosjan wytargowaliśmy sól. Generalnie nie było w ogóle soli! A Rosjanie sól mieli. Wzięli nas raz do wyładowania transportu soli, a my z tej okazji skorzystaliśmy. Bez soli jest ciężko. Sól jest jak złoto.

Zaproponowano nam dom na obrzeżach miasta. Ale daleko od miasta. Był piękny ale co my mieliśmy tam robić? Nie było żadnego połączenia autobusowego. Wróciliśmy do Rostocku. I tam moja matka - znowuż szczęśliwy traf - spotkała Manfreda Reibe. On był synem dyrektora z Tigenhof. Jego ojciec był dyrektorem gimnazjum. Miał żonę żydówkę. W rozmowie z nim moja matka doszła do wniosku, że nie mamy tutaj czego szukać; że trzeba znikać. Nie było to takie proste, ale on wystarał się dla nas o przepustkę. I wystarał się. Było na niej napisane, że wszyscy, którzy nas spotkają, powinni nam okazać pomoc. Dojechaliśmy do Berlina.

Tam spotkaliśmy Helmuta van Bergena. Pochodził z Żuław z Rosenort. Bardzo znany człowiek. Matematyk i fizyk. On zajmował się sterowaniem rakiet V1 i V2 w Krokowej koło Gdańska. W Berlinie był znowuż aktywny. To był doświadczony człowiek...Podziwiałem go. Konstruował tez wiertarki stomatologiczne. Interesowali się nim nie tylko Amerykanie ale i Rosjanie. Biedak musiał się barykadować w swoim domu przed jednymi i przed drugimi. Żył w strachu. Dzisiaj byłby milionerem...Opracował nowoczesna technologię spawania.

W listopadzie mieliśmy możliwość wyjechać pociągiem wojskowym do Niedersachsen., gdzie podobnie, jak ostatnio w Kosowie, był obóz przejściowy pod namiotami. Stamtąd dotarliśmy do Hamburga. W Hamburgu nie dostawaliśmy kart żywnościowych. Przenieśliśmy się zatem do Glückstad i tam rozpocząłem normalne chodzenie do szkoły. Mieliśmy nauczyciela, który nazywał się Hahn. Mieszkał kiedyś w Anglii i przez pewien czas był nauczycielem księcia Walii Karola; tak więc i ja i książę Walii mieliśmy tego samego nauczyciela...On był z nurtu szkoły waldorfowskiej, czyli takiej, gdzie dzieciom stwarza się warunki do pracy twórczej. Miałem dużo szczęścia w tej szkole. Tam było dużo dzieci przyjezdnych ale trzon stanowili jednak miejscowi. Byli chłopcy i dziewczęta. Nasza klasa była zorientowana szczególnie na współpracę wewnątrz klasy. Trochę inaczej wyglądało to w innych grupach. To zależało pewnie od nauczyciela...

Jakiś czas potem dojechał do nas mój brat. Nie był w niewoli. Ranny na Węgrzech. Dostał pracę jako tłumacz u tych "szczurów pustyni"...Znał jako pilot doskonale angielski. Pracował tam do 1947.

Pan tak opowiada swoją historię, jakby się wydarzyła wczoraj, tak dokładnie...

To się tłumaczy tym, że moja matka pisała pamiętnik. Mam go i czytam. Stąd wszystko dokładnie mogę sobie przypomnieć ( śmiech)

Kiedyś mojemu ojcu proponowano więźniów wojennych do pracy. Więc odpowiadał, ze skora tak , to on chce Francuzów. Znał świetnie francuski. Jeden z nich, rzeźnik z Paryża...Nazywał się chyba Fernand. Byłem z nim w doskonałej komitywie. Był dla mnie jak wujek. Pewnego razu ojciec zastrzelił lisa. Zdecydowano, by zachować futro ale wyrzucić mięso. Francuz strasznie protestował. Twierdził, że lis może smakować świetnie ale trzeba go zaprawić w czerwonym winie. Na to nie chciała się zgodzić moja matka. No to on zgodził się na maślankę! Mój ojciec świętował chętnie Boże Narodzenie z Francuzami. Inni nie patrzyli na to przychylnie.