Erwin Flinck

 

Kiedy myśli pan o swoim dzieciństwie jakie wspomnienia są dla pana najbardziej żywe?

Moje dzieciństwo jest naznaczone krajobrazem. Jestem dzieckiem wsi. Wychowywałem się w pobliżu gospodarstwa. Tam dorastałem. Pędziliśmy poprzez te krajobrazy...Kąpaliśmy się w rzeczkach, które były wówczas jeszcze bardzo czyste. Bawiliśmy się...Potem poszliśmy do szkoły. Miałem wspaniałych nauczycieli, którzy bardzo się nami zajmowali; wspierali naszych rodziców w wychowaniu nas. Szczególnie ważne było dla mnie, że od nauczycieli mogliśmy tak wiele usłyszeć o naszej ojczyźnie. W Gross Lichtenau ( Lichnowy) nasz nauczyciel Heinzel opowiadał nam dużo o historii Żuław, a w Simonsdorf ( Szymankowo) pan przełożony Jeschke jeszcze mocniej przybliżył nam naszą ojczyznę. To jest właściwie to, co najbardziej naznaczyło naszą młodość.

Jakie wydarzenia opowiadali wam nauczyciele, które były dla was tak ważne?

No, historię powstania Zuław. To jest tak interesujące poprzez to, że całe dorzecze było zalane wodą, że Wisłę rozgałęziono, a jej dziki prąd opanowany....To dla nas młodych były historie fascynujące. Przecież my bawiliśmy się nad Wisłą. W zimie zjeżdżaliśmy ze skarp...A wielkim przeżyciem było, kiedy na wiosnę, prądy rozrywały lody...Byliśmy oczarowani. Gapiliśmy się na to bez końca...

W co bawiliście się nad Wisłą?

No cóż...rzucaliśmy kamienie, kapaliśmy się w tych tam zatoczkach. Tam na Wiśle były tzw. wiry wciągające. Trzeba było uważać. A zimą, kto odważny i nie bojący to na krach lodowych leciał wzdłuż brzegu. Latem natomiast ci najodważniejsi przepływali Wisłę a prąd znosił ich het, daleko na drugi brzeg...Sam nigdy tego nie robiłem. Byłem słabym pływakiem. Nad Wisłą byliśmy często. Oczywiście łowiliśmy ryby.

Tak...To był czas pomiędzy 6 i 12 lat. Chodziliśmy wtedy do szkoły SAS w Nowym Stawie. To była moja szkoła. Tam można było zostać aż do matury. Miałem szczęście tam znowuż do świetnego nauczyciela historii; dosłownie zakochanego w naszej ojczyźnie. I to się tak plotło przez całą moją młodość, że ciągle uczyłem się o naszych Żuławach. Miałem przyjaciela w klasie, którego ojciec posiadał gospodarstwo w Stutthofie. Tam jeździłem często na ferie. Bałtyk by już tam blisko. Jeździliśmy na rowerach, mieliśmy wtedy wszyscy rowery; jechaliśmy wzdłuż plaży, tam gdzie fale morskie podmywają brzeg. Kiedy jest się dość sprytnym a piasek jest tam twardy to można bardzo dobrze jechać na rowerze. To jest wspaniałe. 

Oczywiście naznaczeni byliśmy też przez Hitlerjugend ( HJ ). Uczestniczyliśmy w obozach namiotowych, uczyliśmy się posługiwać kompasem, orientacji w nocy... Przechodziliśmy tez wstępne szkolenie wojskowe. I tak nadszedł 1942 rok. My młodzi baliśmy się, że wojna zakończy się bez naszego udziału! Zgłosiłem się dobrowolni. Ale byłem związany służbą jeszcze przez pół roku w Tiegenhof, w naszym mieście powiatowym. Od lipca 1942 do lutego 1943. To był bardzo piękny czas. Pracowałem samodzielnie na moim stanowisku. Miałem ludzi pod sobą, którzy pracowali. W maju 1943 zostałem powołany do służby pracowniczej ( zur Arbeitsdinst). Byłem sprytny i interesowałem się wieloma rzeczami, tak, że po kilku miesiącach byłem już przełożonym w tych obowiązkach, do których byłem powołany. W lipcu 1943 - tej daty nigdy nie zapomnę - wstąpiłem do Wermachtu. Zgłosiłem się na ochotnika. Chciałem służyć w czołgach. I to się udało. Z czołgami poszedłem pod Sprennberg, na Łużycach. Potem chciałem zostać oficerem. Wtedy też bardzo ceniony i znany gen Guderian powiedział do mnie, ze z moimi 148 cm. wzrostu jestem najmniejszym oficerem wielkich Niemiec. To było naturalnie wyróżnienie, usłyszeć coś takiego...Ale koniec znamy wszyscy. 1944 na Kanale na Elbe-Travel wpadłem do niewoli Anglików. Na jeden dzień tylko i na jedną noc. Udało mi się uciec. Dzięki Bogu! Innych, którzy pozostali w niewoli przetransportowano później do Rosji...Ci przeżyli swoje losy...Musieli przetrzymać obozy.

Czy możemy pomówić o dzieciństwie? Jak wyglądały stosunki w pana rodzinie? Sytuacja była szczególna- 5 synów!

Tak, w takiej rodzinie dzieci wychowują się same.. Gdzie tyle dzieci tam sprawy musza się toczyć wartko...Mieliśmy bardzo kochana mamę. Trochę ostrego ojca ale byliśmy bardzo dobrą rodziną 

( wzruszyłem się trochę) Zyło nam się dobrze, ojciec miał dobry zawód, mieliśmy ogród, troche bydła, świń, kury. Mogliśmy się dostatecznie wyżywić. Powodziło się nam. Sami wyrabialiśmy wędliny. Mogliśmy się dobrze wyżywić. Kiedy byłem w Wermachcie moja mama przysyłała mi paczki z dobrymi kiełbasami i temu tam podobne...

Czy były na Zuławach jakieś typowe dania?

Dużo.

Na przykład?

Jedzenie nasze było konkretne i dosyć tłuste. Było to zrozumiałe, gdyż na Zuławach pracowało się bardzo ciężko. Nasze dania zatem składały się najczęściej z mięsa, kartofli...Troche mi trudno teraz tak z rękawa wymieniać...Jedzeniem szczególnym był kotlet , szynka. Oczywiście z uboju własnego, często konserwowane w soli a potem dodawane do potraw warzywnych.

Dzieci pomagały. Zarabialiśmy nasze kieszonkowe przy pracach żniwnych. A co całkiem biedni, do których myśmy się jednak nie zaliczali....Ci biedni zbierali to, co po żniwach zostawało na polach i tym trzeba było rodzinie pomagać. Na przykład kiedy kartoflisko zostało już zebrane, szło się tam i hakując, zbierało się pozostałe kartofle...Tak...

Powiedział pan, ze Gross Lichtenau leżało nad Wisłą?

Nie wprost nad brzegiem. W pobliżu była Swenta (Swięta). To był nasz plac zabaw. W pobliżu, w Trappenfelde ( Trapiszewo) był most i tam pod mostem, stworzyliśmy sobie nasze miejsce, kąpielisko. Tam zbudowaliśmy tratwę i bawiliśmy się w wojnę.

Jak to było?

No, zbudowaliśmy tratwę, to było z drzewa i wtedy atakowało się ze wszystkich stron...Tratwa przewracała się i wpadaliśmy naturalnie do wody, nie...

Czy bywał pan od czasu do czasu, nazwijmy to, za granicą?

W Tczewie mieliśmy rodziną. Robiło się wycieczki rzecz jasna do Malborka, w kierunku Zalewu i Elbląga...Tam, jak to się nazywało? Tam gdzie statki ciągnąć trzeba ponad wzniesieniami. To biegnie aż z jezior do Elblaga..

Kanał Ostródzki... Niech pan o tym opowie.

Dla dziecka to było coś zupełnie nowego. Statek płynął, potem był ciągnięty tylko siłą wody, jak nam tłumaczono, ciągnienie wykonywał statek płynący z góry na dół. To było niezwykłe przeżycie. To nas fascynowało. Kiedy byłem w Gdańsku na urlopie przeżyłem to ponownie. Jako dziecko nie rozumiałem jak to funkcjonowało. Teraz mogłem obejrzeć rzecz dokładnie. To naprawdę coś wspaniałego. Cała rzecz ma 100 czy 130 lat.

Kiedy pił pan pierwszy raz alkohol. Np. Machandel?

No tak...Generalnie palenie i picie alkoholu było zabronione dla nas dzieci. Już w naszej rodzinie a i w HJ. Byliśmy tak wychowani. Picie i palenie nie było w porządku. Mój pierwszy alkohol wypiłem tj. wino, w czasie pewnej uroczystości w szkole. Ale tylko jeden kieliszek. Miałem wtedy może 16 lat...Ale tylko jeden kieliszek, wtedy nie mogło być inaczej. Machandel - może polizałem tam kiedyś, gdy rodzice popijali sobie, ale tak żeby pić Machandel...Dzieci tego nie piły.

Jak świętowaliście w szkolnym gronie?

Spotykaliśmy się w kręgu kolegów z klasy, gadalismy o tym i owym; ogólnie było to wszystko bardzo proste, zwykłe...

Wspominał pan, ze podczas żniw mogliście zarabiać kieszonkowe?

Było wiele możliwości. Kto potrafił obchodzić się z końmi, ten mógł powozić wozem na który ładowano zboże z pola. Trzeba było jechać od kopy do kopy .. ( wie pan co kopa? To tam, gdzie snopki są poustawiane.) To wyglądało jak namioty. I taki chłopak siedział na tym wozie i był bardzo dumny, że może powozić czterema końmi. Wóz był dosyć długi , no i ten furman jechał od kopki do kopki i ładował te snopki...Była tam panienka taka, najczęściej pomoc sezonowa - mieliśmy na Zuławach bardzo dużo robotników sezonowych z Polski; przyjeżdżali do prac żniwnych w lato i na jesieni do buraków - I było bardzo wesoło. Bo kiedy taki chłopak jeszcze przy końcu potrafił tym wozem wykręcić no to było coś! Wieczorem konie były wyprowadzane na łąkę i to mogliśmy już robić w galopie. Bez uprzęży czy siodeł. Tylko wędzidła !

Ja wykonywałem różne ciężkie prace polowe. Stałem przy młockarni. Podawałem snopki do maszyny. Snopki były wiązane ręcznie i sznurkiem. Praca była bardzo ciężka. Było dużo kurzu. I kiedy człowiek tak 8 godzin przy maszynie stał....Można było się napocić. Ciężka praca. No ale taka pracę wykonywałem jako młody chłopak.

Jak zawiązywały się kontakty z pracownikami sezonowymi.

Te dziewczyny potrafiły bardzo pięknie śpiewać. A my śpiewaliśmy nasze pieśni niemieckie. Tak...To nie było nic nadzwyczajnego; tak było i już...Kiedy na to patrzę dzisiaj to tam nie było jakichś wrogości narodowościowej. Byli Polacy, byli Niemcy ...Rozmawialiśmy między sobą, nie? To było wszystko. Dzisiaj widzę że ta narodowo-socjalistyczna nienawiść nie była dobra. Pisałem niedawno do jednej gazety w Gdańsku i tam zakończyłem zdaniem, że 1000 lat sąsiedztwa powinno wystarczyć, byśmy się wreszcie poznali.

Opisał pan pracę przy młockarni. Lata 30/40-te były czasem natężonego uprzemysłowienia. Czy pamięta pan inne nowinki techniczne z tamtych czasów?

Były już traktory. Oczywiście dominowały konie. Było rzeczą naturalną, ze w zaprzęgu były cztery konie. Nie było łatwo dołączyć konia nowego. Koń pociągowy z koniem pobocznym. Do tego był koń pod siodło, i przy nim koń poboczny....Do niego można było przyłączyć młodego konia, na przyuczenie. To był jakby zespół. Potem pojawiły się traktory, młockarnie zostały udoskonalone. Potem znowuż snopowiązałki, które mogły już wiązać snopki. Zbiory buraka mechanizowano też. Ale to postępowało bardzo powoli. Wielka technika w rolnictwie pojawiła się dopiero po II wojnie.

Dokąd chodziliście do kina?

No...grano głównie filmy rodzime i filmy wojenne. Była wojna. Pokazywali filmy rodzime nic innego.

Pamięta pan jakiś film?

"Hitlerjugend Rex" na przykład. Innych tytułów nie pamietam. Ale głównie filmy rodzime.

Gdzie znajdowało się kino?

W Nowym Stawie. Dla nas uczniów najtańsze miejsca były w sam raz. Mielismy tylko kieszonkowe. A więc żaden luksus. Nie pochodziliśmy z bogatych rodzin. Nie tak jak dzieci dzisiaj co się wszystkiego chce i wszystko dostaje.

Czy ma pan jakieś wspomnienia z granicy. Czy szmuglowaliście przez granice?

Tak, w Malborku. My, dzieci głównie rzeczy potrzebne do wędkowania. Ale kiedy jechało się kupić buty, to ubieraliśmy najgorsze buty a potem wracaliśmy w nowych. Stare zostawiało się tam.

Jak szmuglowaliście artykuły wędkarskie?

No, przywiązywało się do ciała pod ubraniem. Oczywiście czasami zabrano nam to czy tamto...No i tak traciliśmy nasze kieszonkowe. W Malborku kupowaliśmy dużo. To były wspaniałe zakupy. Były tam wspaniałe alejki porośnięte pnącymi krzewami, dla nas dzieci ze wsi było to coś wspaniałego. Poza tym, to czego nie było u nas - banany, pomarańcze...to kupowaliśmy.

Jaką rolę odegrała w waszym życiu kolej wąskotorowa?

To był pojazd rozrywkowy... Każdego roku miała miejsce wycieczka do Stegny. I kolejka jechała bardzo wolno. Można było wyskoczyć z tyłu i zdążyć wsiąść z przodu...O ironio, nie wolno było zbierać kwiatów podczas jazdy! To było coś wspaniałego móc wyskoczyć i wskoczyć z powrotem. Byliśmy wysportowani, trenowaliśmy.

Co jeszcze o kolejce?

Kolejka była szczególnie aktywna podczas kampanii buraczanej. Tory biegły aż do pól i tam ładowano buraki na takie lory, wagony wywrotkowe. One były załadowywane wprost na polu. Nie było potrzeby udawania się do fabryki. Kolejka jechała do Nowego Stawu. Chłopi, których ppola były nieco bliżej, ładowali na wozy końskie i sami jechali do fabryki. Przy deszczowej pogodzie na jesieni wóz taki musiał być ciągnięty przez sześć, osiem koni! Wyciągano wóz na jezdnię. Był cały w błocie i szlamie. Czyszczono koła...No i jechało się do Nowego Stawu, do cukrowni. Cały dzień w drodze. Tam rozładowano wóz, a w drogę powrotną ładowano wysłodki. Dawano to jako paszę dla bydła. Wysłodki częściowo magazynowano w hałdach...Raz mój brat mało nie zginął od uderzenia pioruna, gdy siedział na takiej hałdzie .Burza się rozpętała, wracaliśmy akurat z kąpieli. Jakieś 3,4 metry od nas rąbnął piorun w tę hałdę. Mój brat wpadł całkiem w panikę. My staliśmy trochę dalej. Pamiętam to dokładnie...On skamieniał wprost. Przeżycie jakiego się nie zapomina. 

Czego baliście się jeszcze jako dzieci?

W umie strachu nie znaliśmy. W domu, nie pamiętam abyśmy się bali. Wrośnięci byliśmy w naturę, dużo czasu spędzaliśmy na zewnątrz. Przyrody nie baliśmy w najmniejszym stopniu. Grzmoty i błyskawice to nie były przeżycia straszne. To były zjawiska wspaniałe. Wówczas i później też , gdy jest burza to są zjawiska fascynujące....Dla nas dzieci to nie było nic strasznego. Przeżywaliśmy to w polu, nad wodą...To było zrozumiałe samo przez się. W tym wyrastaliśmy.

Czy Można mówić o jakiejś tożsamości mieszkańców Zuław? Z czego ona wyrastała?

Ta tożsamość zasadzała się na tym, że my znaliśmy tutaj każdy kamień, każde drzewo; wdrapywaliśmy się na drzewa, mieliśmy tutaj nasze drzewa...Moim zdaniem wynika to z i z tego, że byliśmy w stanie określić z daleka już każdą wieżę kościelną według miejscowości. My żyliśmy z naturą. Jeździliśmy jako dzieci rowerami nad Wisłę, widzieliśmy jak Wisła i Nogat płyną razem. to było coś zobaczyć jak rzeki się rozchodzą. I ta śluza tam chroniąca przed wysoką wodą. Wiedzieliśmy z historii czego tutaj może dokonać powódź.

W Simonsdorf na dworcu była tabliczka pokazująca dokąd sięgała woda przy ostatniej powodzi...To są wydarzenia. Wie pan tego nie zapomnę. Piszę książkę, może pan to wie, czyli to ciągle żyje. Tutaj człowiek dorastał. Tego nie można po prostu zapomnieć.

Dziękuję.

Ta historia z Tiegenhofer Verein co ma miejsce obecnie bardzo mnie cieszy. Wydanie mojej książki sam finansuję. I kiedy przekazałem książkę stowarzyszeniu, to z tą myślą, aby pieniądze z nich służyły porozumieniu pomiędzy nami.