Stanisław Pyta

 

Pochodzi ze Studzianka (k. Warszawy).

Na Żuławach od 9 czerwca 1946 roku.

Ma 82 lata.

 

My już tak przyjechalim drudzy, bo Ci pierwsi, którzy przyjechali jakoś zagospodarować te ziemie, to już nikogo nie ma. Ja już jestem, nas zostało parę z tego drugiego pokolenia, a teraz już nasze dzieci i wnuki objęły to wszystko.

 

W którym roku Pan przyjechał tutaj na Żuławy?

Ja w 1944 byłem na froncie, w listopadzie 1945 roku przyjechałem do Wrzeszcza, a w 1946 roku 9 czerwca, jako umundurowany, ja zostałem wytypowany, że mam tu przyjechać na sianokosy, po siano dla koni. Jednostki posiadały konie, bydło. Udaliśmy się tu samochodem przyjechaliśmy z Gdańska, dojechaliśmy tam między Włocławiem, tam zalane było, to samochód przepchaliśmy, dojechaliśmy do Włocławia i z Włocławia skręciliśmy do Koszwał. W Koszwałach żyźnie było, a to reszta to szuwary, trzcina, woda, nikt tu nawet nie myślał, że tu ludzie mieszkają. My tam zajechaliśmy jako pluton, tam było czterech gospodarzy w Koszwałach. Ja zajechałem tu do Koszwał, ale tu na całą gminę Włocławek, Cedry Wielkie, tutaj Błotnik to te działki, które kontrolowaliśmy, gdzie można było dojechać i wyższe były polany to my tam wykaszaliśmy. Szukaliśmy sprzętu, znaleźliśmy kosiarki, to jedną uruchomiliśmy, konie prowadziła jednostka, my tutaj zaczęliśmy to siano kosić. Także tutaj pomiędzy Koszwałami, a Małymi Cedrami tam było bagno jedno, woda. Mosty między Koszwałami, a Małymi Cedrami to wszystko było wyminowane. Od Włocławia tam znowu było zastawione czołgiem i został rozwalony. Nacierały wojska od Pruszcza, a tutaj te od Elbląga i tu się spłoszyli i uciekali tu już na Wisłę, na Świbno te jednostki i tutaj to wszystko było zastawione, także tutaj przejazdów nie było. Jeszcze wisiały trupy na drzewach.

 

Na drzewach, dlaczego?

To żołnierze swoich sami wieszali. Za dezercję dla przykładu wieszali.

 

Niemcy?

Tak, niemcy. I tu po tych domach między Włocławiem, a Koszwałami, my chodziliśmy po tych wszystkich gospodarstwach, oglądaliśmy, a tam pracownik jakiś czy gospodarz zabity, wyschnięty siedział tak zastrzelony. Tutaj od kanału do Małych Ceder, to wszystko woda. Małe Cedry tam było wyżej, to było wyschnięte, ale już za małymi Cedrami do Błotnika to już dalej woda, stodoły wszystko tutaj od Warszawskiej tu tej szosy na Świbno, nie było szosy tylko droga utwardzana, stodoły były rozbierane i belki kładzone i my po tych belkach żeśmy przejeżdżali, żeby dojechać w stronę Błotnika.

 

Jak to jest że Pan tak dokładnie daty pamięta?

A ja pamiętam że przyjechałem tu 9 czerwca i byłem tu do zabicia gen. Świerczewskiego, w ten czas ja zostałem powołany i pojechałem. Te cztery powiaty, które zostały wysiedlone. Mnie skierowali do Słupska i w Słupsku, żeśmy tych Polaków, to tacy w połowie Polacy - matka Polka, ojciec Ukrainiec, byli w wagonach przywożeni i nikt nie wiedział o żadnej rodzinie, to ta akcja "Wisła", która to była i myśmy ich rozwozili i przez trzy miesiące ich poosiedlaliśmy. Jednego w jeden koniec wioski, drugiego w drugi koniec wioski ci, którzy umieli gospodarzyć to dostali gospodarstwa, a te takie większe majątki to wojsko prowadziło, do tych majątków tych ludzi tam wstawiali. Mężczyzn w ogóle nie było, najwyżej staruszki, albo chłopcy do 10 lat.

 

A kiedy Pana zdemobilizowali?

Mnie zdemobilizowali 9 czerwca i znów 9 czerwca, zostałem zdemobilizowany.

 

W którym roku?

W 1947 roku. Po tej akcji.

 

I co Pan wtedy dalej robił?

Przed wojną uczyłem się dwa lata za kowala, wybuchła wojna i nie skończyłem. Jak jeszcze w wojsku byłem w Gdańsku na Słowackiego, to na Politechnice była taka dokształcająca szkoła zawodowa i ja tam chodziłem. Zwalniałem się i chodziłem na kurs, tam ukończyć tę szkołę. Ukończyłem ten kurs, dostałem dyplom czeladniczy i zacząłem pracować na kolei. Sprowadziłem się tu bo mieszkałem w Koszwałach, miałem przyjść na majstra do cegielni, bo tu bliżej miałem do pracy. Kolej była zmilitaryzowana jak i wojsko tak już zwolnić nie zwolnili, jak dostałem się do jednostki tak do kolei.

 

A w Koszwałach Pan zamieszkał, od kiedy?

Od 1946 roku, tam poznałem żonę, ona jest Gdańszczanką, urodziła się zasadniczo w Błotniku, a później w Koszwałach pracowała u Brzozowskich, tam ten gospodarz gdzie Brzozowscy są to moja żona pracowała tam. Ja jako wojak przyjechałem więc tylko Brzozowscy byli tam, teraz byli Byczki - tak na nich mówili.

 

Oni mieli na nazwisko Byczek?

Tak, a w ten czas przerobili sobie na Brzozowscy, ich trzech braci było. Potem był Sowiński i Pawłowski, to jest ten drugi dom taki zabytkowy. Szkoła była cała, ale nic tam nie było.

 

A kościół?

Kościół był wypalony, plebania była cała. Tam były jeszcze meble dębowe, ja tam stół z piwnicy jeszcze wydostał. Plebania była w całości, dopiero później ją rozebrali. A tam co taka kapliczka jest, to ja tam warsztat otworzyłem, kuźnię prowadziłem rok czasu.

 

W którym roku?

To w 1947-48 było bo ja jeszcze do kolei nie wstąpiłem. Bo jak tutaj zaczęli ten most robić i rozbijali przecinakami, ja wtedy mówię - chłopy co wy się męczycie, poróbcie dziury, a ja przyniosę ładunki i wam te przyczółki wysadzę. I ja do jednostki pojechałem trotylu przywiozłem, zapalniki. Trzy miesiące robiłem tam przy tym moście i czekałem na zatrudnienie na kolei w 1947, a w 1948 roku wstąpiłem do kolei. Na początku pracowałem na promie w Świbnie jako palacz. Statkiem przewoziliśmy wąskotorówkę. Zaczęły być te tory robione, które były. Tutaj robili wagony, później przeładowali i do Stutthofu tam gdzie łagier był, stamtąd wagony. Były tylko podwozia, bo zestawy kołowe, wszystko Sowieci wywieźli, oni to zabrali, a tylko te pudła przywozilim. Jeszcze było sześć wagonów, rewizję zrobilim, przeglądy no i uruchamiało się je. A żona Pana pracowała u Brzozowskich? Nie, żona pracowała u dawnych właścicieli domu Brzozowskich. To byli Gdańszczanie, to bvł duży gospodarz, Kip się nazywał. I u niego jej ojciec pracował, ona tam pracowała. Traktora nie mieli, to każdy po cztery konie miał, było tam sześciu pracowników takich stałych. A ona była kucharką, gotowała. Tam byli Francuzi, Anglicy jako niewolnicy, Polacy ale Polaków zaraz zabrali, chyba byli tylko 3 miesiące, tylko tu Francuzi i Anglicy byli do końca wojny.

 

To było w Koszwałach? W jakim domu?

Tak w Koszwałach, w domu Brzozowskich co jest i taka obora poprzeczna, tam te niewolnicy mieszkali. Duży drewniany dom.

 

A Pana żona jak się nazywała z Domu?

Moja żona nazywała się Lic. Ojciec był Niemiec, ale matka Polka z Brzezińskich. Jej ojciec nie był partyjnym i do żadnej partii nie chciał, tak od razu w 1940 jak już Niemcy z Sowietami zerwali układ, to go od razu wzięli na front do Rosji. I stamtąd tylko raz przyjechał na urlop, później jak się wycofywali to poszedł na Rumunię. Ja poszedłem w ten czas na Czechosłowację, byłem w drugiej armii.

 

A skąd Pan pochodzi?

Ja pochodzę ze Studzianka to jest Raba Mazowiecka, Skierniewice koło Warszawy.

 

Jak się Pan znalazł w drugiej armii?

Ja w Siebłowicach, to był tak otworzony niby to obóz dla samych młodych. To było w lesie wycięte i tam nas 10 tyś. było.Tutaj co Słotwiny są koło Koruszek. Nam zrobili takie baraki i my w tych barakach byliśmy. I jak było Powstanie Warszawskie, w ten czas partyzantka przyszła i partyzantka rozbiła ten cały łagier, spaliła i teraz kto chce z nami, a kto chce do domu? Niektórzy uciekli, ale ja poszedłem z nimi i myśmy doszli do Puszczy Kampinowskiej, tam rozbili nas i ja u takiej dalszej rodziny się ukrywałem. I jak tylko nasze wojska wkroczyły tak ja na ochotnika zapisałem się i wstąpiłem do wojska. Poszedłem do siódmego zapasowego Częstochowa i stamtąd na Wrocław.

 

W 1947 roku został Pan kowalem dyplomowanym i później gdzie Pan mieszkał?

W Koszwałach mieszkałem cały czas. W ten czas mieszkałem w domu który jest już rozebrany. To był dom sześciorodzinny, stał obok tutejszej świetlicy. Część jego była rozwalona, mieszkały tam cztery rodziny w tym my z żoną. Nie było tam ściany, okien, bo jeździli szabrowali, ja przyjechałem to umiałem, to sobie uszykowałem. Sprowadziliśmy tutaj teściową. Bo teściowa wydostała się i pojechała do Dani, żona moja dojechała do Bornholmu też, i z Bornholmu na pieszo przyszła do Gdańska. No i ona tu przyszła i jeszcze to była: Maternowa, Adamowska i moja żona. Jak ja przyjechałem tutaj to żona tu już była. My chcieliśmy kwatery zająć, a żona tu już mieszkała. Ona miała pokój i drugi pokoik, więc ja przyszedłem i mówię tak tutaj się dwoje żołnierzy porozestawia i tutaj dwoje, nas było czterech. On przeszła do drugiej rodziny, bo z tego pokoju się usunęła, poszła na podłogę. My mówiliśmy jej że nasz żołnierz jej żaden nie ruszy, bo wszyscy myśleli, że my tak jak Ruskie gwałcili. U nas musiała być dyscyplina, a jak kto se chciał przygadał to była jego sprawa, ale nigdy nie było żeby kogoś niszczyć. No i my się zapoznalim no i tak tutaj bylim. Polowało się na kaczki, kaczek tu było i ryb, a szczupaków ile, tu w Wiśle nie ma tyle ryb co tu było. Na wigilię dla jednostki 300 kg szczupaka, między Włocławiem, a Koszwałami, żeśmy wywieźli.

 

A skąd tych ryb tyle było?

Tu przerwana była Wisła, tu jak się jedzie na Rafinerię, tam jest ta Wisła Martwa, ona została przekopana i woda z tej Wisły została puszczona na to i to zalało i narybek poszedł i to się zostało. Później w 1947 roku została uruchomiona pompa, ta pomiędzy Koszwałami, a Cedrami. W lipcu 1947 roku był odbiór i zaczęli wypompowywać wodę, to te szczupaki zaczęły mordy otwierać bo im tlenu było mało, coraz to więcej. Ja z karabinem chodził i strzelał do tych szczupaków, jak się go nie trafiło to on i tak był ogłuszony i wypłynął na wierzch, a który był postrzelony to poszedł na dno i nie było widać, to później druty zawijalim i tymi drutami tak wyciągalim te szczupaki. Koszwały należały to Gminy Wiślinki, teraz należą do Ceder Wielkich, a kiedyś była Gmina Wiślinka, a kiedyś Gminy w Cedrach nie było, była w Miłocinie. Później z Miłocina poszła do Ceder, tego z Miłocina to nie pamiętam wójta, a ten z Ceder to był Bilniak. Teraz już jest ze 6 lat jak on już nie żyje.

 

A tutaj od kiedy Pan mieszka?

Tutaj przeprowadziłem się 1949 roku. Wójt mówi - mieszkanie jakie sobie wybierzesz, jak dostaniesz to przyjdziesz odrazu i dostałem mieszkanie jako osadnik wojskowy i robotnik. Najpierw przydzielili mi jeden hektar do tego, to żona do pracy nie chodziła to tą działką się zajmowała.Później traktor sobie skombinowałem, to i drugim ludziom zaorałem. Pracowałem na promie, jak ten prom został zlikwidowan to przeszedłem do Gdańska, na pomocnika maszynisty, z maszynisty poszedłem na drezyniarza, potem jeździłem z kontrolerami. Z Gdańska do Krynicy Morskiej jeździliśmy, do Kałdowa i Lisewa wąskotorówką.

 

A pamięta Pan jak się jeździło tą wąskotorówką?

Oj Panie...piekarza żeśmy przejechali w Wielkich Cedrach. To było w samą Wigilię, śnieg kotłował. W Małych Cedrach tam co teraz jest ta biblioteka, tam była stacja. Dalej była parowozownia i noclegownia była w tym, to jak przypadało na noc to tam nocowaliśmy, a parowozy do tej parowozowni były wstawiane. A w tą Wigilię śnieg tak kurzył, ja tak jadę, a tu taki było starszy maszynista, ja mówię słuchaj tu coś jest, patrzymy rower leży. A on jechał przewrócił się i leżał bo pijany był, no i został przejechany. Tu w Bogatce znów dziadka żeśmy przejechali. Dziadek na łańcuchu krowy prowadził i leciał za tym, krowa wyleciała i na tym łańcuchu wciągnęła. Pługi były zakładane, myśmy zrobili taki pług, że zaczepilim do tej lokomotywy, pociąg osobowy, ludzi się wiozło i śnieg się z torów odgarniało. W Wiślinie, podkłady tam gdzie był przejazd były kładzione, był mróz, ziemia zmarzła, podkład podniosło do góry, to jak ten czub jak zawadził to my do ogródka wpadli z tą lokomotywą. Ta kolejka była dopuki tutaj w Przejazdowie wycieczka jechała, maszynista jechał i ja jechałem bo byłem w ten czas w pracy, ale jechałem w bramkardzie, a od Elbląga jechała wycieczka 6 autobusów i kierowcy się pilnowali jeden drugiego, jeden za drugim jechał i przejeżdżał nie patrzył, pięć autobusów przeszło, a on szósty. Maszynista myślał pierwszeństwo ma więc jazda przez tory jechał i we drzwi jak przejechał, tak 18 osób trupy. Dorośli i dzieci bo to rodzinna wycieczka. I wtedy sekretarz Beil, kazał zamknąć i odrazu zamknęli. Zamknęli tą kolejkę i tak ja 25 lat robiłem na wąskotorówce, a potem przeszłem na zwykłą.

 

W którym roku było to zamknięcie kolejki?

W 1976 roku, czy coś takiego. Później chodziła jeszcze do Wisły, a teraz tylko na tym kawałeczku zrobili takie turystyczne.

 

A jak na tym promie się pracowało, Pan był palaczem?

Tam Panie dwa kotły były wielkie, myśmy trzy tony węgla na dobę palili. To był normalny statek, u góry była nadbudówka, wchodziły trzy wagony osobowe i bramkard wchodził. I pasażerów z Krynicy, z Nowego Dworu to wszystko jechało do Gdańska na rynek, tam było ze trzysta ludzi i te ludzie wysiadali. My to wszystko przewozilim.

 

Dwa lata Pan tam pracował?

Prawie dwa lata, to ja w 1949 roku ślub brałem to ja pracowałem na tym promie. To ze Świbna przyszedłem do domu i teraz do Ceder na pieszo w butach gumowych myśmy szli wziąć ślub cywilny w Gminie. Zaszliśmy, sekretarz zachorował, nie ma sekretarza żeby dał ślub. Mieliśmy ze sobą "połówkę", świadków kolejarzy miałem, którzy w Cedrach mieszkali i poszliśmy do niego do domu. On książkę wyjął, w łóżku był i w łóżku nam dawał ślub. W 1949 roku w lutym. To my wykopalim Sowieckich pilotów z piętnastu. W 1948 roku było rozporządzenie, że to wszystko gdzie groby są to wszystko przenosić do Pruszcza, tam cmentarz zrobili. I tam za tymi Brzozowskimi stała taka barykada wystawiona z tym krzyżem no tam miało być pięciu pilotów Ruskich. Gmina dostała rozkaz, żeby to przewieść do Pruszcza, ale kto teraz przyjdzie, trzeba było wydostać te zwłoki w nocy, nikt nie chciał, to przylecieli do mnie.

 

A czemu w nocy?

Trza było o 11 w nocy iść żeby to do rana wydostać. Skrzynie takie zrobili, wóz podjechał. W te skrzynie pakowalim. To my bosakiem wydostawalim bo rękawic nie było. No i umówiłem się z takim Piotrowskim, za kanałem mieszkał, miał przyjść, a tu 11 i nie ma go. Mówię nie ma co, no to ja za siekierę, łopatę, żeby rozbić tę barykadę, no i rozbilismy. Moja poszła ze mną, rozwalilim to, płaszczyzna była taka jak ten pokój. Ja nie wiedziałem gdzie kopać, gdzie to będzie, tak najpierw dziurę się kopało to natrafi się. Tak z pół metra pokopalim, dudni coś, odkopalim, ja tak łopatą, jak ja to mocniej łopatą szurnąłem, jak to walnęło. To był wykopany w ziemi dół, a tu było tylko przykryte dywanem. Odciągnęliśmy ten dywan, a tam pięciu w skórzanych kombinezonach, buty, tylko czapek nie było, a te włosy to jak my to wzielim to te włosy wszystkie zostały. Wyciągalim teraz to do góry, do skrzyni. Skrzynię mielim jedną przygotowaną i tak wyciagaliśmy tymi hakami do góry do tej skrzyni jednego, drugiego - pięciu chłopa tam było, patrzymy, a tam drugi dywan. Ściągamy ten dywan, a tam pięciu jest następnych. I teraz co robić? Poszlim do szkoły i drzwi pościągalim no i pakowalim w drugie skrzynie i jeszcze później trzeci dywan. Razem piętnastu było. Od godz. 11 to o 6 rano przyszedł sołtys Pawłowski. W tym domu zabytkowym takim dużym to chyba żona jego jeszcze żyje. To on przyszedł i my na te drzwi pakowalim, a jeden taki długi był, że te drzwi miały dwa metry, a on miał chyba z dwa metry dziesięć. To łopatą musieliśmy nogi ucinać, bo co zrobić. No i wsadzilim to do tej skrzynki, przyjechał Marciniak, parę koni. No i mieliśmy to zawieść do Pruszcza tam gdzie ma być ten cmentarz. Jak jechaliśmy to jakiś chłop chciał się zabrać, to my mówimy mu Panie wsiadaj Pan, ale na tył. Jak to stało to było dobrze, ale jak jechaliśmy to nie było asfaltu, tylko te drogi brukowane, to jak się trzęsło to, to się wszystko rozrabiało. A ten mówi do tego już pod samym Pruszczem, Panie nic Pan nie czujesz? A on mówi Panie ja z wioski jestem, ja robiłem przy świniach, wy jedziecie na targ ze świniami? A ja mówię zobacz Pan tam żebro jednemu wychodzi, tam było widać przez szpary jak to żebro mu tam i w ten czas on uciekł. Ten zajechał na ten rynek, a ja poszedłem do powiatu, zapytać gdzie mamy to zawieść. Panie! za 15 minut to nikogo na targowisku nie było, wszystko uciekało! Ja poszedłem, a tam konferencję mieli, ta sekretarka mówi, teraz to nie, a ja mówię Pani przecież to my jedziemy, zobaczy Pani wszyscy ludzie uciekają. No to taki jeden z nami pojechał, tam gdzie ten cmentarz miał być. Tam były dziury wykopane.

 

I to było w którym roku?

To było w 1948 roku.

 

Wszyscy lotnikami byli?

Tak.

 

To chyba Niemcy ich zabili?

Oni ich ściągali z terenu i zrobili taką mogiłę. Może i czołgiści to byli bo tez chodzili w takich skórach, to było przez to dobrze bo jak się tymi hakami złapało to się trzymało.

 

A co to było nad nimi zbudowane?

To było takie z desek, takie skośne i u góry sierp i młot. Taka z drzewa zrobiona mogiła, taki pomnik. To było zaraz po wojnie, bo Sowieci jak szli to oni, pozbierali, oni tych Niemców brali do tego pochówku. I to oni zrobili dla nich taką mogiłę, żeby to było. Panie ile tego leży tu na tych polach. Tam za tymi Byczkami, to tam osiemnaście sztuk na jednym hektarze leżało. Myśmy tam grabiarką kosili to tylko wszystko fruwało.

 

Tęskni Pan za rodzinnymi stronami czy od razu Pan tutaj zaakceptował to wszystko?

Tak zaakceptowałem. Nas było pięcioro rodzeństwa. W 1939 roku tak zaczelim uciekać od razu, w piątek wybuchła wojna, a w niedzielę już nasz dom został spalony. Ojciec poszarpany odłamkami, to lekarzy nie było, gangrenowało i 50 lat miał i ojciec zmarł. Została matka, zostały dwie siostry i brat. Brat pojechał na Rumunię, był żołnierzem to ten drugi był, tamten 39 lat miał zakażenie się wdało i zmarł, siostra moja zmarła, byłem na pogrzebie 95 lata miała. Matka miała 94 lat, siostra 95 lat, prababka 98 lat jak zmarła.

 

A Pan który rocznik?

Ja 1923 rocznik, 82 rok już idzie. U mnie nie ma jednego miejsca, którego bym nie miał złamane. Tutaj mam nogę przestrzeloną, to dostałem pod Wrocławiem, bo byłem w zwiadzie. Później w tym obozie co byłem, pracowałem w warsztacie przy naprawie tych lokomotyw, teraz za kowala to robilim te łańcuchy, te koleby do piasku wywożenia, te łańcuchy to z żelaza, spawane na ogniu to było, to ja to wszystko robiłem. Ci którzy bliżej pracowali, my mieliśmy trzy kilometry. Każdy ile naskrobał sobie ziemniaków tyle dostawał jedzenia, a te ziemniaki to tam było tych majstrów, bo to Ci Niemcy. To były majstrzy to dla nich, my to tam trzy ziemniaki jak dostali to była ta zupa i wszystko na koninie gotowali. Teraz takiego kucharza mieliśmy, on spał nade mną, on chodził zawsze na kuchnię do 11 był. I teraz ja sobie myślę co jemu zrobić żebyśmy tych kartofli mieli więcej. Ja skombinowałem taką kłódkę i zatrzasnąłem ją, on rano się obudził zaczął krzyk, my mu mówimy cicho bądź bo Ci wlejemy. Później przyleciał, chłopaki który to zrobił? A ja mówię my już nie będziem, ale jeśli przyjedziesz na warsztat, nakładź dużo koniny i gęściejsze, żebyśmy mieli dużo do zjedzenia. Ja się nakombinowałem żeby ten klucz dorobić do tej kłódki, ale jedzenie dostawaliśmy bez skrobania ziemniaków. I stale o 11 on mi kazał przyjść na ubikacje, one były niedaleko kuchni i tam mi z kilo koniny przyniósł. Oni myśleli że ja puchnę, a ja tą koninę jadłem. Myliśmy się w wodzie co miała kolor jak kawa, była brana z jeziora, wszy jakie mieliśmy, jeden drugiemu zbierali z szyi, a jak poszedłeś na ubikację to spodnie co miałeś to patyka się brało, gdzie te szwy co szyte było to tak wygarniało się, a pluskwy były. Naftę braliśmy i podkładaliśmy pod łóżko, ale one jak bombowce, z góry jak tylko światło się zgasiło,  na takiej nitce i już siedziała na Tobie i gryzła. Deszcze padały, sienniki namokły bo dachy nie pokryte, to się lęgło robactwo.

 

Stanisław Pyta

14 października 2004

Wywiad przeprowadzili: 

Dariusz Piasek i Marek Opitz