Marta Kałuzińska 

- lat 91, zamieszkała: Trępnowy, gmina Nowy Staw. 

  

• Kiedy Pani przyjechała na Żuławy? 

Nie przyjechaliśmy od razu na Żuławy. Najpierw pojechaliśmy w kierunku Słupska, to było zaraz po wojnie, w 1945 roku. Nie mieliśmy ziemi, ja byłam krawcową i miałam swoje uczennice a mój chodził do lasu. Kiedy po wojnie ogłaszano, że na północy jest ziemia, którą można uprawiać, spakowaliśmy dobytek i pojechaliśmy. Cóż było robić...Znalazł gospodarkę, ale mi się nie podobało, bo taka woda była przed sienią...Tak się kiedyś mówiło - przed sienią...A więc byłam już zamężna i miałam troje dzieci, chciałam dla nich dobrze. Chciałam gdzieś indziej. Wtedy pewien człowiek, który robił meliorację na Żuławach, skierował nas tutaj. Przyprowadził nas na Żuławy. 

  

• Jak wyglądała Wasza podróż ze Słupskiego na Żuławy? 

To były ciężkie czasy. Jechaliśmy w wagonie, bez światła, siedzieliśmy na podłodze. Nasze najstarsze dziecko miało dopiero 6 lat, najmłodsze 2 latka. Bały się i marzły, bo to była zima. Gdy wyjeżdżaliśmy, moja matka płakała. Mówiła: "Gdzie wy jedziecie..., z tymi dziećmi! Poniszczycie je!" Ciężkie to były czasy...Dojechaliśmy pociągiem do Tczewa, przeprawa przez rzekę była promem. 

  

• Czy gdy przyjechaliście, była tu woda? 

Nie. 

  

• Ile Pani miała wtedy lat? 

Około trzydziestu. 

  

• A mąż od kiedy nie żyje? 

Mój nie żyje już dziewięć lat. 

  

• Co się działo po tym, jak przyjechaliście? 

Ten człowiek, który nas tu przyprowadził, miał już mieszkanie i przezimowaliśmy u niego. Na wiosnę powiedział, że kupi konia i pług i będziemy orać. Mój na to przystał, ale ja miałam wątpliwości. Mówię więc do swego: "Słuchaj, myśmy tu nie po to przyjechali, aby u kogoś pracować i płacić mu dziesięcinę. A poza tym on ma jedno dziecko, a ty masz troje..." 

  

• Jak zatem poradziliście sobie w tej sytuacji? 

Początkowo przebywaliśmy dwa tygodnie w Urzędzie Repatriacyjnym, potem chciano nam dać mieszkanie w Nowym Stawie. Memu proponowali pracę w cukrowni a ja przecież miałam świadectwo szycia... Ale baliśmy się. Ludzie mówili, że wojna jeszcze nie skończona. Trzeba trzymać się ziemi, bo na niej każdy wyżyje...Chwyciliśmy się ziemi i tak do dzisiaj...Potem dali nam mieszkanie robocze na Korei (Korea - tak ludzie mówią na wybudowania koło Trępnowy) i wtedy też zaczęłam szyć.  

  

• Dla kogo Pani szyła? 

Jeszcze gdy przebywaliśmy w Nowym Stawie, przyszła do mnie kobieta i poprosiła, bym zrobiła dla jej dzieci rękawiczki palczaste. Przyniosła wełnę, wiec zrobiłam. Ale nie chciałam w zamian pieniędzy; dała mi litr oleju i sporo mąki pszennej. Potem przychodziło coraz więcej ludzi, by im szyć i robić na drutach. W zamian dostawałam różne rzeczy. Nawet gdy mieszkaliśmy już na swoim i mieliśmy ziemię, wciąż szyłam. I z ziemi, i z szycia żyliśmy. 

  

• A więc produkty i przedmioty miały wtedy większą wartość niż pieniądze? 

Tak. I nie tylko to. Kiedyś przyszła do mnie kobieta, i chciała, by uszyć dla jej synów spodnie. Uszyłam. Po jakimś czasie przyszła znów, bo takich mocnych, dobrze uszytych spodni dla synów do jeszcze nie miała. Po całym roku noszenia moje wciąż jeszcze się nadawały, tylko łaty trzeba było naszyć. Chciała, bym znów uszyła. Ale tym razem potrzebowałam w zamian jej rąk do pracy. Nie zgodziła się pójść w buraki, więc ja nie uszyłam spodni. Nie miałam na to czasu. 

  

• Ludzie cenili sobie Pani sprawne ręce? 

Jedna kobieta obeszła wszystkie krawcowe i żadna nie chciała uszyć sukienki, bo mówiły, że za mało materiału. Przyszła i powiedziała: "Ludzie mówią, że pani dobrze szyje; ja pójdę w buraki, tylko niech pani uszyje dla córki suknię". Wymierzyłam i mówię: "Dobrze, uszyję." Tamta się dziwiła, jak to jest. Była u tylu krawcowych i żadna nie chciała szyć, bo za mało materiału. A ja powiedziałam, że będzie sukienka i była. I kiedyś mnie jeszcze na cmentarzu spotkała i przywitała się... A później tego krawiectwa ciągnąć nie chciałam. 

  

• Ale dla rodziny Pani ciągle szyła? 

Dla dzieci, wnuków... 

  

• Jak Pani nauczyła się szyć? 

Gdy skończyłam cztery klasy poszłam na naukę do krawcowej. I szyłam u niej. Któregoś dnia nakrajała materiału i poszła a ja w tym czasie zszyłam bluzkę, wykończyłam. Ona wróciła i zobaczyła to. Bardzo się zdenerwowała. Ja się rozpłakałam, ale powiedziałam, że jeśli jest źle zrobiona, to ja wezmę tą bluzkę dla mamy a towar odkupię i przyniosę. "Nie, nie weźmiesz nigdzie, bo dobrze jest zrobiona, tylko dlaczego to robisz, skoro ci nie wolno?" - zapytała mnie. I ja już wiedziałam, że ona mnie trzyma, ale nie chce nauczyć szyć. Przestałam więc do niej chodzić. Potem i ja uczyłam, przychodziły do mnie dziewczyny..., nawet piastowały moje dzieci. Teraz długo nie mogę robić, bo mnie plecy bolą. 

  

• A jak to było z drutami? 

Kiedy byłam mała, mieszkała obok nas sąsiadka. Ona robiła na drutach. I ja też chciałam się nauczyć. Mama jednak twierdziła, że nigdy się nie nauczę, wiec drutów nie dostałam. Poszłam do sąsiadki i poskarżyłam się, że rodzice mi nie chcą kupić drutów. Wtedy jej mąż mówi tak: "Cicho dziecko, nie płacz, zaraz będą druty." Poszedł do komórki, wyjął stary parasol, poucinał, powyjmował i dał... Były druty. Robiłam. Od mamy dostawałam buchańców: "Gdzie się ty podziewasz?! Ciebie nigdy nie ma!" A ja do tych drutów. 

  

• Wełnę sami robiliście? 

Tak na kołowrotku. Wieczorem nie zasiadaliśmy przed telewizorem, tylko przy kołowrotkach. 

  

• Len też sami uprawialiście? 

No tak. Trzeba było najpierw pleć, żeby nie było chwastu, potem rwać, suszyć, omłócić i potem znów na rosę, rozciągać, znów suszyć i wtedy dopiero robić... 

  

• A jak to się stało, ze pół rodziny też tu przyjechało? 

Odwiedzili nas kiedyś, zobaczyli, że tu lepiej. Przyjechały moje siostry, mego siostry z rodzinami. 

  

• A dlaczego tutaj było lepiej? 

Widać im się tu lepiej podobało, tu była ziemia. Ale też nie od razu osiedlali się tutaj. Moja siostra przyjechała do mnie wraz z rodziną, potem pojechali pod Szczecin i wreszcie wrócili znów. I wtedy dopiero się tu obudowali. My też wybudowaliśmy swój dom. Nie chcieliśmy mieszkać w roboczym mieszkaniu. 

  

• Trudno było wtedy wybudować dom? 

To były lata 50-te, należeliśmy do spółdzielni. Mieliśmy trochę własnych pieniędzy, wzięliśmy też pożyczkę i jakoś się udało. Najpierw wybudowaliśmy dom, potem kolejne zabudowania. Przyszedł wtedy taki jeden do mego i mówi: "Ty głupi chłopie, co ty robisz, dom budujesz a przecież w ten sposób dzieci okradasz!". A mój powiedział: "Jak ja mogę dzieci okraść; jeśli pobuduję, to zostanie, bo do grobu mi tego domu nie włożą." Przy budowie mieliśmy robotników. Codziennie dostawali obiad. Zabiliśmy świniaka, żeby móc ich wykarmić. Gdy skończył się świniak, skończyła się też budowa. 

  

• A gdzie dzieci chodziły do szkoły? 

Do Nowego Stawu, potem do Malborka. W Trampowie też była szkoła, cztery klasy. 

Doczekałam teraz prawnuczków. Bo wnuczków mało miałam. Troje wnuczków, ośmioro prawnuczków. 

  

• Jak spędzaliście święta? 

Razem, schodziliśmy się do jednego domu. Potrawy gotowaliśmy takie, jak w Kieleckiem: pierogi, groch z kapustą; suszyliśmy owoce. Ale teraz już inne życie. Już nie gotują tak, już inaczej jedzą. Dawniej nie potrzebowali widelca ani noża do obiadu. Miska i łyżka dla wszystkich jedna. Makaron samemu się robiło. Na śniadanie albo na kolację zalewajka ( zupa kartoflowa, ze skwarkami, śmietaną, zaprawiona mąką i octem, doprawiona pieprzem), często barszcz biały - śmiecie...Cukrowe gruszki... 

  

• Zdjęcia pokazują was w Częstochowie... 

Myśmy chodzili co roku, gdy mieszkaliśmy w Kieleckiem. Odkąd jesteśmy na Żuławach też byliśmy dwa razy, ale pociągiem. 

  

• Który kościół był czynny w Nowym Stawie zaraz po wojnie? 

Ten na rynku, z tą wieżą, potem tam był sklep meblowy. 

  

• Jakieś dziwne historie się działy po wojnie? 

Moja siostra była u mnie i poleciała po wodę, żeby prać. Wróciła przerażona, nie mogła z siebie głosu wydobyć. Wreszcie powiedziała, że widziała Niemców za domem, spali w sianie. Ukrywali się. Potem uciekli.  

  

• A gdzie jeździła Pani na rynek? 

A do Tczewa jeździliśmy. Chowałam kury, miałam kurnik i wtedy mogłam coś sprzedać. Chodziłam na ciuchcię, a potem przez ten most dźwigać na rynek... Ja sprzedawałam jajka na kila, bo miałam duże i mi lepiej wychodziło. 

  

• Jak z sąsiadami się żyło? Pomagali? 

Ludzie nie bardzo byli dobrzy, najeżdżali na nas. Mój był księgowym. To ludzie tacy byli, że kradli jak młócili, oszukiwali go. Mój przymykał na to oko. Więcej było złych, jak dobrych... Ludzie tu krzywo patrzyli na nas. Bo chłopak miał pierwszy we wsi rower, później miał samochód, później wypadek. Najgorszy ten wypadek.. Dwoje poszło do ziemi...,dwoje się zostało. Takie życie. 

  

• Kiedy poczuliście się na tej ziemi jak u siebie? 

Nie mieliśmy innego wyjścia. Nawykliśmy do ziemi, bo tak byliśmy chowani. Gdy dostaliśmy tu ziemie, to jak u siebie..., choć w Kieleckiem nie zajmowaliśmy się nią. Mój tam chodził do lasu. Takie to były czasy..., że gdy dziewucha nie miała pieniędzy ani ziemi to nie znalazła męża. 

  

• A co Pani miała w posagu? 

Nic, dziesięć palców. Mego siostry, bo matka umarła, gniewały się na brata, bo chciały pieniądze, żeby same się pożeniły a on nie patrzył na pieniądze. Nie był zły, nie powiem. Ręki nie podniósł, 56 lat spędziliśmy razem. Nie raz się posprzeczaliśmy, ale żeby uderzył.., to nie. 

  

• Nie chciała Pani nigdy wracać do swoich stron? 

Nie było po co...Tu już się robiło, żyło..