Michał Deniszczuk

Urodzony w Białej Podlasce (dawne lubelskie)

Na Żuławy przybył w 1945 roku. Ma 92 lata

 

W którym roku Pan tu przybył?

Ja przybyłem tu jeszcze w 1945 roku, pracowałem w straży portowej, no a w 1946 roku przejąłem gospodarstwo bo tu sporo jest z tamtych stron z tej wiochy, z której ja pochodzę.

 

A z jakiej?

Białej Podlaski to jest lubelskie. No i oni tutaj poosiedlali się no i mówi do mnie taki Osiński - ty młody, ty znajdziesz tu wszędzie pracę, gdzie indziej pójdziesz? Zajmuj gospodarstwo po Niemcu. Tutaj był taki Kruglowski Rubert on miał 30 hektarów i zająłem te gospodarstwo. No ale licho mnie później! Bo przyszła akurat taka, ona nawet jak ja byłem mały to przychodziła do mojej siostry i nosiła mnie na rękach, znajoma z jednej wiochy prawie no i mówi do mnie, przyszli z mężem swoim - my zajmiemy z Tobą gospodarstwo te tutaj. A ja mówię oj to będzie bida - nie! My będziemy się zgadzać jak licho. A ja mówię, no dobrze zajmujcie, przecież ja tego nie budowałem ani nic, wzięliśmy to gospodarstwo na spółkę. Ale co spółki, najlepsza mąż z żoną to jest spółka, a z obcymi to nie bardzo. A ten był taki pijak notoryczny lubiał wódę, lubił podiwanić coś. No, ale dobrze, jak zajęli to zajęli, no i rok po roku i żyjemy jakoś. Na górze mamy górę wspólną. Ja sobie zboże ponosił, a on wstanie wcześniej, on nie może dospać, moim zbożem nakarmi swoje konie na rynek jeszcze weźmie. I ja wtedy mówię mięliśmy się zgadzać, no tak. Wszystko się starzeje, stodoła zawaliła się, niema komu remontować, ni mnie nie potrzeba bo już starszy, a jemu więcej było trzeba niż mnie. Dobrze więc ja myślę sobie co mam zrobić, rzuciłem tamto jemu, jedno, drugie gospodarstwa i pobudowałem się tu. Tu Niemcy spalili w 1945 roku, przyjechali z Gdańska już tutaj sąsiad był i oni popodpalali, a tu była obora, mieszkanie, z białej cegły, a oni to spalili.

 

Kto spalił Polacy czy Niemcy?

Niemcy, przyjechali z Gdańska samochodem, jeszcze w trakcie wojny na wiosnę. No i zabrali się i pojechali. Ja tu budowałem się od podstaw.

 

W którym roku?

W 1964 roku.

 

Czyli na tej spółce Pan źle wyszedł?

Tak, źle wyszedłem.

 

A mieszka tam jeszcze ten Pana znajomy?

Nie, to już dawno nie ma nikogo, poumierali. I Ten ojciec ŚP Buczyński Ludwik, Gienek - jego syn wyjechał, bo żona jego była Niemką.

 

Niemką, a skąd?

On tutaj tutejsza była, ale się przechrzciła na Polską wiarę, ona Elza była, a Jadzia zrobiła się i wyszła za tego Buczyńskiego.

 

I też umarła?

Tak, ich syn został się i mieszka tu w szkole. Jakoś się stało że oni wyjechali do Niemiec. Ona miała ojca w Niemczech, a ich było pięć dziewczyn, sześć nawet. No i matka jak stąd wyjechała, pojechała do tego męża swojego, no i on umarł i ta sąsiadka ta Jadźka też pojechała tam z mężem. I on parę razy przyjechał tu z Niemiec i mówi już, że to Faterland, ale pobył parę lat i wykitował w Faterlandzie. Teraz nie ma nikogo tylko syn jego został.

 

A jak to było w te pierwsze lata po wojnie?

Tu były zalane tereny, tu nie było nic, tylko woda.

 

Cały Błotnik i Trzcińsko były zalane?

Tak zalane, dopiero w 1947 roku odwadniali. Jak trza było jajek kaczych, to w każdym domu kaczki się nieśli i na każdej wierzbie pełno kaczek niosło się. To ja wziął łódkę i psa i se pływał i nazbierał jajek. Później zaczęli odwadniać, pompę uruchomili, w każdym rowku siatki mieliśmy to szczupaków tyle że nie można było unieść tego. No i później po odwodnieniu ciemno światła nie ma. A ja jak pracowałem w straży portowej widzę pompa jest zdewastowana, jeszcze paska już nie było, ale wszystko było w porządku, pas to nie wiem, czy ktoś skradł, czy Niemiec zabrał, no i ja mówię dobrze ja będę tej pompy pilnował.

Za miesiąc kierownik melioracji - Ziółkowski, ja ze służby jechał, karabin na ręku z mojego portu i zajeżdżam do niego i mówię - wie Pan co Panie kierowniku ja chciałem wziąć pod opiekę pompę, żeby nie zdewastowali, a on mówił że ja będę pompiarzem i pyta skąd ja mam broń, a ja mówię no mam. A on pyta - a klucz? A ja mówię - no klucz był to ja zabrałem do domu i mam klucz u siebie. Dobrze to niech Pan pilnuje. No i ja mówię, żeby pompę uruchomić to trzeba światło doprowadzić, dobrze to wyprowadzaliśmy tam światło. Ja poszedłem tam za kanał, tam słupy leżały, Niemcy specjalnie poniszczyli linie. Miedne przewody byli, nie tak jak teraz, naściągałem tych przewodów i słupy podniosłem. Trzech było takich elektryków co mieli doprowadzić światło i uruchomić pompę. Jak uruchomili pompę to od razu tu 300 m poprowadzili i mnie światło i światło je. A tu przychodzili zewsząd gospodarze, co nie mieli światła, a ja im mówię kombinujcie słupy i jeden od drugiego będzie miał. Tak jakoś myśmy się elektrfikowali. Ja miałem pierwsze radio to tu co wieczór miałem zgraje ludzi. Jeszcze taka była Piłsudzkiego - Wanda, on miał dwie córki Jadzię i Wandę -to ona znalazła się aż w Madrycie i ona dawała te dzienniki. Ona wróciła też jeszcze ale już ojca nie było, bo ojciec jeszcze umarł jak ja przysięgę składałem w 1935 roku w wojsku.

 

A Pan który rocznik?

Ja dwunasty. Dziewięćdziesiąty drugi rok już mam to już kupę przeżyłem. Ja w 1939 roku jak to się mówi w jedną piersią szłem na dwa fronty na front zachodni i front wschodni. Niemcy ranili mnie podczas bombardowania, było to w rejonie Brześcia nad Bugiem. Mieszkałem w rejonie Białej Podlaski do Brześcia miałem 20 km.

 

Pan był w AK tak?

Tak w AK byłem. Ale dobrze układała się nam praca z batalionami chłopskimi, także ok. 3 lata temu, to nawet z wnioskiem wystąpili, żeby stopień podwyższyć. Bo ja byłem jako plutonowy do 1939 roku, a teraz jestem kapitan w stanie spoczynku. Coś tam niby mieli mi dodać do emerytury za te odznaczenie wojskowe, ale nic nie dodali. No ale by gorzej nie było, a już się ma jakoś na gorsze.

 

A jak Pan trafił z Lubelszczyzny na Żuławy?

Normalnie. Na odzew Polski że trzeba zasiedlić te tereny odzyskane, żeby wyjeżdżać na zachód. I na tej podstawie rzuciłem wszystko. Moja żona miała dwóch braci, oni wyjechali obaj na zachód, jej brat młodszy miał moją siostrę za żonę i oni byli tutaj niedaleko na Wiślinkach, ale ojca zabrali, a matka czyli teściowa została przy nas. No i list przysłali że bardzo źle się czuje moja siostra i ojciec tez chce wrócić do domu. To ja przyjechał i zabrał tam, to jak oni odjeżdżali to ja im mówiłem, jak wam będzie coś nie dopisywać piszcie, ja zostawię wam to, a sam pójdę na zachód. No i tak było. Przyjechał ten młodszy brat Janek i mówi że tak i tak to ja przyjechałem, zabrałem teścia i siostrę swoją. Oni tam przez tą wodę się poprzeziembiali i poumierali. A on jak wrócił to ja mówię bierz to Twoje, a ja pojadę na zachód. I przyjechałem tutaj już nie na jego miejsce, tylko jak mówiłem ten Osiński Józef mnie namówił.

 

A nie został Pan w końcu tym pompiarzem?

Nie, nie zostałem, drugi przyszedł z Gdańska, taki kulawy. No natomiast społecznie pracowałem, dwie kadencje byłem radnymi byłem sołtysem w Trzcinowie. Ja teraz jeszcze pracuję społecznie w Głównym Urzędzie Statystycznym jestem korespondent rolny, co miesiąc 15-go wysyłam im raport.

 

A mógłby Pan nam jeszcze opowiedzieć jak to było w te pierwsze 2-3 lata po wojnie?

Jak pracowałem w straży to dostawałem mięso bawołów. Z UNRRY dostawaliśmy konserwy, pomagali nam.

 

Kiedy Pan skończył pracę w straży portowej?

To było w 1946 roku.

 

I dalej z czego Pan żył?

Jak odwadniali to po cztery tony ryb braliśmy na rynek, sprzedaliśmy co sprzedaliśmy, a jak nie to wysypaliśmy. Z UNRRY dostałem jednego konia, jednego dokupiłem. I orałem sobie dokoła jednoskibowcem, a jak miałem już dwa konie to już dwuskibowiec kupiłem. Wybronowało się czyściutko i później się zboże siało, a miałem snopowiązałkę swoją. Ten co lubiał uchlać się to on ukraść chciał ją Niemcom, a ja mówię nie idź nie rabuj Niemców, bo to jego własność, oni i tak wyjadą, a co to w woreczek weźmie to wszystko, a resztę i tak zostawi, no i on przyszedł i mówi: Niemiec chciał mnie zarombać - a mówiłem ci, ostrzegałem nie idź, po co? Toż to jego! I jak już oni mieli wyjeżdżać to ja im pisałem skąd mają wyjechać, gdzie wyjeżdżają i on nareszcie zachodzi, a tam taka szopka je, tam z tyłu jeszcze woda była w tej szopce i tam była ta snopowiązałka Farowska, powiedział że możemy ją używać wspólnie. I tak było. Później jak trza było kosić, to ja po nią poszedłem. To była bardzo dobra snopowiązałka, nie przepuściła żadnego snopka, później miałem jeszcze inną ale już tak nie wiązała. Ten Osiński miał Zeringa, zabrał od kogoś z gospodarki Niemieckiej. No i później miałem brata tam w Lubelszczyźnie, on miał syna, i on do mnie pisze, że nie ma go za co uczyć, kształcić bo podupadł, był chory na płuca i nie mógł ciężko pracować. Ja mu napisałem żeby go przysłał do mnie na moje utrzymanie. I tak było, przyjechał tu chłopak, chodził tu do szkoły, skończył szkołę. Ale ja widział ze to było za mało, pojechał w Lubelskie skończył Uniwersytet jako inżynier-magister. On tutaj na wybrzeżu był nawet inspektorem oświaty i dyrektorem w szkołach był. Dobry chłopak był, on mnie do tej pory pamięta, teraz mieszka w blokach nauczycielskich w Oliwie, jak mnie coś trzeba to on przyjeżdża. I jeszcze jeden bratanek i chrześniak zarazem był u nas, też szkołę skończył i też o mnie pamięta. Także jednym słowem pomagamy jeden drugiemu i życie jakoś idzie na przód Bogu dzięki. Oby tylko jakoś gorzej nie było, ale już idzie ku gorszemu. Już zdrowia brakuje, ale ja już mam 92 lat to już się zdrowia nie nabierze, żona ma 80 lat, 12 lat ode mnie młodsza, 1925 rocznik, a ja 1912. Świbna. W melioracji pracowałem 12 lat, z melioracji poszedłem na emeryturę.

 

Michał Deniszczuk

14 października 2004

 

Wywiad przeprowadzili: 

Dariusz Piasek i Marek Opitz