Wacława Kołsut 

- przyjechała z rodzicami z Wysokiego Litewskiego (k. Terespola), z ziem położonych zza Bugiem. Mieszka na Żuławach od 1946 roku, najpierw w miejscowości Bronowo, później przeniosła się do Żuławek (gmina Stegna). Wyszła za mąż w 1948 roku. 

  

• Kiedy zapadła decyzja o przyjeździe na Żuławy? 

Jak dotarliśmy do Polski, najpierw zatrzymaliśmy się w miejscowości Osice niedaleko Siedlec. Tam mieszkaliśmy jakiś czas, ale ponieważ nie było warunków, zapadła decyzja o wyjeździe na zachód Polski. Przypadek sprawił, że kolega (Karbowski się chyba nazywał) ojca mieszkał już wtedy w Bronowie. Dzięki niemu wybraliśmy to miejsce i tak znaleźliśmy się na Żuławach. 

  

• Pamięta Pani pierwsze dni, kiedy przyjechała pani na te tereny? 

Biednie było, nie było co jeść, często nie mieliśmy nawet chleba. Na szczęście byłam młoda, obrotna, trochę handlowałam z mieszkającymi na Żuławach Niemcami. Niemcy sami chcieli, aby handlować ich rzeczami, przynosili te rzeczy do domu. Sami wyjechać nigdzie nie mogli. Wtedy wszystko było chodliwe - pościel, poduszki. Wielu Polaków nic nie miało, więc towary od Niemców - pościel, odzież, garnki, kubki - przydawały się. Najbliższy targ był w Gdańsku 

  

• Ile kosztował koń z UNRR-y? 

Wtedy koń kosztował około 3 tysiące, a kilogram kiełbasy można było kupić po 25 zł. 

  

• Kiedy przyjechaliście, jaki obraz tu zastaliście? 

Woda, woda, woda. Gdzie tylko człowiek spojrzał, wszędzie była zalana ziemia aż do Nowego Dworu. Pod dom trzeba było łódkami podpływać. Jak myśmy tu przyjechali zimą, to szliśmy po lodzie. Kiedy zrobiło się cieplej, to można było ryby łowić. Pamiętam, jak łapało się szczupaki. Przyprawiało się je zwyczajnie i jadło. 

  

• Mówiła Pani, że kiedy przyjechaliście, sporo było tu Niemców? 

Bardzo dużo. To byli sympatyczni ludzie. W Bronowie rok czasu przebywaliśmy jeszcze razem. Miło wspominam młodą kobietę, Niemkę, w której domu mieszkaliśmy. Potrafiła rozebrać i złożyć rower, jak prawdziwy fachowiec. Wyjechała, jak Niemcy mieli ewakuację. Długo jeszcze do nas wysyłała listy. Pisała, że gdyby nie my, to Ruski by ją zabiły. 

  

• Mieliście tutaj jakieś kłopoty z Rosjanami? 

A co pani myśli? Jak myśmy tu przyjechali, to jeszcze Rosjanie byli, jeździli po wsiach, rabowali i kradli. Później odbijało się na Polakach, że to niby oni kradli, a to Rosjanie wpadali samochodami do gospodarstw, okradali i grabili. Ich tu było pełno. 

Długi czas czuliśmy nad sobą ich kontrolę. 

  

• Czy mieszkający tu Niemcy przekazywali Wam jakieś doświadczenia, jak żyć na tej ziemi, jak ją uprawiać? 

Nie przekazywali nam żadnych doświadczeń, no chyba, że o wekowaniu, bo w moich rodzinnych stronach nie robiliśmy weków. 

  

• Jaką rolę w tych pierwszych latach odgrywał kościół? 

Na pewno większą niż teraz. Ludzie chcieli do niego wchodzić, bardziej jak dzisiaj. Dużo wydarzeń rodzinnych było związanych z kościołem. Zaraz po wojnie ksiądz był niemiecki, nawet rozmawiać za dużo nie umiał po polsku. Trochę kłopotu z tym było, ale akceptowaliśmy go, bo był bardzo dobrym człowiekiem. Czy człowiek poszedł ślub brać, czy dziecko ochrzcić nie żądał zapłaty. Masz, to dobrze, nie masz, drugie dobrze. Trzeba było do chorego, to przyjechał. To był Niemiec, ale miał polskie nazwisko. 

  

• Kiedy poczuliście się na Żuławach jak u siebie? 

Poczuliśmy się od razu. Czuło się ulgę, swobodę. Nie tęsknię za rodzinnymi stronami, bo tam nic już nie ma, za nic bym tam nie wróciła. Czy czuję się prawdziwą Żuławianką? Prawie. Tylko o kimś, kto się tutaj urodził, można mówić, że jest prawdziwym mieszkańcem. Kto się gdzie indziej urodził, jest nim tylko w połowie. 

  

• Przeżyła Pani Rosjan, potem ciężką pracę na Żuławach, co by Pani chciała przekazać następnym pokoleniom Żuławiaków? 

Ciężką pracą można wyjść z biedy i się dorobić. I uczyć się, ja wszystkie dzieci wykształciłam, bo to jest najważniejsze. Chociażby człowiek był w jednej sukni, to co ma w głowie jest najważniejsze. Kto tylko może się kształcić, to niech to robi. Dzisiaj bez wiedzy, nie da rady żyć.