Stefania Ciechorska 

- od 1947(48) roku mieszkanka Marzęcina. Urodzona w Grabowie koło Starogardu na Pomorzu. Ma 82 lata. 

  

• Jaka było pierwsze spotkanie z Żuławami? 

Pamiętam tę drogę do dzisiaj. Most w Tczewie został zawalony przez Niemców, szliśmy więc przez skutą lodem Wisłę na piechotą. Z Lisewa kolejką wąskotorową dojechaliśmy do Nowego Dworu, a stamtąd już na pieszo doszliśmy do Marzęcina. Był taki moment, że nie mogłam iść, w pół drogi usiadłam na śniegu. Doszłam jednak i od razu skierowaliśmy się do gminy (w Marzęcinie gmina była), na której czele stał wójt Szumielewicz. Faktycznie potrzebowali kowala. Na całych Żuławach pełno było zepsutego sprzętu rolniczego do naprawy. Poza tym konie z UNRRY trzeba było podkuć, a z Ameryki przysyłali wyjątkowo dzikie, wielkie i bardzo silne zwierzęta. Nikt nie umiał się z nimi lepiej obchodzić niż mój mąż. W Nowym Dworze pracował kowal, ale i tak wszyscy tu jechali. Z takim koniem trzeba było umieć postępować, najpierw spętać mu nogi, potem przewrócić i podkuć. Już od 5.00 rano stała do męża kolejka długa stąd do kanału. Później to on już nie chciał kuć, brał podwójną cenę, żeby jechali gdzie indziej, ale i tak stali. 

  

• Czy faktycznie o waszym przyjeździe tutaj zadecydował tylko ten warsztat? Jaka to była decyzja, żeby tu osiąść, baliście się czy czuliście się szczęśliwi? 

Tylko warsztat. Nie chcieliśmy tu osiąść na stałe. Mąż chciał parę lat tu popracować, a potem przenieść się do Gdańska. Cieszył się z tej kuźni, w naszych rodzinnych stronach nie było za dużo pracy, a tutaj od razu i praca i warsztat. Przekonał mnie, zresztą z nim można było zawsze iść na koniec świata. Jednak w Pelplinie mieszkanie zostawiłam od tak, tylko na klucz zamknięte, bo byłam pewna, że wrócę. Kobylarz był taki staranny, wszystko umiał zrobić, pieniądze przyniósł, a mnie nie pozwalał nic robić. Pracował od rana do wieczora. Z nim nie bałam się przyjechać na Żuławy, z drugiej jednak strony, kiedy przyjechałam to płakałam. Taka trzcina tu była i tak szumiało. Ludzie wyrywali ją rękami, bo nie można było inaczej jej wytępić. Potem już było odwodnione, ale w rowach woda z taką rdzą jeszcze była. Za to jaka ziemia była! Jak ziemniaki urosły, to można je było pojedynczo kłaść na dłoń, takie wielkie. Pszenica również była spora. Kobylarz zasiał hektar, to później cały strych zawalony miałam. Pięknie ziemia rodziła. Mieszkaliśmy w jednym domu ze starym kowalem i jego rodziną. Krowę przywieźliśmy, to korzystali z mleka, masła i twarogu też. Ten stary Niemiec umiał dobrze pracować, a u nas robił za te mleko i twaróg. Miał takiego zięcia, hitlerowca, którego Kobylarz wygnał, bo strasznie go denerwował. Jak odjeżdżali, to jeszcze psa mi przynieśli. Tina, bo tak się ten pies nazywał, stale chodził pod drzwi, tam gdzie ten hitlerowiec mieszkał. 

  

• Co było najtrudniejsze na samym początku? 

Na samym początku tu nic nie było. Niemcy łapali ryby i wytłaczali z nich olej. Komosę (lebiodę) zrywali i jak szpinak gotowali. My mieliśmy kartofle przywiezione z naszych stron, z Pelplina. Krowę i świnię, męża brat jeszcze pomagał. Innej krowy nie było jeszcze wtedy w Marzęcinie. Ludzie przynosili jej obierki, żeby tylko miała co jeść i miała dużo mleka. Ta krowa to była żywicielka. 

  

• Było coś na Żuławach, co się pani od raz spodobało? 

Tutaj do podobania dla kobiety to raczej mało było. Tyle że mój mąż był dobry. Trzymało mnie to, że miałam szczęśliwe życie. Niestety niezbyt długo to trwało. Potem mąż zginął, a ja sama zostałam w ciąży i z dziećmi. 

  

• A jak po wojnie żyło się wam z miejscową władzą? 

Ci co byli w gminie, mieli dobrze. Dostali dobre pensje, ale pewnie musieli być w partii. Jak organizowali pierwszego maja, to wozy przyjeżdżały, orkiestra grała. Kaźmierczakowa z Kępek siedziała na wozie drabiniastym, spod stroju wystawały jej długie majtki z koronki, a ona ubijała masło. Śpiewali i jechali. Później była zabawa. Ludzie się ubrali podobnie i ja też: w granatową spódnicę, białą bluzkę i tenisówki Szumielewicz był, Ignatowicz ze Stobna, który miał duży brzuch, a na nim pas szeroki. Oczywiście były przemówienia. Jedno z nich pamiętam do dzisiaj: "To jeszcze będą takie czasy, że jak my będziem chcieli deszcz, to będzie deszcz, a jak będziem chcieli pogodę, to będzie pogoda". I każdy słuchał, co to za czasy będą. To chyba ten kosmos teraz przewidział. 

  

• Kiedy tego słuchaliście, to wierzyliście? 

Ludzie nic nie wiedzieli. Jeszcze do dziś na murze jest 3 razy tak na te pierwsze w kraju wybory. W Anglii jeszcze miała być wojna, ale się kraje dogadały i pogodziły, a Stalinowi powierzyli Polskę, bo obiecał, że zrobi wolne wybory. Tak naprawdę to tylko podzielił nasz kraj, przecież Polska była inna. Jak chodziłam do szkoły, to umiałam jej zarys z papieru wyrywać. 

Przyszedł taki moment, że poczuła się Pani w Marzęcinie, jak u siebie w domu? 

Jeszcze teraz jak w łóżku leżę to sobie myślę po jaką cholerę ten rzeźnik przyszedł wtedy do nas i kusił. Przecież by Kobylarz dostał pracę w Peplinie i był między swymi. 

  

• Gdyby pani teraz złapała złotą rybkę, która mogłaby spełnić trzy życzenia, to jakie by one były? 

- Jakie życzenia? Już teraz po wszystkim, pokochałam ten dom i cieszę się, że mój syn go remontuje i nie myśli o sprzedaży. Ale gdybym złapała złotą rybkę, to bym to wszystko zostawiła, żeby mieć domek przy mieście. Drugie życzenie, to żeby mój ostatni syn na roli nie był i miał pracę. 

  

• Trzecie życzenie takie bardziej osobiste, pani własne? 

- No nie wiem... Żebym tak zmarła, nikomu się nie naprzykrzając. 

  

• Może jakaś przestroga dla tych ludzi, którzy mieszkają na Żuławach? 

- Żeby lżej się żyło, to nie trzeba być zawistnym i ufać. Ja ufałam, wszystkim pomagałam. Trzeba w tej miejscowości żyć. W moich rodzinnych stronach, sąsiedzi do siebie między gospodarstwami furtki robili, żeby było im bliżej chodzić. Tego tutaj nie ma i nie było.