Jan i Agnieszka Marczak 

- Pochodzą z jednej wioski na Kociewiu (miejscowość Cis gmina Zblewo, powiat Starogard), znali się jako dzieci, chodzili do jednej szkoły. Pani Agnieszka przybyła do Kątów Rybackich w 1946 roku, pan Jan dwa lata później w 1948. Tutaj się ponownie zapoznali i pobrali. 

  

Agnieszka Marczak: Mój ojciec, jego brat i dziadek byli rybakami, łowili na dużym jeziorze. Po wojnie była bieda, więc ojciec z bratem poszli do roboty do Nowego Portu w Gdańsku. Pewnego razu przyjechał taki jeden z Kątów Rybackich - Krzyżański się nazywał. Szukał rybaków na Zalew Wiślany. Ojciec i brat zgodzili się i pojechali. Sprzęt był, poniemiecki, zaraz zaczęli śledzie łapać na morzu. Jak ojciec do domu (na Kociewie) wrócił na Wielkanoc, to nawet przywiózł sporo pieniążków, bo nie metrami, tylko tonami łapali. Mieli trzy - cztery tony naraz. Po świętach mnie zabrał, bo moje dwie siostry pracowały, no i ojciec nie miał nikogo do pomocy. Do Tczewa zajechaliśmy pociągiem, z Tczewa do Lisewa pieszo, a przez Wisłę promem. Z Lisewa do Nowego Dworu Gdańskiego jeździła kolejka wąskotorowa. Z Nowego Dworu szło się pieszo do Kątów Rybackich. Dodatkowo trzeba było kartofle i chleb, mięso dźwigać, bo tutaj jedzenia na początku nie można było dostać, wszystko było zalane. Ojciec mnie na ramie od roweru przywiózł, a bagaż wieziony był na bagażniku. 

  

• Jakie były pierwsze wrażenia, kiedy Pani zobaczyła ten teren? 

A.M.: W jednym niemieckim domu mieszkały po trzy-cztery rodziny niemieckie i jeden Polak. Wśród Niemców to tylko dziadki, kobiety i dzieci były, bo mężowie gdzieś na wojnie walczyli. Kolejka szła od Sztutowa do Krynicy Morskiej, i Niemcy codziennie musieli chodzić na pieszo i rozbierali tę kolejkę etapami. Kiedy przyjechałam była wiosna, a w listopadzie oni już musieli wyjechać. Dostali nakaz, w którym kazano im najlepsze rzeczy zabrać ze sobą, tyle ile mogli unieść. Oni nie byli zamożni. Teraz rybacy mają piękne chałupy, a tamci mieli lepianki. 

Jan Marczak:Ten dom, który stoi obok, budowany był bez fundamentów, na kamieniach stoi. Kupowałem go od Polaka, który zaraz po wojnie tutaj mieszkał. W tamtych czasach, również na mierzei osiedlane były tutaj wojska polskie. 

  

• Kiedy przyjechaliście, było jeszcze sporo Niemców. Jak się porozumiewaliście, czy kontakty były dobre? 

A.M.: Niektórzy Polacy na Kociewiu umieli rozmawiać po niemiecku. Ja trochę umiałam, bo tam gdzie mieszkali moi rodzice, Niemiec miał gospodarstwo i on miał dwoje dzieci. Ten Niemiec kazał nam najmłodszego syna pilnować i tak się człowiek trochę nauczył. W czasie wojny był zakaz mówienia po polsku. W Kątach był jeden Polak na pięcioro Niemców. Niemcy mieli nakaz nas przyjąć. Straszono wtedy, że będzie wojna i tutaj wrócą Niemcy. 

  

• Podchodzili do was życzliwie, czy raczej mieli was za intruzów? 

A.M.: Oni nie mieli nic do gadania. Trudno mi powiedzieć, czy byli źli na tę sytuację, czy nie. Nie mogli tego okazać. Oni byli pewni, że tu jeszcze Niemcy przyjdą. W listopadzie, dostali jednak nakaz dzień przed, żeby się spakować, bo przyjadą samochody ciężarowe i będą wywiezieni statkiem z Nowego Portu do Niemiec. Większość spakowała się, ale kto chciał to mógł zostać. Kilka osób zostało. Ci co wyjeżdżali byli tacy cwani, że wszystko co musieli zostawić, zakopywali w ziemi na podwórkach. Byli pewni, że tutaj jeszcze wrócą. Oni zakopywali, a Polacy szukali. Mieli takie druty i wbijali w ziemię. 

  

• Jak wyglądały Kąty Rybackie zaraz po wojnie, czy bardzo różniły się od tych dzisiejszych? 

A.M.: Cała chałupa była jedna na dziesięć rozwalonych. I ogólnie mniej było domów. Tu na górce, gdzie my mieszkamy, stał jeden dom, nasz drugi, a zaraz obok trzeci. Nieco niżej czwarty. Były jeszcze inne, ale większość zniszczonych przez wojnę. A dzisiejsze muzeum (obóz) jak szabrowali! Wywozili kostkę piękną, mówili, że to do Warszawy. Tu był sklep Warszawiaka (tam gdzie teraz jest ośrodek Dusznik) i on dawał na krechę. W końcu marca boso chodziło się po plaży, tak ciepło było. Dzisiaj tego nie ma. Na plaży było sporo woków (sieci), poustawianych co 200 metrów. Pamiętam, ile było śledzi na 1 maja! I to wszystko ręcznie na rękach było wyniesione, windą ręcznie się kręciło. Nie było takich łodzi jak teraz. 

J.M.: Bruk był tylko do Kątów Rybackich, a później była droga zbudowana z kostek drzewa. Zaraz za Kątami wszystko było zarośnięte, zalane. Dopiero w latach 50-tych każdy ziemię dostał (można było brać do 3 hektarów). Na zimę się brało świnię już swoją, krowę się kupiło i konia. Miało się swoje zwierzęta domowe, w dalszym ciągu głównie jednak żyło się z rybaczenia. 

  

• Jak wyglądał połów barkasami? 

A.M.: Na sandacze, to jeszcze na tych małych łodziach pływaliśmy tzw. ćwierćbarkasach na Nogacie. Kiedyś ochrony nie było, łowiło się kiedy się chciało. Jak pojechali w stronę ujścia do lądu, ten nasz Niemiec wiedział, gdzie się ryba trzyma, a nikt inny nie wiedział. Jak myśmy w takie miejsce pojechali, to trzy rzuty wystarczyły, żeby łódź zapełniła się sandaczem. Takie byki! Inne barkasy nic nie miały, a my tyle sandacza. Szkoda, że się silnika nie miało, bo by się od razu do góry podjechało. Zanim my wykrzyżowali, to przez dzień tylko dwa razy zaciągnęli. Połów barkasami wyglądał następująco - były dwa skrzydła i jeden wok na dwóch łodziach. Szyper to prowadził, na węgorza jechaliśmy pod granicę, albo na Pasłęk, Piaski. Tam rzucaliśmy wok i szybko płynęliśmy na naszą stronę, żeby Ruscy nas nie zobaczyli. Co tam za węgorz był (tam nikt nie łowił). Po 300,400 sztuk na jeden rzut, zaciąg się wyciągało. W żakach nie było nic, a koło żaków na wschód słońca pełno było. Ryby miały swoje ulubione miejsca, zwyczaje, po prostu trzeba było szukać. Nie brakowało węgorza, na stół się wysypywało z kibla (takiej beczki). Dlatego kibla, bo wyglądała ta beczka jak kosz na śmieci. Do takiego kibla było ośmiu rybaków. Dwa barkasy ciągnęły rybę, a do kibla wchodziło 50 kilogramów. 

  

• Co się jadło, może poznali państwo nowe przepisy? 

A.M.: Zupę rybną z węgorza, smażony był dobry węgorz, gotowany. 

J.M.: Myśmy jeździli na węgorza na noc, pod granicę, Frombork, Tolkmicko, Pasłęk. Do Krynicy zjeżdżaliśmy we dwie łodzie, a wszyscy mieli przygotowane produkty do naszej wspólnej zupy rybnej. Jeden szedł do ogrodu po warzywa, drugi najlepsze węgorze czyścił, trzeci kupował makaron. To było 16 najlepszych węgorzy, ugotowane, zupka elegancka, doprawiona, koperek - no tak, że kobieta by tego lepiej nie zrobiła. Na cegłach w porcie w Krynicy Morskiej to robiliśmy. Wczasowicze przychodzili i patrzyli, a my wiadro z zupą, węgorze na talerzu, gotowa zupa elegancko zaprawiona octem. Mówili: że też ci rybacy nie zachorują (śmiech). Z kolei węgorza wędzonego robiło się w piekarni. Jak się wchodzi do Krynicy Morskiej, do portu, tam była piekarnia. Najlepsze węgorze tam zanosiliśmy. Oczyszczone, osolone piekarz kładł na patelnie, gdzie wcześniej ciasto się piekło. Jakie to było dobre...