Wacław Jarmoszka 

- urodzony w 1922 roku, pochodzi z Wołynia. osiadł w 1946. Mieszka w Marynowach. 

• Kiedy po raz pierwszy przybył Pan na ten teren, co Pan wtedy myślał o Żuławach? 

Tu była ciężka ziemia. Tymi konikami, które mieliśmy, trudno było cokolwiek zrobić. Potem, jak były konie z UNRR-y (ciężkie), już było łatwiej. Ale proszę sobie wyobrazić, że czasami trzeba było cztery konie do jednoskibowego pługa zaprząc i wieczorem, jak się przyszło, wszystko było w błocie. Później był ciągnik i jak człowiek z niego wieczorem zszedł, to był osmolony, ale za to jaki zadowolony!

• Pamięta pan jakieś agitacje polityczne, czy mówiliście wtedy o tym między sobą? 

O, wszędzie pisało "trzy razy tak, trzy razy tak". W tamtych czasach lepiej było jednak nic nie mówić. Co człowiek myślał, to myślał, ale lepiej było się nie zwierzać... Jak zaczęły powstawać kołchozy, przyjeżdżali, namawiali wszystkich, ale jakoś nic to nie dawało. W końcu nas wszystkich zebrali w takiej sali, przyjechało wojsko i nie można było stamtąd wyjść. W końcu jedna kobieta wpadła i krzyczy do męża "Choć, bo krowa do piwnicy wpadła". Jeden rumor powstał, bo wszyscy poszli tą krowę ratować. Pamiętam, że zboże trzeba było oddawać, to były tzw. przymusowe dostawy. Mleko również. Mam kuzynów w białostockiem. Oni tych krów prawie nie mieli, myśmy mieli sporo. Myśmy tu odstawiali mleko na ich konto, a kwity im przesyłaliśmy pocztą. Mięso obowiązkowe również trzeba było oddać. Raz nie miałem, odkupiłem więc krowę od jednej pani, która nie miała obowiązku zdawać. Chciałem swój obowiązek spełnić, już mi urzędnik wypisał kwit, ale ktoś podpowiedział, że ja tę krowę kupiłem, więc jej nie przyjęli! Tłumaczyłem, że ja nie na handel, ale żeby z obowiązku się wywiązać. Powiedzieli, że trzy miesiące trzeba trzymać i dopiero wtedy zdać, a obowiązek mówił, że już trzeba oddać. A jak kto obowiązku nie spełnił, to miał jakieś kary. Takie to wtedy były czasy...